Pan Stal wciąż udoskonalał plan obrony. Szpony odniosły nawet pewne sukcesy ze swym szerokopasmowym radiem. Stal donosił, że główne siły Snycerki zdążały już na północ. Zapowiadał się kolejny wyścig z czasem. Wiele godzin spędzała w bibliotece PPII, starając się wymyślić, co jeszcze mogliby dać przyjaciołom Jefriego. Niektóre z urządzeń — jak na przykład teleskopy — można było bardzo łatwo wykonać… Czuła, że wysiłki te nie pójdą na marne. Nawet jeśli Plaga miała wygrać, mogła przecież zignorować miejscowych, zadowoliwszy się zniszczeniem PPII i odzyskaniem Przeciwwagi.
Zielona Łodyżka powoli dochodziła do siebie. Na początku Ravna obawiała się, że polepszenie było tylko dziełem jej wyobraźni. Spędzała większą część każdego dnia, siedząc przy niej i starając się dostrzec postępy w jej reagowaniu na bodźce. Zielona Łodyżka była bardzo „daleko”, niemal jak człowiek po wylewie, i w dodatku zmuszony do używania protezy. Wydawało się, że od czasu pamiętnych, napawających przerażeniem wyznań, kiedy jej głos i pamięć funkcjonowały nader sprawnie, zaznaczył się wyraźny regres. Być może to, że Ra-vna zaobserwowała w końcu jakieś postępy, wynikało jedynie z faktu, że spędzając z nią mnóstwo czasu, była wyczulona na każde, najmniejsze niemal symptomy poprawy. Błękitny Pan-cerzyk twierdził, że postępy są niezaprzeczalne, ale jego zacięty upór nie pozwoliłby mu twierdzić inaczej. Jednakże po dwóch-trzech tygodniach nie było już żadnych wątpliwości. Najwyraźniej poprawiało się połączenie pomiędzy Jeźdźcem a niby-skrodą. Zielona Łodyżka coraz częściej wypowiadała się całkiem sensownie, coraz częściej także udawało jej się przekazać do pamięci naturalnej istotne wspomnienia. Od tego czasu równie często to ona pomagała Ravnie. Zielona Łodyżka widziała na przykład wiele rzeczy, które uchodziły uwagi kobiety.
— Sir Pham nie jest jedyną osobą, która boi się Skrodojeźdź-ców. Błękitny Pancerzyk także jest przerażony i przez to straszliwie rozdarty. Nie przyznaje się do tego nawet mnie, ale sądzi, że prawdopodobnie jesteśmy zainfekowani niezależnie od naszych skrod. Rozpaczliwie pragnie przekonać Phama, że to nieprawda, próbując w ten sposób przekonać również samego siebie. — Przez długą chwilę milczała, pocierając jedną z odrośli o ramię Ravny. W całej kabinie było słychać szum morza, ale automaty statku nie potrafiły już wytwarzać fal. — Wzdycham.
Musimy być jak morskie fale, droga Ravno. One zawsze gdzieś będą trwać, niezależnie od tego, co stało się na Sjandrze Kei, niezależnie od tego, co zdarzy się tutaj.
Przy swojej towarzyszce Błękitny Pancerzyk był uosobieniem serdecznej łagodności, ale kiedy zostawał z Ravną sam, kipiał gniewem.
— Nie, nie mam nic do zarzucenia umiejętnościom sir Phama, przynajmniej nie w tej chwili. Może bylibyśmy nieco dalej, gdybym to ja był bezpośrednio przy sterach, ale najszybsze statki, z tych, które pędzą za nami, i tak by się zbliżały. Chodzi mi o coś innego, droga lady. Doskonale wiesz, jak zawodne stają się nasze automaty tu na dole. Ale Pham jeszcze je dobija! Wpisał całe mnóstwo własnych zabezpieczeń kasujących. Zamienia środowisko statku w system sideł i pułapek.
Ravna sama miała się okazję o tym przekonać. Obszary wokół kabiny sterowniczej i warsztatu PPII wyglądały jak wojskowe punkty kontrolne.
— Wiesz, jak się boi. Jeśli to pomaga mu czuć się bezpieczniej…
— Nie o to chodzi, lady. Nie wiem, jak go mam przekonać, aby przyjął moją pomoc. Ale to, co robi, jest straszliwie niebezpieczne. Nasze oprogramowanie, przeznaczone do lotów na Dnie, nie należy do tych, na których zawsze można polegać, a on robi wszystko, by jeszcze pogorszyć jego działanie. Jeśli nagle znajdziemy się w jakiejś trudnej sytuacji, programy środowiskowe najprawdopodobniej wysiądą… możemy spodziewać się zniszczenia wewnętrznej atmosfery, utraty stabilności cieplnej lub jakiejkolwiek innej awarii.
