Fragmenty wiedziały, że coś się szykuje. Tu i ówdzie głowy wychylały się z legowisk i nor. Spoglądały na ładowane wozy, słyszały znajome głosy przyjaciół. Nawet najtępsze czuły się w obowiązku ruszyć na pomoc. Przed chwilą zagonił trzy fizycznie całkiem sprawne single z powrotem do szpitalnych zagród. Takie kaleki nie mogły się na nic przydać. Kiedy armia pomaszeruje na Margrumowy Stok szpital zostanie na tyłach. Chitiratte żałował, że on nie będzie mógł zostać z chorymi. Zbyt długo pracował dla szefa, by się nie domyślić, kto był jego mocodawcą. Dlatego też podejrzewał, że niewielu uda się wrócić z Margrumowego Stoku.
Skierował trzy pary oczu na modliszkę. Obecna akcja była najbardziej ryzykowna ze wszystkich, w jakich brał udział. Jeśli wszystko się uda, może zażąda od szefa, żeby zostawił go przy szpitalu. Tylko ostrożnie, stary. Wendacjusz nie byłby tym, kim jest, gdyby zostawiał przy życiu jakichś niepewnych świadków. Chitiratte widział, co stało się z tym gościem ze wschodu, który za bardzo wścibiał nos w sprawy szefa.
Cholera, ale ten człowiek się guzdrze! Marudzi przy tamtym singlu już pięć minut. Biorąc pod uwagę ilość czasu, jaki spędza z fragmentami, można by pomyśleć, że się z nimi parzy. Cóż, niedługo zapłaci za tę poufałość. Wypadek, wypadek. To musi wyglądać na wypadek.
Oho! Dwunóg zbierał już miski z jedzeniem i wodą i układał je na wózku. Chitiratte dyskretnie obiegł szpital dookoła i zatrzymał się w miejscu, gdzie miał dobry widok na dwojaka Kratzi — fragment, który miał dokonać zbrodni.
Kratzinissinari, zanim utracił swą część zwaną Nissinari, był piechurem. Nie miał żadnych powiązań z szefem ani Służbami Bezpieczeństwa. Ale znany był jako absolutnie stuknięty sukinsyn; mówiono, że prawie cały czas znajduje się na skraju bitewnego amoku. Zredukowanie do dubletu na ogół wpływało uspokajająco. W tym jednak wypadku… cóż, szef twierdził, że Kratzi został specjalnie przygotowany; jak pułapka, którą wystarczy odpowiednio uruchomić. Cała praca Chitiratte polegała na tym, by we właściwej chwili dać sygnał, a dwojak miał rozszarpać modliszkę na strzępy. Wielka tragedia. Oczywiście Chitiratte będzie w pobliżu — zaalarmowany szpitalny wartownik. Bez chwili zwłoki przeszyje strzałami mózgi Kratziego… ale niestety nie zdąży uratować Dwunoga.
Człowiek ciągnął niezdarnie wózek z jedzeniem, omijając korzeniowe krzewy, przemieszczając się w stronę Kratziego, następnego pacjenta. Dublet wychynął z nory, wypowiadając jakieś kretyńskie pozdrowienia, których nawet Chitiratte nie potrafił zrozumieć. Pomimo ogólnie przyjaznego zachowania, w tym, co mówił, pobrzmiewały nieznaczne tony morderczej furii. Oczywiście modliszka nic nie zauważyła. Zatrzymała wózek i zaczęła napełniać miski jedzeniem i wodą, cały czas mrucząc coś do dwojaka. Za chwilę pochyli się, aby położyć jedzenie na ziemi… Przez krótką chwilę Chitiratte rozważał możliwość ustrzelenia modliszki, na wypadek gdyby Kratziemu nie powiodło się od razu. Potem mógł powiedzieć, że było to tragiczne chybienie. Nie lubił Dwunoga. Modliszkowaty stwór był naprawdę groźny, taki wielki i ruszał się tak dziwnie. Teraz wiedział, że w porównaniu ze sforami było to bardzo delikatne stworzenie, ale i tak strach oblatywał go na samą myśl, że pojedyncze zwierzę może być tak bystre. Odpędził pokusę jeszcze szybciej, niż o niej pomyślał. Lepiej nie mówić, jaką cenę mógłby zapłacić za taki wybryk, nawet gdyby uwierzono, że strzał był nieszczęśliwym wypadkiem. Dziś nie pora na litość, o nie. Niech szczęki i pazury Kratziego wykonają swoją robotę.
