— Jak to sobie wyobrażasz?
— Nie wiem! — Zakrzyknął desperacko Skrupiło. — Ale wiem, że Johanna potrzebuje dobrej ochrony w takim samym stopniu, co opieki lekarza. Wendacjusz musi znaleźć dla niej jakieś bezpieczne miejsce.
Na Pielgrzymie najwyraźniej argument ten zrobił wielkie wrażenie… i zaniepokoił go. Pochylił głowę w stronę Wendacju-sza i zapytał z niespotykanym u niego respektem:
— Co ty o tym myślisz, Wendacjuszu?
Oczywiście Wendacjusz cały czas patrzył na Dwunoga. Interesujące, jak te stwory potrafiły ukrywać, w którą stronę patrzą. Johanna przez chwilę wpatrywała się w Chitiratte, teraz lustrowała wzrokiem Wendacjusza. Jej malutkie, ruchliwe, wąsko rozstawione oczka zwężały się w małe szparki. Wendacjusz w zeszłym roku poświęcił się wnikliwym studiom nad ludzkimi minami, obserwując Johannę oraz śledząc historie w danniku. Dziewczyna najwyraźniej coś podejrzewała. Musiała także zrozumieć część przemowy Skrupiła. Wygięła plecy i uniosła rękę do góry. Na szczęście dla Wendacjusza udało jej się wydobyć z gardła tylko cichy szept, który on sam ledwie słyszał:
— Nie… nie jak Skryba.
Wendacjusz był sforą, która wierzyła w uważne planowanie. Wiedział, że często najlepiej ułożone plany muszą zostać dostosowane do zmieniających się okoliczności. Spojrzał na Johannę i uśmiechnął się swoim oficjalnym, współczującym uśmiechem. Zabicie jej w ten sam sposób co osobnika Skryby wiązało się z ogromnym ryzykiem, ale… teraz widział, że wszelkie alternatywne rozwiązania są dużo bardziej niebezpieczne. Na szczęście Snycerka utknęła wraz ze swym najbardziej stetry-czałym kuśtykiem po drugiej stronie szpitala. Kiwnął głową na Pielgrzyma i zebrał się w zwartą grupę.
— Obawiam się, że Skrupiło ma rację. Nie wiem jeszcze, jak to się udało zorganizować, ale nie możemy podejmować dalszego ryzyka. Zabierzemy Johannę do mojej kwatery. Powiadom o tym królową. — Zdjął płaszcze z grzbietów i zaczął delikatnie opatulać człowieka przed jego ostatnią podróżą. Tylko jej oczy wyrażały sprzeciw.
Johanna na zmianę traciła i odzyskiwała przytomność, przerażona niemożnością wykrzyczenia swych obaw. Jej wrzaski nie brzmiały głośniej niż szept. Ramiona i nogi nie mogły wykonać żadnego ruchu prócz nie skoordynowanych podrygów, a te były niewidoczne, gdyż cała została zawinięta w peleryny Wenda-cjusza. Może to wstrząs mózgu albo coś w tym rodzaju, z zakamarków myśli wypłynęło absurdalne wyjaśnienie. Wszystko wydawało się takie dalekie, takie mroczne…
Johanna obudziła się w swoim domku w Snycerii. Co za straszliwy sen! W tym śnie została tak poraniona, że nie mogła się poruszyć, a potem zdawało jej się, że Wendacjusz jest zdrajcą. Spróbowała usiąść, ale nie mogła się poruszyć. Jestem cała zaplątana w przeklęte prześcieradła. Leżała cicho przez kilka chwil, wciąż oszołomiona koszmarnym snem.
— Snycerko? — spróbowała się odezwać, ale usta wydały tylko cichy jęk. Jakiś pojedynczy osobnik poruszał się cichutko wokół paleniska. W pokoju było niewiele światła, a i samo pomieszczenie wydało jej się jakieś odmienione. Johanna nie leżała na swoim zwykłym miejscu. Walcząc z ogarniającym ją zmęczeniem, próbowała zorientować się w układzie ciemnych ścian. Zabawna rzecz. Sufit był straszliwie nisko. Pachniało surowym mięsem. Jedna część twarzy bardzo ją bolała, a na wargach czuła smak krwi. Wcale nie była w Snycerii, a ten straszliwy sen…
Obok dostrzegła profile trzech szpońskich głów. Jedna z nich zbliżyła się i w słabym świetle zdołała rozpoznać znajomy układ biało-czarnych łat na pysku. Wendacjusz.
— To dobrze, że się obudziłaś — powiedział.
— Gdzie ja jestem? — Słowa brzmiały cicho i niewyraźnie. Znowu ogarnął ją strach.
W opuszczonej chłopskiej chacie na wschodnim skraju obozowiska. Zająłem ją. Dla potrzeb Służb Bezpieczeństwa, rozumiesz. — Mówił po samnorsku cicho i płynnie, głosem zasłyszanym w danniku. W jednym z pysków trzymał sztylet, którego ostrze błyszczało w półmroku.
