Выбрать главу

Nagłe uderzenie interf erujących myśli motłochu było tak głośne, że ogłuszyło Chitiratte stojącego dwadzieścia jardów dalej. Po chwili tłum zaczął się kurczyć, szaleństwo powoli o większość pacientów. To, co jeszcze przed sekundą przypominało bestię o kilkudziesięciu ciałach, teraz stało się pomieszanym i zakrwawionym zbiorowiskiem luźnych członków.

Pielgrzym wciąż biegał dookoła, w przedziwny sposób zachowując jasność myśli i sprawność ruchów. Jeden z jego osobników, ogromny, ze strupem na zadzie, co chwila dawał nura w ogromny kocioł, siekąc pazurami każdego, kto jeszcze rwał się do bitki.

Wreszcie pacjenci zaczęli wycofywać się z pobojowiska. Niektórzy z tych, którzy włączyli się do bijatyki jako trojaki lub dwojaki, wychodzili jako single. Inni wydawali się liczniejsi niż przedtem. Ziemia wokół była przesiąknięta krwią. Zginęło co najmniej pięciu członków. Ze środka niedawnego pola bitwy sterczały ku górze dwa kółka-protezy.

Pielgrzym nie zwracał na to wszystko uwagi, cała czwórka stała wokół jakiejś zakrwawionej kupki.

Chitiratte uśmiechnął się do siebie. Mokra plama po modliszce. Co za tragedia!

Johanna przez cały czas nie straciła przytomności, ale ból i przygniatający ją ciężar kilkudziesięciu ciał nie pozwalał jej myśleć. Teraz nacisk ustał. Gdzieś na tle wrzawy słyszała okrzyki w normalnej szpońskiej mowie. Spojrzała w górę i zobaczyła Pielgrzyma. Strupiarz stał nad nią okrakiem, pysk trzymał kilka centymetrów od jej twarzy. Pochylił się i polizał jej twarz. Johanna uśmiechnęła się i spróbowała coś powiedzieć.

Wendacjusz tak wszystko ułożył, żeby w tej samej chwili odbywać konferencję ze Skrupiłem i Snycerką. Dowódca artylerii właśnie zagłębiał się w taktyczne wyjaśnienia, przedstawiając przy użyciu dannika swój plan przemarszu przez Mar-grumowy Stok.

Dzikie wrzaski dobiegły ich od strony rzeki.

Skrupiło poirytowany podniósł wzrok znad Różowego Oli-fanta.

— Co, u diabła…

Ale hałas nie ustawał. Najwyraźniej było to coś więcej niż przypadkowa burda. Snycerka i Wendacjusz wymienili zaniepokojone spojrzenia, jednocześnie wyciągając szyje, aby zerknąć pomiędzy drzewami w stronę, z której dochodził oszalały gwar.

— Bójka w szpitalu? — spytała królowa.

Wendacjusz upuścił swój notatnik i biegiem wycofał się z miejsca ich spotkania, krzycząc na strażników, aby strzegli królowej. Kiedy pędził przez obóz widział, jak szwendający się po obozie zluzowani wartownicy podążają w stronę szpitala. Wszystko szło tak gładko, jakby zostało zaprogramowane w dan-niku, oprócz może… skąd taki straszny hałas?

Na ostatnich metrach dogonił go Skrupiło i popędził do przodu. Artylerzysta wbiegł na teren szpitala i stanął jak wryty, a na jego pyskach pojawił się wyraz przerażenia. Wendacjusz wpadł na polanę, przygotowując się na wielkie przedstawienie, podczas którego miał być głęboko wstrząśnięty, a jednocześnie stanowczy w podejmowaniu natychmiastowych decyzji.

Wędrownik Wickwrackstrup stał przy wózku z jedzeniem. Tuż za nim widział Chitiratte. Pielgrzym otaczał Dwunoga leżącego pośród sporego pobojowiska. Na Sforę Sfor, co tu się działo? Dookoła było zbyt dużo krwi.

— Wszyscy oprócz lekarzy do tyłu! — ryknął na żołnierzy tłoczących się na skraju polany. Wybrał ścieżkę idącą jak najdalej od zagród najgłośniejszych pacjentów. Widział mnóstwo nowych rannych, a gdzieniegdzie ciemne plamy krwi na jasnych pniach drzew. Coś było nie tak.

Tymczasem Skrupiło okrążył szpital z drugiej strony i stanął kilkadziesiąt jardów od Pielgrzyma. Większość jego osobników wbijała wzrok w coś, co leżało pod Wickwrackstrupem.

