— Tak. Ona żyje. — Wendacjusz wyjął knebel z ust Johanny. Odwróciła głowę, kaszląc. Łzy płynęły jej po policzkach.
Pielgrzymie, och Pielgrzymie! — Jej słowa nie były głośniejsze od szeptu. Wciągnęła głęboki oddech, co sprawiło jej niemały ból. Skoncentrowała się na tym, żeby zawołać jak najgłośniej. Ciemne plamy tańczyły jej przed oczami. — Hej, Pielgrzymie!
— Hej, Johanno. Czy bardzo cię skrzywdził?
— Trochę. Ja…
— Wystarczy. Jest żywa, Pielgrzymie, ale to można łatwo naprawić. — Wendacjusz nie wepchnął jej knebla z powrotem do ust. Johanna widziała, jak nerwowo skrobie się po głowach, chodząc w kółko po chacie. Po chwili zaszwargotał coś o „martwym punkcie”.
Wędrownik odpowiedział:
— Mów po samnorsku, Wendacjuszu. Chciałbym, żeby Johanna wszystko rozumiała, a ty przecież mówisz po samnorsku równie dobrze co po naszemu.
— Niech ci będzie. — Głos zdrajcy brzmiał obojętnie, ale jego członkowie wciąż nerwowo dreptali. — Królowa musi zdać sobie sprawę, że mamy tu sytuację patową. Na pewno zabiję Johannę, jeśli Snycerka nie zagwarantuje mi odpowiedniego traktowania. Ale nawet gdy będzie po wszystkim, nie będzie mogła mnie skrzywdzić. Czy wyobrażasz sobie, jaką zasadzkę przygotował Stal na Margrumowym Stoku? Tylko ja wiem, jak jej uniknąć.
— Wielka mi rzecz! I tak nigdy nie chciałem, żebyśmy szli na Margrumowy Stok.
— Tak, ale ty się nie liczysz, Pielgrzymie. Ty jesteś tylko kundlem, dziwaczną składanką. Snycerka zrozumie, jak niebezpieczna jest jej sytuacja. Wojska Stali mają wszystko to, czego istnieniu zaprzeczałem, ja zaś przekazywałem im każdy sekret, jaki wykryłem podczas moich badań nad dannikiem.
— Mój brat żyje, Pielgrzymie — wtrąciła Johanna.
— Ohoho… Jako zdrajca pobiłeś chyba wszelkie rekordy, Wendacjuszu. Wszystko, co nam powiedziałeś, było kłamstwem, natomiast Stal poznał całą prawdę o nas. Czy twoim zdaniem oznacza to, że teraz nie odważymy się ciebie zabić?
Wendacjusz zaśmiał się i nerwowe krążenie ustało. Odzyskuje panowanie nad sobą.
— Powiem więcej. Potrzebujecie mojej współpracy w takim składzie, w jakim jestem obecnie. Widzisz, zawsze nieco przesadzałem mówiąc, ilu to wrogich agentów jest w armii Snycerki, ale tak naprawdę mam kilku zaufanych… a Stal mógł wysłać jeszcze innych, o których ja nie wiem. Nawet jeśli mnie tylko zaaresztujecie, wyznawcy Ociosa szybko się o tym dowiedzą. Większość mojej wiedzy stanie się absolutnie bezużyteczna, a wam będzie groził natychmiastowy zmasowany atak. Widzisz? Królowa mnie potrzebuje.
— A skąd będziemy wiedzieć, że nie są to kolejne kłamstwa?
— Tu mamy problem, nieprawdaż? Wszystko zależy od tego, w jaki sposób zostanie mi zagwarantowane bezpieczeństwo. Ale to nie są sprawy na twój kundli umysł. Snycerka i ja musimy odbyć poważną rozmowę w miejscu, które oboje uznamy za bezpieczne i gdzie nikt nie będzie nas widział. Idź, przekaż jej tę wiadomość. Powiedz jej, że nie dostanie skóry zdrajcy, ale jeśli okaże się chętna do współpracy, będzie mogła uratować swoją!
Na zewnątrz zapadła cisza, przerywana tylko kwikiem zwierząt buszujących na pobliskich drzewach. W końcu Pielgrzym całkiem niespodziewanie wybuchnął śmiechem.
— Kundli umysł, co? W jednej rzeczy na pewno mi imponujesz, Wendacjuszu. Przemierzyłem cały świat, a moje wspomnienia sięgają pięćset lat wstecz… ale ze wszystkich łotrów, zdrajców i geniuszy, jakich pamiętam, nikt nie może ci dorównać w bezczelnym zuchwalstwie!
Wendacjusz wydał z siebie nieprzetłumaczalny szpoński akord, który oznaczał, że słowa Pielgrzyma sprawiły mu niewątpliwą przyjemność.
— Miło mi to słyszeć.
