Выбрать главу

Ocios i Stal zeszli po północnych schodach i przecięli dziedziniec paradny. Ocios poświęcił część uwagi, by wysłuchać narzekań rozmówcy na temat zaniedbań przy odpowiednim utrzymaniu stanowisk ćwiczebnych. Całe szczęście, że Stal był na tyle inteligentny, aby swoje szafoty, które uważał za podstawę utrzymania dyscypliny wśród podwładnych, zostawić na Ukrytej Wyspie.

Ocios i żołnierze Rangolitha taplali się w górskim strumieniu. Nawet w pełni lata, podczas Suchowiatru, na wysoko położonych terenach leżały resztki śniegu, z których brały początek strumienie o lodowatej wodzie.

Ocios i Amdijefri zmieszali się ze sobą. Pozwolił, aby dwóch członków Amdiego przytuliło się do jego boków. Dla obu dzieciaków fizyczny kontakt był niezwykle istotny, a on był jedynym, do którego obaj mogli się zbliżyć. Było to wyjątkowe zboczenie, ale Ocios całe swoje życie oparł na manipulowaniu słabościami innych i można powiedzieć, że — jeśli nie liczyć bólu — folgował im z radością. Ocios wydał z siebie przeciągłe mruczenie, pieszcząc najbliższego szczeniaka.

— Poproszę o to naszego lorda, jak tylko się z nim zobaczę.

— Dziękuję — powiedział szczeniak i obwąchał dokładnie jego płaszcz, a potem, na szczęście, odszedł od niego. Ciało Ociosa pod płaszczem było jedną wielką raną. Być może Amdi zdawał sobie z tego sprawę, a może… Ocios zauważał rosnącą niechęć, jaką ta dwójka odczuwała wobec niego. Uwaga, jaką podzielił się ze Stalą, była bliska prawdy: dzieciaki naprawdę mu nie ufały. Obwiniał za to Presforę. Gdyby Ocios działał tylko sam, nie miałby najmniejszych kłopotów ze zdobyciem sobie miłości Amdijefriego. Nie miał w sobie nic z morderczego temperamentu Stali ani z jego przewrażliwionej godności. Ocios potrafił gawędzić dla przyjemności, cały czas przeplatając prawdę z kłamstwem. Jedną z jego największych zalet była zdolność empatii — żaden sadysta nie może osiągnąć doskonałości bez rozwinięcia w sobie tej umiejętności. Ale zawsze kiedy zaczynał osiągać pewne małe sukcesy, kiedy dzieciaki już miały się przed nim otworzyć… wtedy właśnie pojawiała się Pre albo Sfo, albo Ra, zmieniając jego łagodną minę w ohydny grymas lub każąc mu wybrać niewłaściwe słowa. Być może powinien się zadowolić podkopywaniem autorytetu Stali (wystrzegając się, rzecz jasna, mówienia o nim bezpośrednio). Ocios westchnął i poklepał Jefriego po ramieniu.

— Ravna niedługo znowu się odezwie. Jestem tego pewien. Człowiek pociągnął nosem i wyciągnął rękę, by pogładzić Ociosa po tej głowie, której nie przykrywał kaptur. Siedzieli sobie przez chwilę w przyjacielskiej ciszy, i w tym czasie myślami przeniósł się do…

…lasu i do oddziałów Rangolitha. Cała grupa wspinała się pod górę już przez dziesięć minut. Wszyscy prócz niego byli lekko obciążeni i przyzwyczajeni do tego rodzaju podejść. Obaj członkowie Ociosa zostawali w tyle. Zasyczał na dowódcę.

Tamten zszedł bokiem ku niemu. Żołnierze zwinnie ustępowali mu z drogi. Przystanął, gdy jego najbliższy członek znajdował się około piętnastu stóp od Ociosa. Głowy żołnierza przekrzywiały się to na ten, to na tamten bok.

— Jakie jest twoje życzenie… lordzie?

To był jakiś nowy. Przekazano mu wszystkie informacje dotyczące singli w płaszczach, ale Ocios zdawał sobie sprawę, że tamten nie bardzo wszystko pojmuje. Złoto i srebro błyszczące na czarnych płachtach płaszczy to były kolory zarezerwowane dla lordów dominium. Ale z oddziałem szło tylko dwóch członków Ociosa. Normalnie taki fragment z trudem potrafi brać udział w jakiejkolwiek rozmowie, a tym bardziej wydawać rozsądne rozkazy. Równie dezorientująco działał brak odgłosów myśli. Niektórzy żołnierze w swoich własnych myślach nazywali go „zombi”.