Johanna skręciła się w mocno zaciśniętych płaszczach i szeptała przerażona. Coś było z nią nie w porządku. Czuła się tak, jakby próbowała krzyczeć, jednocześnie nie mogła złapać oddechu.
Jeden z członków Wendacjusza przechadzał się po górnym piętrze chatynki. Słoneczny blask oświetlał jego pysk, kiedy co jakiś czas wyglądał na zewnątrz przez wąskie szpary wycięte w drewnianych ścianach.
— Jak to dobrze, że nie udajesz. Widzę po twojej minie, że w jakiś sposób domyśliłaś się, jaki jest mój… drugi zawód. Moje hobby. Ale krzyk — nawet bardzo głośny — nic ci nie pomoże. Zostało nam niewiele czasu na pogawędkę. Jestem pewny, że królowa wkrótce będzie cię chciała odwiedzić… ale ja zabiję cię, zanim tu przyjdzie. To będzie bardzo smutna wiadomość. Twoje wewnętrzne obrażenia okażą się tak poważne…
Johanna nie słyszała wszystkich jego słów. Wzrok jej się mącił za każdym razem, kiedy ruszała głową. Nawet teraz nie mogła sobie dokładnie przypomnieć szczegółów tego, co wydarzyło się w szpitalu. Wiedziała, że Wendacjusz jest zdrajcą, ale skąd…? Przezwyciężając ból, starała się odszukać w pamięci odpowiednie wspomnienia.
— Zamordowałeś Skrybę, prawda? Dlaczego? — Mówiła już głośniej niż przed chwilą. Zakrztusiła się krwią spływającą jej do gardła.
Wokół siebie usłyszała cichy, ludzki śmiech.
— Odkrył całą prawdę o mnie. To zakrawa na ironię, że taki niezguła mnie przejrzał… A może twoje „dlaczego?” ma charakter bardziej ogólny? — Trzy najbliższe pyski przysunęły się jeszcze bliżej, a trzymany w szczękach nóż przesunął się po jej policzku. — Biedny Dwunogu, nie jestem pewien, czy kiedykolwiek byłabyś to w stanie zrozumieć. Może część, na przykład to, że pragnę władzy. Przeczytałem w danniku wszystkie informacje dotyczące ludzkich motywacji, „freudyzmy” i różne takie. My, Szpony, jesteśmy osobowościami dużo bardziej złożonymi. Ja, na przykład, niemal cały jestem płci męskiej, wiedziałaś o tym? To bardzo niebezpieczne być jednopłciowcem. To grozi szaleństwem. Ale sam się na to zdecydowałem. Miałem dość bycia nic nie znaczącym wynalazcą. Nie miałem ochoty żyć w cieniu Snycerki. Tak wielu spośród nas jest jej potomstwem i dzięki temu może nad nami dominować. Ucieszyła się z tego, że zająłem się Służbami Bezpieczeństwa. Ona sama nie ma do tego odpowiedniej kombinacji członków. Fakt, że wszyscy moi osobnicy prócz jednego są płci męskiej, kazał jej sądzić, że będę przebiegły, ale przewidywalny.
Fragment-czujka jeszcze raz wyjrzał przez wszystkie szpary okienne. Znowu usłyszała ludzki chichot.
— Od dłuższego czasu mam swoje plany. Nie występuję tylko przeciwko Snycerce. Ta strona jej duszy, która predestynuje ją do władzy, rozprzestrzeniła się na całe arktyczne wybrzeże. Ocios powstał o cały wiek wcześniej niż ja, Stal jest nowy, ale przejął po Ociosie jego imperium. Stałem się niezbędny im wszystkim. Jestem szefem Służb Bezpieczeństwa Snycerii… a zarazem najcenniejszym szpiegiem Stali. Jeśli wszystko dobrze rozegram, zawładnę dannikiem, a wszyscy pozostali zginą.
Ostrze noża znów dotknęło jej twarzy.
— Czy myślisz, że możesz mi pomóc? — Obserwował jej przerażoną minę. — Bardzo w to wątpię. Gdyby mój plan się powiódł, już byś nie żyła. — Usłyszała przeciągłe westchnienie. — Ale nie udało się i teraz jestem zmuszony osobiście się nad tobą poznęcać. Być może to właśnie da najlepsze efekty. Dannik zawiera prawdziwą rzekę informacji o wielu rzeczach, ale zaledwie napomyka o torturach. W pewnym sensie wasza rasa wydaje się tak delikatna, tak łatwo was zabić. Umieracie, zanim wasz umysł zostanie rozczłonkowany. Ale wiem, że czujecie ból i strach, a cała sztuka polega na tym, by użyć siły nie zabijając.