Jedna z głów dwojaka wpatrywała się w stronę, gdzie stał Chitiratte. Modliszka chwyciła miski i odwróciła się od wózka…
— Hej, Johanno! Jak ci idzie?
Johanna podniosła wzrok znad miski z gulaszem i zobaczyła Wędrownika Wickwrackstrupa, zbliżającego się do niej wzdłuż granicy szpitala. Starał się podejść tak, żeby nie zakłócać odgłosów myśli pacjentów. Strażnik, który przed chwilą stanął w pobliżu, wycofał się na jego widok i przeszedł kilka metrów dalej.
— Całkiem nieźle — odkrzyknęła. — Widziałeś tego na kółkach? Właśnie zjadł porcję gulaszu.
— Znakomicie. Myślałem o nim i o trojaku po drugiej stronie szpitala.
— Tym rannym lekarzu?
— Tak. Wszyscy członkowie, którzy pozostali po Trellelaku są płci żeńskiej. Słuchałem odgłosów ich myśli i… — Cały wywód Pielgrzym wygłosił po samnorsku, ale Johanna i tak niewiele z niego rozumiała. Język ludzki nie miał żadnych odpowiedników pojęć sforotwórstwa. Nawet Wędrownik nie mógł wszystkiego jasno przedstawić. Ponieważ Czarnuszek był płci męskiej, razem z trojakiem lekarza mieli szansę na spłodzenie szczeniaków na tyle wcześnie, żeby odpowiednio scementować nowy skład. Reszta była niezrozumiałą gadaniną o „rezonansie nastrojów” i „siatce mocnych i słabych punktów”. Pielgrzym mówił o sobie, że jest sforotwórcą amatorem, ale nieraz doktorzy — a czasami nawet Snycerka — z wielką powagą traktowali jego opinie. Podczas podróży wiele doświadczył i widział. Skomponowane przez niego składy zdawały się „chwytać” dużo częściej niż sfory tworzone przez innych. Uciszyła go gestem dłoni.
— Dobrze. Spróbujemy, jak już nakarmię wszystkich.
Pielgrzym przekrzywił jedną głowę czy dwie i spojrzał w stronę najbliższych szpitalnych zagród.
— Dzieje się coś dziwnego. Nie potrafię tego dokładnie wyjaśnić, ale… wszystkie fragmenty patrzą na ciebie. Robią to bardziej nachalnie niż zazwyczaj. Czy czujesz to?
Johanna wzruszyła ramionami.
— Nie. — Uklękła, aby postawić miski z wodą i gulaszem przed dwojakiem. Dwóch członków najwyraźniej aż drżało z niecierpliwości, aczkolwiek okazali uprzejmość i nie przerywali rozmowy. Kątem oka zauważyła, że szpitalny strażnik bardzo dziwnie kiwa dwoma środkowymi głowami i…
Poczuła dwa ciosy, jak uderzenia pięści, na klatce piersiowej i na twarzy. Upadła na ziemię i wtedy rzucili się na nią. Podniosła zakrwawione ramię, aby powstrzymać ostre zęby i pazury.
Kiedy Chitiratte dał sygnał, obaj członkowie Kratziego ruszyli do akcji i… wskoczyli jeden na drugiego, niemal przypadkowo przewracając modliszkę na plecy. Pazury i zęby darły powietrze oraz boki członków w równym stopniu, co ciało Dwuno-ga. Przez chwilę Chitiratte stał jak wryty. Może jej wcale nie zabić. Potem otrząsnął się i przeskoczył przez ogrodzenie, w tym samym czasie opuszczając i ładując kuszę. Może nie trafić za pierwszym razem. Kratzi szarpał modliszkę, ale szło mu zbyt wolno…
Po chwili nie miał już możliwości oddania strzału w dwojaka. Fala biało-czarnych, warczących ciał zalała Kratziego i człowieka. Każdy w miarę sprawny fragment w szpitalu zdawał się ruszać do ataku. W mgnieniu oka cały teren ogarnęła mordercza furia, znacznie bardziej przerażająca, niż kiedy do walki brały się całe sfory. Na widok i dźwięk tej jatki Chitiratte cofnął się pośpiesznie, nie mogąc wyjść ze zdumienia.
Nawet Pielgrzym dał się porwać temu szaleństwu. Sfora pędem minęła strażnika i otoczyła kłąb walczących. Pielgrzym ani razu nie włączył się do ogólnej bijatyki, tu i ówdzie co jakiś czas gryząc pojedynczych członków i nieustannie wykrzykując jakieś słowa, które ginęły w straszliwej wrzawie.