— Myślę…
— Czy on nie rozumie? Przecież w ten sposób nie kontroluje absolutnie niczego. — Głos płynący z generatora przeszedł w nieliniowy kwik. — Zostawia sobie możliwość zniszczenia czegokolwiek, ale nic poza tym. Potrzebuje mojej pomocy. Był przecież moim przyjacielem. Czy on nic nie rozumie?
Pham rozumiał… bardzo dobrze rozumiał. On i Ravna potrafili rozmawiać bez końca. Ich kłótnie to były dla niej najcięższe chwile. Czasami jednak wcale się tak naprawdę nie kłócili, wtedy przypominało to nawet racjonalną dyskusję.
— Mnie nikt nie opanował, Ravno. Na pewno nie tak, jak Plaga opanowała Jeźdźców. Wciąż mam władzę nad swą duszą. — Odwrócił się od konsoli i posłał dziewczynie blady uśmiech, jakby przyznając, że to głębokie przekonanie nie opiera się na zbyt solidnych podstawach. Dzięki takim uśmiechom Ravna wiedziała, że Pham-człowiek wciąż jeszcze żyje i czasami się do niej odzywa.
— A jak tam iskra boża. Widzę, jak całymi godzinami wpatrujesz się w wyświetlacze albo szperasz po bibliotece i Wiadomościach. — Przeglądając wszystko szybciej, niż pozwalałyby na to ludzkie możliwości.
Pham wzruszył ramionami.
— Po prostu przyglądam się statkom, które nas gonią, starając się domyślić, co należy do kogo i co każdy z nich potrafi. Nie pytaj mnie o szczegóły. Moja świadomość jest wtedy na wakacjach. — Bo cały umysł Phama zmieniał się w procesor dla użytku programów, które Stary zapisał w jego pamięci. Kilka godzin amnezji mogło oznaczać krótką chwilę myślenia na poziomie Mocy, ale on tego w ogóle nie pamiętał. — Ale wiem jedno. Iskra boża, czymkolwiek jest, ma bardzo ograniczone możliwości. Nie ma własnego życia, w pewnym sensie nie jest nawet zbyt rozgarnięta. Jeśli chodzi o sprawy codzienne, jak pilotowanie statku, potrzebuje starego, poczciwego Phama Nuwena.
— …Potrzebuje nas wszystkich, Phamie. Błękitny Pancerzyk bardzo chciałby ci pomóc — Ravna mówiła cicho. W tym miejscu dyskusji Pham zazwyczaj milkł lub wybuchał gniewem. Dziś jednak spokojnie przechylił głowę na bok.
— Ravno, Ravno. Wiem, że go potrzebuję… I cieszę się, że go potrzebuję. Że nie muszę go zabijać. — Jeszcze. Wargi Phama na chwilkę wygięły się, jakby miał zacząć płakać.
— Iskra boża na pewno nie zna Błękitnego Pancerzyka…
— To nie iskra boża. To nie ona sprawia, że tak się zachowuję… Robię to, co na moim miejscu zrobiłby każdy, biorąc udział w grze o tak wysoką stawkę. — Wypowiadał te słowa bez cienia złości. Może istniała jakaś szansa. Może uda jej się wytłumaczyć.
— Błękitny Pancerzyk i Zielona Łodyżka są lojalni, Phamie. Pomijając to, co zdarzyło się na Błogim Wytchnieniu…
Pham westchnął.
— Tak, zastanawiałem się nad tym wiele razy. Przyjechali na Przekaźnik z Królestwa Straumy. Udało im się nakłonić Organizację Yrinimi do odszukania statku uciekinierów. To wygląda na z góry ułożony plan, ale może realizowany zupełnie nieświadomie… może nawet plan kogoś, kto chce zniszczyć Plagę. W każdym razie wtedy musieli być absolutnie czyści, inaczej bowiem Plaga od samego początku wiedziałaby o statku, który utknął w Świecie Szponów. Plaga nie mogła nic wiedzieć do czasu wydarzeń na Wiecznym Odpoczynku, kiedy to Zielona Łodyżka została wypaczona. Wiem, że Błękitny Pancerzyk zachował się wtedy lojalnie. Znał moje uzbrojenie — wiedział na przykład o zdalnych kamerach — ale nie ostrzegł napastników.
Ravna niespodziewanie poczuła przypływ nadziei. On naprawdę wszystko sobie przemyślał i…