— To Johanna! Johanna! — Przez moment wyglądało na to, że dureń ma zamiar przeskoczyć ogrodzenie.

— Myślę, że nic jej nie będzie, Skrupiło — powiedział Wickwrackstrup. — Właśnie karmiła jednego z dwojaków, kiedy tamten wpadł w szał i… ją zaatakował.

Jeden z doktorów rozejrzał się po pobojowisku. Na ziemi leżały trzy bezwładne ciała, a rozlanej krwi starczyłoby dla kilku członków.

— Ciekawe, czym ich mogła sprowokować?

— Niczym, mówię ci! Ale kiedy upadła, pół szpitala rzuciło się na tego… jak mu tam było. — Machnął pyskiem w stronę trudnych do zidentyfikowania resztek.

Wendacjusz spojrzał na Chitiratte i jednocześnie dostrzegł przybywającą Snycerkę.

— Co o tym powiesz, żołnierzu? — zapytał. Tylko nic nie zawal, Chitiratte.

— By-było tak, ja-jak mówi Pielgrzym, panie. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. — Nader udanie sprawiał wrażenie prawdziwie wstrząśniętego całym wydarzeniem.

Wendacjusz podszedł bliżej do Pielgrzyma.

— Pozwolisz mi rzucić okiem, Pielgrzymie?

Wickwrackstrup zawahał się. Obwąchał dziewczynę w poszukiwaniu ran, które wymagałyby natychmiastowego opatrzenia. Potem Johanna kiwnęła lekko głową, a on cofnął się kilka kroków.

Wendacjusz zbliżył się poważny i zatroskany. Wewnątrz kipiał gniewem. Nigdy nie słyszał o czymś takim. Ale nawet jeśli cały cholerny szpital przyszedł jej na pomoc i tak powinna być martwa. Kratzi mógł ją zagryźć w pół sekundy. Jego plan wydawał się absolutnie pewny i bezpieczny (nawet teraz niepowodzenie nie powinno przynieść jemu większych szkód), ale właśnie zaczynał rozumieć, gdzie tkwił błąd. Przez wiele dni człowiek pozostawał w bezpośrednim kontakcie z tymi pacjentami, nawet z Kratzim. Żaden ze szpońskich lekarzy nie mógł zbliżyć się do nich ani ich dotknąć, tak jak to robił Dwunóg. Nawet niektóre całe sfory były pod wrażeniem takiego zbliżenia; dla fragmentów musiało to być wstrząsające przeżycie. W głębi duszy większość z pacjentów musiała uważać to stworzenie za swoją część.

Przyjrzał się Dwunogowi z trzech stron, zdając sobie sprawę, że oczy co najmniej pięćdziesięciu sfor bacznie obserwują każdy jego ruch. Niewielka ilość przelanej krwi pochodziła od Dwunoga. Rany cięte na jej szyi i ramionach były długie i płytkie, jakby ktoś zadawał je na ślepo. W ostatniej chwili całe przygotowanie Kratziego wzięło w łeb z powodu nieśmiałej myśli, że być może atakuje członka własnej sfory. Przecież nawet teraz wystarczyłoby wykonać mały zamach przednią łapą, aby poderżnąć gardło dziewczyny. Szybko rozważył myśl oddania człowieka pod opiekę medyczną Służby Bezpieczeństwa. Taki wybieg zakończył się sukcesem w przypadku Skryby, ale tym razem było to zbyt ryzykowne. Przed chwilą Pielgrzym stał nos w nos z Johanna, wszelkie twierdzenia o „nieprzewidzianych komplikacjach” na pewno wzbudziłyby w nim podejrzenia. Nie. Nawet dobre plany czasem biorą w łeb. Niech to będzie doświadczeniem na przyszłość. Uśmiechnął się do dziewczyny i przemówił po samnorsku.

— Teraz jesteś bezpieczna.

Na nieszczęście, ale miejmy nadzieję, że tylko na chwilę.

Głowa dziewczyny obróciła się na bok, patrząc w stronę, gdzie stał Chitiratte.

Skrupiło nerwowo dreptał w tę i z powrotem wzdłuż ogrodzenia, podchodząc tak blisko do Chitiratte i Pielgrzyma, że obaj musieli się trochę cofnąć.

— Nie nabiorę się na to! — zawołał artylerzysta. — Najważniejsza osoba w naszym obozie zaatakowana w ten sposób. Z daleka pachnie to podstępem wroga!

Wickwrackstrup wybałuszył na niego wszystkie oczy.