Выбрать главу

Johanna ciągnęła wózek z jedzeniem przez cały teren szpitala, zatrzymując się przy każdym pacjencie. Wózek był dla niej nieco za duży, a jego koła czasem zaplątywaly się w wystające korzenie. Ale zajęcie to, do którego nadawała się znacznie bardziej niż jakakolwiek sfora, dawało jej poczucie, że jest potrzebna.

Z lasu otaczającego szpital dochodziły odgłosy wydawane przez zaprzęgane do wozów kherświny, okrzyki żołnierzy zabezpieczających działa i pakujących obozowy ekwipunek. Z map, jakie Wendacjusz pokazał na posiedzeniu rady, wynikało jasno, że przez następne dwa dni czeka ich wyczerpująca trasa, ale za to mieli zająć wysoko położone tereny na tyłach niczego się nie spodziewających wojsk Ociosa.

Johanna zatrzymała się przy pierwszym malutkim szałasie. Siedzący w środku trojak usłyszał, jak nadchodzi, i natychmiast wypadł na zewnątrz, biegając w kółko wokół jej wózka.

— Johanno! Johanno! — wołał jej własnym głosem. Była to pozostałość po jednym z pomniejszych strategów Snycerki, który miał okazję nauczyć się kilku słów po samnorsku. Sfora ta była wcześniej szóstakiem. Trzech członków zostało zagryzionych przez wilki. Reszta, która pozostała, była „mówcą” — dorównywała bystrością pięcioletniemu dziecku, aczkolwiek operującemu dość niezwykłym słownictwem.

— Dzięki za jedzenie. Dziękuję. — Trącał ją nosami. Poklepała go po głowach, zanim ponownie sięgnęła do wózka i wyciągnęła z niego miski letniego gulaszu. Dwóch członków natychmiast zanurzyło w nich pyski, ale trzeci przysiadł na chwilę nieco z tyłu i zagadnął ją:

— Słyszałem, że niedługo będziemy walczyć. Ty już chyba nie, ale…

— To prawda. Idziemy do góry obok wyschniętego wodospadu, na wschód od tego miejsca.

— Ojojoj! — zajęczał. — Ojojoj! To fatalnie. Słaba widoczność, brak kontroli, strach przed zasadzką.

Wydawało się, że fragment ma jakieś wspomnienia związane z własnymi założeniami taktycznymi. Ale nie było możliwości, aby Johanna zdołała wytłumaczyć mu argumenty Wenda-cjusza.

— Nie martw się. Wszystko będzie w porządku.

— Jesteś pewna? Obiecujesz?

Johanna uśmiechnęła się łagodnie do tego, co pozostało z dość miłej sfory.

— Tak. Obiecuję.

— Aaa… To w porządku. — Teraz już cała trójka trzymała pyski w miskach z gulaszem. To był jeden z największych szczęściarzy. Wykazywał spore zainteresowanie tym, co działo się wokół niego. A ponadto, co było równie istotne, rozpierał go dziecięcy entuzjazm. Pielgrzym powiedział, że tego rodzaju fragmenty mogą się łatwo zregenerować, jeśli będzie się o nie dobrze dbało tak długo, by mogły dochować się szczeniaka lub dwóch.

Popchnęła wózek kilka metrów dalej, do ogrodzenia otaczającego teren w kształcie kwadratu, co oznaczało zagrodę zajętą przez singla. W powietrzu unosił się mdły zapach odchodów. Niektóre z singli i dubletów nie potrafiły wypróżniać się w osobnym miejscu; zresztą obozowe latryny znajdowały się jakieś sto metrów od szpitala.

— Tutaj, Czarnuszku. Czarnuszku? — Johanna uderzała pustą miską o bok wózka. Zza krzaków wysunęła się pojedyncza głowa; czasem tego biedaka nie stać było i na taką reakcję. Johanna uklękła, tak że jej oczy znalazły się prawie na poziomie oczu czarnopyskiego singla. — Czarnuszku?

Stworzenie wypełzło zza krzaków i powoli się zbliżyło. Było wszystkim, co pozostało po jednym z artylerzystów Skrupiła. Nawet je pamiętała — zgrabny szóstak, wszyscy członkowie potężnie zbudowani i bardzo szybcy. Ale teraz nawet Czarnuszek nie był cały — upadające działo zmiażdżyło mu tylne łapy. Ciągnął je za sobą na małym wózku o trzydziestocentymetrowych kołach. Wyglądał jak Skrodojeździec, któremu wyrosły przednie łapy. Popchnęła miskę gulaszu w jego stronę i wydała z siebie odgłosy, jakich nauczył ją Pielgrzym. Czarnuszek przez ostatnie trzy dni odmawiał jedzenia, lecz dziś podtoczył się na tyle blisko, że mogła pogładzić go po łbie. Po chwili zanurzył pysk w misce strawy.