— Dobrze, przekażę twoje słowa królowej. Mam nadzieję, że każde z was jest na tyle mądre, że razem wymyślicie coś rozsądnego… Jeszcze jedno. Królowa żąda, aby Johanna przyszła ze mną.
— Królowa żąda? To raczej mi wygląda na sentymenty właściwe takim kundlom jak ty.
— Być może. Ale to udowodni, że naprawdę jesteś pewien swej pozycji. Popatrz na spełnienie tego żądania jak na cenę za moją współpracę.
Wendacjusz odwrócił wszystkie głowy w stronę Johanny, namyślając się w ciszy. Potem po raz ostatni wyjrzał przez wszystkie okna.
— W porządku, możesz ją zabrać. — Dwóch jego członków zeskoczyło z pięterka, aby otworzyć właz, druga dwójka pociągnęła ją do wyjścia. W uchu słyszała cichy głos:
— Cholerny Pielgrzym. Żywa, sprawisz mi mnóstwo problemów w porozumieniu się z królową. — Nóż przesunął się przed jej oczami. — Nie stawaj na drodze między mną a Snycerką. Mam zamiar wyjść z tych opałów równie potężny jak teraz.
Otworzył klapę i światło dnia oślepiło ją, zalewając blaskiem twarz. Zamrugała powiekami. Przed oczami przesunęły się gałęzie drzew i bok chatynki. Wendacjusz spychał ją razem z posłaniem na leśny mech, jednocześnie gulgocząc na swych strażników, aby nie ruszali się z miejsc. Rozmawiali jeszcze chwilę z Wędrownikiem, umawiając się, kiedy Pielgrzym wróci.
Jeden po drugim wszyscy członkowie Wendacjusza weszli z powrotem przez właz do chaty. Pielgrzym podszedł do przodu i chwycił za rączki z przodu posłania. Jeden z jego szczeniaków wychylił się ze swej kieszeni, aby pyskiem dotknąć jej twarzy.
— Nic ci nie jest?
— Nie jestem pewna. Oberwałam w głowę… i trudno mi się oddycha.
Poluzował koce wokół je klatki piersiowej, podczas gdy jego reszta odciągnęła posłanie od chaty. Cień lasu był głęboki i kojący a… straże Wendacjusza stały tu i ówdzie na całym obszarze. Jak wielu z nich zamieszanych było ciemne sprawki swego szefa? Dwie godziny temu Johanna spodziewała się ochrony. Teraz każde ich spojrzenie przyprawiało ją o drżenie. Ułożyła się na środku leżanki, ponownie czując zawroty głowy, i spojrzała w górę na gałęzie, liście i fragmenty zadymionego nieba. Jakieś stworzonka podobne do straumerskich drzewowi-jów goniły się w tę i z powrotem, głośno świergocąc, jakby o czymś zawzięcie dyskutowały.
To zabawne. Prawie rok temu Pielgrzym i Skryba ciągnęli mnie w ten sam sposób, ale wtedy byłam jeszcze bardziej ranna i bałam się wszystkiego - nawet ich. A teraz… nigdy przedtem tak jej nie ucieszył widok drugiej osoby. Nawet mocarny Strupiarz był dla niej jak gwarancja bezpieczeństwa.
Przerażenie powoli opadało. Został tylko gniew równie zapiekły, aczkolwiek bardziej świadomy niż przed rokiem. Wiedziała, co się zdarzyło, obaj gracze nie byli jej obcy, zdrada nie przypominała w niczym bezmyślnego szlachtowania. Po wszystkich oszustwach, morderstwach i planach uśmiercenia ich wszystkich… Wendacjusz będzie wolny! Pielgrzym i Snycerka po prostu przymkną na to oczy.
— On zabił Skrybę, Pielgrzymie. On zabił Skrybę… - Posiekał go na kawałki, a potem dogonił to, co z niego zostało i zabił… — A Snycerka ma zamiar dać mu wolność. Jak może zrobić coś takiego? Jak ty możesz zrobić coś takiego? — Łzy znowu popłynęły jej z oczu.
— Cicho, cicho. — Dwóch członków Pielgrzyma weszło w jej pole widzenia. Spojrzeli na nią, a potem obrócili się nerwowo. Wyciągnęła rękę, dotykając krótkiego, gęstego futra. Pielgrzym drżał! Jeden z nich nisko się pochylił, w jego głosie nie było ani cienia wesołości:
— Nie mam pojęcia, co zrobi królowa, Johanno. Na razie jeszcze o niczym nie wie.
— Co?
— Ćśśś. — Głos zamienił się w cichutkie brzęczenie, które wprawiało w drżenie jej dłoń. — Jego ludzie wciąż nas widzą. Wciąż może się domyślić… Na razie wiemy tylko ty i ja, Johanno. Nie sądzę, żeby ktokolwiek inny go podejrzewał.