Выбрать главу

Stal odezwał się do singla:

— Sukces polega na odpowiedniej realizacji planów. Pamiętam, jak mnie tego uczyłeś. — Wycinając tę zasadę nożem w mej duszy.

Pojedynczy członek spojrzał na niego, przekrzywiając głowę.

— O ile pamiętam, mówiłem, że sukces polega na odpowiednim przystosowaniu się do zmian w planach. — Słowa zostały wypowiedziane bardzo wyraźnie. Zdarzały się single, które mówiły równie dobrze… ale nawet najbardziej elokwentny z nich nie potrafił prowadzić inteligentnej rozmowy. Szrek nie miał żadnych kłopotów z przekonaniem żołnierzy, że dzięki odkryciom nauki Ociosa udało się stworzyć rasę supersfor i że członkowie w płaszczach byli pojedynczo równie bystrzy jak każda sfora. Znakomity sposób na utajnienie tego, czym rzeczywiście były single w płaszczach. W ten sposób wzbudzono lęk, jednocześnie ukrywając prawdę.

Osobnik podszedł trochę bliżej… bliżej, niż ktokolwiek kiedykolwiek znalazł się przy Stali, jeśli nie liczyć chwil z przeszłości, kiedy popełniano morderstwa, gwałty i tortury. Mimowolnie Stal oblizał wargi i odsunął się trochę. Na swój sposób pojedynczy członek w ciemnym płaszczu był jak trup nie wydający żadnego odgłosu myśli. Stal kłapnął szczękami i powiedział:

— Tak. Prawdziwy geniusz pozwala odnieść zwycięstwo, nawet jeśli wszystkie plany wzięły w łeb. — Odwrócił wzrok od Ociosa i spojrzał na czerwoną łunę widniejącą na horyzoncie. — Jak postępy Snycerki?

— Wciąż obozuje o pięć dni drogi stąd na południowy wschód.

— Co za niezguła! Trudno mi uwierzyć, że jest twoim rodzicem! Przecież Wendacjusz wszystko dla niej przygotował. Jej żołnierze i śmiechu warte armatki powinny być już tutaj w zeszłym dziesięciodniu…

— Według planu powinni już być posiekani na kawałki.

— Właśnie! Na długo przed przybyciem naszych przyjaciół z nieba. Zamiast tego ona poczłapała gdzieś w głąb lądu i na dodatek tam utknęła.

Członek Ociosa otrząsnął się pod płaszczem. Stal wiedział, że radio było dokładnie tak ciężkie, na jakie wyglądało. Myśl, że tamten drogo płaci za swą wszechwiedzę, stanowiła dla niego pewne pocieszenie. Jakżeż musiał cierpieć, paradując zakutany po same tympany w straszliwym upale. Wyobrażał sobie to udręczenie… Gdy byli w jakimś pomieszczeniu, mógł je nawet wyczuć.

Minęli jedno z dział umieszczonych na wałach. Lufa lśniła metalicznym blaskiem. Armata miała zasięg trzykrotnie większy niż pożałowania godne wynalazki Snycerki. Podczas gdy Snycerka opierała się na wiadomościach z dannika i intuicji ludzkiego dziecka, on miał bezpośrednie instrukcje od Ravny i spółki. Czasami obawiał się ich hojności, gdyż oznaczała ona, że Goście przewyższają go na tyle, że nie muszą troszczyć się o zachowanie odpowiednich środków bezpieczeństwa. Ale im więcej dowiadywał się o Ravnie i innych, tym bardziej zdawał sobie sprawę z ich słabości. Te istoty nie potrafiły eksperymentować na sobie, ulepszać się. Nieelastyczne, wolno zmieniające się tępaki. Czasem wykazywali się śladową przebiegłością — Ravna na przykład nie była skora do mówienia, co takiego najbardziej interesuje ich w pierwszym statku — ale wszystkie wiadomości świadczyły o ich rosnącej desperacji, a także o tym, jak bardzo niepokoili się o los ludzkiego dziecka.

Wszystko szło znakomicie jeszcze do niedawna. Kiedy odeszli na tyle daleko, by nie mogła ich słyszeć sfora stojąca przy dziale, Stal ponownie zagadnął członka Ociosa.

— Wciąż nie ma żadnych wiadomości od naszych „ratowników”.