Johanna uśmiechnęła się mile zaskoczona. Ten szpital był bardzo dziwnym miejscem. Jeszcze przed rokiem napawałby ją przerażeniem, ale nawet teraz nie miała właściwego szpońskie-go spojrzenia na to, kim są ranni. Głaszcząc Czarnuszka po opuszczonej głowie, spojrzała ponad połacią leśnego runa na prymitywne szałasy, na pacjentów i na różne ich części. To naprawdę był szpital. Tutejsi lekarze naprawdę próbowali ratować życie, nawet jeśli cała miejscowa medycyna polegała na krojeniu i nastawianiu bez najmniejszego znieczulenia. W tym sensie ich metody były porównywalne ze średniowieczną ludzką medycyną, o której czytała w danniku. Ale u Szponów chodziło jeszcze o coś więcej. To miejsce przypominało również magazyn części zamiennych. Lekarze mieli na względzie przede wszystkim zdrowie całych sfor. Single stanowiły dla nich kawałki, które mogły okazać się przydatne do tworzenia większych fragmentów, mniej lub bardziej tymczasowych. Ranne single były pacjentami, którym poświęcano najmniej uwagi.

— W takich wypadkach nie bardzo jest co ratować — powiedział jej jeden lekarz korzystając z obecności tłumacza-Piel-grzyma. — A nawet gdyby było, to czy chciałabyś mieć w sobie kalekiego, luźno związanego z duszą członka?

Łapiduch był najwyraźniej zbyt zmęczony, by zauważyć niedorzeczność takiego pytania. Z nosów ciekła mu krew, pracował całymi godzinami, by uratować rannych członków całych sfor.

Poza tym większość rannych singli po prostu przestawała jeść i umierała w ciągu dziesięciodnia lub szybciej. Nawet po roku spędzonym wśród Szponów Johannie trudno było się z tym pogodzić. Każdy singiel przypominał jej Skrybę, chciała, aby miały większe szczęście niż ostatni członek tamtego. Rozwożąc jedzenie, spędzała tyle samo czasu z rannymi singlami, co z innymi pacjentami. Dawało to całkiem niezłe efekty. Mogła przecież podejść blisko do każdego z nich, nie wywołując zakłóceń w myślach. Jej pomoc dawała sforotwórcom więcej czasu na przestudiowanie fragmentów i singli w celu odpowiedniego skomponowania sprawnie funkcjonujących sfor z pozostałych po bitwie resztek.

Teraz pojawiała się szansa, że może Czarnuszek przestanie się głodzić. Opowie o tym Pielgrzymowi. Udawało mu się dokonać cudów przy wielu wcześniejszych składankach, a ponadto chyba był jedyną sforą, która, tak jak dziewczyna, przejmowała się losem okaleczonych singli.

— Jeśli nie przestają jeść, oznacza to na ogół, że mają bardzo silny umysł. Nawet jako inwalidzi mogą stanowić mocny element niejednej sfory — mówił jej. — Nieraz miałem w swoim składzie kalekę. Nie zawsze można wybierać, kiedy zostanie się zredukowanym do trojaka na zupełnie nieznanym terenie.

Johanna postawiła miskę wody obok gulaszu. Po chwili kaleki pojedynczy osobnik obrócił się dookoła i pociągnął kilka małych łyczków.

— Trzymaj się Czarnuszku, na pewno znajdziemy kogoś dla ciebie.

Chitiratte był tam, gdzie powinien; stał na posterunku, tak jak się tego po nim spodziewano. Mimo to czuł, że zjadają go nerwy. Przez cały czas co najmniej jedna głowa wpatrywała się w modliszkowatego stwora, w Dwunoga. Nie było w tym nic podejrzanego. Miał przecież pełnić tutaj straż, a to oznaczało uważne patrzenie we wszystkich kierunkach. Gorączkowo wyjmował kusze z żołnierskiej sakwy, by ściskać je w szczękach, to znów na powrót je chował. Jeszcze tylko kilka minut…

Ponownie obszedł dookoła szpitalik. To była lekka służba. Mimo że ta część lasu została oszczędzona przez polujące sfory, pożary, które często zdarzały się podczas Suchowiatru, przegoniły większą zwierzynę w dół rzeki. W tak bliskiej odległości od wody ziemia była porośnięta miękkokrzewem i rzadko trafiały się jakieś kolczaste rośliny. Chodzenie wokół szpitala było równie przyjemne, jak przechadzka po Snycerskich Błoniach nieopodal stolicy. Kilkaset jardów na wschód czekała już cięższa robota — tam przygotowywano wozy i zapasy przed czekającą wojsko wspinaczką.