Ocios wskazał na ścieżkę idącą w górę, las zaczynał się zaledwie kilka jardów od miejsca, w którym stali.

— Zwiadowca Rangolith jest po drugiej stronie. Chodźmy na skróty — zaproponował słabym głosem.

Część tamtego patrzyła już na drogę wiodącą na szczyt wzgórza.

— To niezbyt dobry pomysł, panie. — Żołnierz wolno cedził słowa. Głupi dwojak, mówiła jego postawa. — Źli nas zauważą.

Ocios spiorunował tamtego wzrokiem, co raczej trudno wykonać, gdy ma się do dyspozycji tylko dwóch osobników.

— Żołnierzu, czy widzisz złoto na moich ramionach? Nawet jeden mój członek jest więcej wart niż ty cały. Jeśli mówię, że pójdziemy na skróty, to znaczy, że to zrobimy… nawet jeśli mielibyśmy czołgać się po pachy zanurzeni w siarce.

Ocios wiedział dokładnie, gdzie Wendacjusz wystawił czaty. Przejście po otwartej przestrzeni w tym miejscu nie przedstawiało najmniejszego ryzyka, ale on był taki zmęczony.

Dowódca oddziału wciąż do końca nie wiedział, kim jest Ocios, ale w mig zorientował się, że czarne płaszcze jest co najmniej tak groźny jak lord w całej okazałości. Wycofał się pokornie, szorując brzuchami po ziemi. Grupa zeszła na dół i po kilku minutach szli przez odsłonięte wrzosowisko.

Ocios wiedział, że idąc tą ścieżką, natknie się na bazę Ran-golitha za niecałe pół mili.

Ocios i Stal weszli do stołbu na środku dziedzińca. Kamień był świeżo przycięty, a ściany wzniesione w gorączkowym pośpiechu, z jakim zresztą zbudowano cały nowy zamek. Trzydzieści stóp nad ich głowami, w miejscu gdzie przypory stykały się ze sklepieniem, widać było małe otwory w kamiennym murze. Te otwory miały wkrótce zostać wypełnione prochem, podobnie jak szczeliny w murach otaczających lądowisko. Stal nazywał je Powitalnymi Szczękami. Teraz odwrócił jedną głowę w stronę Ociosa.

— I co mówi Rangolith?

— Wyszedł na patrol. Powinien być tutaj — to znaczy, powinien wrócić do obozu — już za chwilę. — Ocios robił, co mógł, by ukryć swoje wyprawy ze zwiadowcami. Podobne rozpoznania nie były zabronione, ale Stal na pewno kazałby mu się z nich tłumaczyć, gdyby się dowiedział.

Ocios i żołnierze Rangolitha brnęli przez podmokłe wrzosowisko. Powietrze unoszące się nad breją z roztopionego śniegu było cudownie chłodne, a wiaterek wpadał pod jego przepoco-ny i zakurzony płaszcz.

Rangolith znakomicie wybrał miejsce na swoją bazę. Namioty znajdowały się w niewielkim obniżeniu terenu na brzegu sporego oczka wodnego. Sto jardów dalej czapa śniegu przykrywała pobliskie wzgórze. Nie można było dojrzeć namiotów z dołu, miejsce zaś znajdowało się na tyle wysoko, że ze skraju niecki mieli wspaniały widok na trzy strony świata, a najlepszy na południe. Posiłki i żywność mogły nadchodzić z północy, przy czym możliwość ich wykrycia była niewielka, gdyby nawet pożar ogarnął leżące poniżej lasy, obóz ten pozostałby nietknięty.

Zwiadowca Rangolith wypoczywał niedaleko swych luster sygnałowych, smarując olejem przyrządy celownicze. Jeden z jego podwładnych leżał na skraju wzgórza i obserwował otoczenie przez teleskop. Na widok Ociosa Rangolith stanął na baczność, ale w jego spojrzeniu nie było lęku. Jak większość zwiadowców kontrolujących odległe tereny nie obawiał się zamkowych polityków. Poza tym Ocios spędził wiele chwil, bratając się z nim na zasadzie „my dwaj przeciwko ważniakom”. Rangolith burknął na dowódcę:

— Następnym razem, kiedy zdecydujesz się na brykanie po otwartym terenie, od razu gotuj tyłki do karnego raportu.