— Właśnie. — Tu także przesuwały się kolejne ważne terminy, na których dotrzymanie nie mieli właściwie żadnego wpływu. — Ravna pominęła cztery sesje. Dwóch moich członków jest obecnie z Amdijefrim. — Singiel machnął pyskiem w stronę kopuły stołbu. Gest był niekompletną imitacją. Bez pozostałych pysków i oczu, język ciała był bardzo ograniczony. My po prostu nie jesteśmy stworzeni do tego, by każdy członek szwendał się samopas. - Jeśli za kilka minut nie uzyskamy połączenia, to będziemy mieli już pięć opuszczonych sesji. Dzieci są coraz bardziej zrozpaczone.

Głos osobnika brzmiał współczująco. Niemal podświadomie lord Stal znowu cofnął się od singla. Pamiętał ten ton ze wczesnych lat swego istnienia. Prawie zawsze po kwestii wypowiedzianej takim tonem następowało ociosywanie i śmiertelne męki.

— Chciałbym, żeby były wesołe, Presforo. Przypuszczam, że łączność wcześniej czy później zostanie ponownie nawiązana. Kiedy to się stanie, będziemy ich bardzo potrzebować. — Stal odsłonił zęby we wszystkich szczękach, otaczając singla ze wszystkich stron. — Tak więc powstrzymaj się od swoich starych sztuczek!

Pojedynczy członek wzdrygnął się niemal niezauważalnie, co sprawiło Stali większą radość, niż gdyby tysiące innych sfor pełzało przed nim na brzuchach.

— Oczywiście. Chciałem po prostu powiedzieć, że powinieneś ich odwiedzić, rozproszyć obawy.

— Ty to zrobisz.

— Och… ale oni mi nie ufają. Już ci to mówiłem. Stal, one kochają ciebie.

— Ach tak! I przejrzały twoją podłość, co? — Ta sytuacja napawała go dumą. Odniósł sukces tam, gdzie wypracowane przez Ociosa metody na pewno by zawiodły. Udało mu się manipulować innymi bez konieczności zastraszania czy zadawania bólu. To był jego najbardziej szalony eksperyment, a zarazem przynoszący największe korzyści. Ale… — Posłuchaj, nie mam już czasu bawić się w niańkę. Rozmawianie z tymi dwoma niesamowicie mnie męczy.

Niesamowicie męczące było ciągłe trzymanie nerwów na wodzy, znoszenie chłopięcego „głaskania” i wybryków Amdie-go. Na samym początku Stal uparcie nie dopuszczał nikogo innego do bliskiego kontaktu z dziećmi. Były zbyt ważne, aby mógł się nimi zająć ktokolwiek poza nim samym. Zupełnie przypadkowa wpadka mogła otworzyć im oczy na prawdę i wszystko zaprzepaścić. Nawet teraz Presfora była prócz niego jedyną sforą, która regularnie widywała się z dziećmi. Ale dla Stali każde następne spotkanie było gorsze niż poprzednie, wystawiało jego cierpliwość i opanowanie na najcięższą próbę. Trudno mu było myśleć, gdy cały kipiał złością, a tak kończyła się dla niego większość rozmów. Jak pięknie by było, gdyby ludzie z kosmosu już wylądowali. Wtedy mógłby użyć drugiego końca narzędzia, jakim był Amdijefri. Wtedy już nie potrzebowałby zaufania i przyjaźni dzieciaków. Wtedy stałyby się dla niego źródłem prawdziwych korzyści, czymś, co mógłby torturować i zabijać, aby uczyniono zadość jego żądaniom.

Oczywiście, gdyby przybysze nigdy nie przylecieli lub gdy-by…

— Musimy coś zrobić! Nie mam zamiaru unosić się bezwładnie na fali wydarzeń, które decydują o naszej przyszłości! — Stal palnął łapą w drewniane rusztowanie biegnące wzdłuż wewnętrznej części kamiennego parapetu, rysując deski swymi błyszczącymi szponami. — Jeśli nie możemy nic poradzić na spóźniających się Gości, zajmijmy się Snycerką. Tak! — Uśmiechnął się do członka Ociosa. — Co za ironia losu, prawda? Przez sto lat usiłowałeś ją zniszczyć. Teraz ja dokonam tego dzieła. To, co dla ciebie byłoby największym tryumfem, dla mnie jest tylko nużącym drobiazgiem, którym zajmuję się jedynie ze względu na tymczasowe opóźnienia w realizacji daleko ambitniejszych projektów.

Nie wyglądało na to, żeby osobnikowi w płaszczu specjalnie to zaimponowało.

— Widzę w tym ogromną zasługę podarków, które spadają z nieba.