— Ktoś albo coś musiał nas wykiwać. — Pham cały czas mamrotał do siebie, nawet kiedy już przeprowadził do końca sekwencję kontrolną. — Być może był to defekt. Następne wejście wykonamy z ręcznym sterowaniem. — Sygnały alarmowe informujące o zwiększeniu przyspieszenia odbiły się echem po całym statku. Pham dzielił uwagę pomiędzy otwarte okna na monitorze patrząc, czy w okolicach nie ma swobodnych obiektów wystarczająco dużych, aby stanowiły niebezpieczeństwo. — Ty też się zapnij — odezwał się do niej, wyciągając rękę, aby wyłączyć pięciominutowy synchronizator czasowy.
Ravna zanurkowała przez całą kabinę, po czym rozłożyła małe siodełko, używane podczas spadku swobodnego, zamieniając je w sporych rozmiarów fotel, do którego przypięła się pasami. Usłyszała głos Phama na kanale głównym, ostrzegający o wyłączeniu synchronizatora czasowego. Potem został włączony napęd impulsowy, powoli rosnące ciśnienie wciskało ich w sieć pasów bezpieczeństwa. Cztery dziesiąte przyspieszenia grawitacyjnego — było to wszystko, co biedny PPII mógł jeszcze wytrzymać.
Pham mówił o sterowaniu ręcznym całkiem serio. Główne okno zostało wycentrowane. Obraz nie zmieniał się już zgodnie z życzeniem pilota i nie było żadnych pomocniczych legend ani schematów. Najprawdopodobniej to, co widzieli, było wiernym obrazem tego, co znajdowało się w jednej linii z główną osią statku. Okna peryferyjne były regularnie rozmieszczone wokół okna głównego. Wzrok Phama prześlizgiwał się między nimi, a jego dłonie nerwowo przesuwały się nad przyciskami płyty sterującej. Przysunął się najbliżej, jak mógł, starając się kierować zgodnie z tym, co dyktowały mu zmysły, nie ufając nikomu.
Jednocześnie wciąż próbował korzystać z ultranapędu. Znajdowali się dwadzieścia milionów klików od celu swej podróży, była to odległość pozwalająca na submikroskopijny skok. Pham Nuwen starał się tak sprytnie skonfigurować parametry napędu, aby wykonać precyzyjny skok mniejszy od standardowego. Co chwilę do kabiny na ułamek sekundy wpadało słoneczne światło, najpierw oświetlając lewe ramię Ravny, potem prawe. Słońce uniemożliwiało ponowne nawiązanie łączności z Jefrim.
Nagle okno pod ich stopami wypełniło się obrazem planety, ogromnej, na wpół ocienionej, niebieskiej z białymi esami-floresami. Świat Szponów, taki jak opisał Jefri Olsndot, normalna planeta typu ziemskiego. Po miesiącach spędzonych w przestrzeni kosmicznej i po zagładzie Sjandry Kei widok ten poruszył Ravnę. Ocean zajmował większość całego obszaru, ale niedaleko linii odgraniczającej część oświetloną przez słońce od części nie oświetlonej widać było ciemniejsze plamy lądów. Malutki pojedynczy księżyc wychylał się zza planety.
Pham wstrzymał oddech.
— Jest jakieś dziesięć tysięcy kilometrów od nas. Znakomicie. Tyle że zbliżamy się do niej, robiąc siedemdziesiąt klików na sekundę. — Planeta zdawała się rosnąć, lecieć ku nim. Pham przez kilka chwil przyglądał się jej tarczy. — Nie martw się, miniemy ją, przelecimy nad… hm… północnym skrajem.
Planeta rosła pod nimi, zasłaniając księżyc. Zawsze uwielbiała oglądać Herte wchodzącą w skład Sjandry Kei. Ale tamten świat miał dużo mniejsze oceany i był cały poprzecinany Ścieżkami Dirokimów. To miejsce było równie piękne jak Przekaźnik i wydawało się dziewicze. Mała czapa bieguna znajdowała się w strefie oświetlonej, widziała też linię brzegową ciągnącą się na południe w stronę obszarów ogarniętych mrokiem. Widzę północno-zachodnie wybrzeże. Tam właśnie jest Jefri! Ravna sięgnęła do swojej klawiatury, prosząc statek o dokonanie próby połączenia ultrafalowego oraz radiowego.
— Mam połączenie ultrafalowe — oznajmiła po sekundzie. — I co słyszysz?
— Jakieś zniekształcone odgłosy. Może to tylko odpowiedź impulsowa. — Potwierdzenie odbioru w odpowiedzi na impuls wysyłany z PPII, jedyna rzecz, jaką mogli przesyłać od czasu, gdy porwała ich fala. W ostatnich dniach Jefri musiał zamieszkać bardzo blisko statku, czasami otrzymywała odpowiedź niemal natychmiast, nawet wtedy kiedy u chłopca panowała noc. Dobrze by było porozmawiać z nim ponownie, nawet jeśli…
Świat Szponów wypełniał już połowę okna, widzieli krzywiznę horyzontu. Przed nimi kolory nieba zlewały się z czernią przestrzeni kosmicznych. Od fali morskiej wody wyraźnie odcinały się lodowe czapy i góry lodowe. Widziała nawet cienie chmur. Spoglądała na ciągnącą się na południe linię brzegową: wyspy i półwyspy były tak blisko siebie, że trudno było je rozróżnić. Ciemnoszare góry i usiane czarnymi plamami lodowce. Zielonobrązowe doliny. Próbowała przypomnieć sobie wszystkie wskazówki geograficzne, które przekazał jej Jefri. Gdzie jest Ukryta Wyspa? Tych wysp było tak wiele.
— Nawiązano kontakt radiowy z planetą — usłyszeli głos statku. Jednocześnie migająca strzałka wskazała jakieś miejsce na stałym lądzie, niedaleko morskiego brzegu. — Czy przekaz ma być w czasie rzeczywistym?
— Tak! Tak! — zawołała Ravna i niecierpliwie uderzała w klawiaturę, gdy statek nic nie odpowiadał.
— Cześć, Ravno! Słyszysz mnie, Ravno? — Podekscytowany głos małego chłopca słychać było w całej kabinie. Brzmiał dokładnie tak, jak to sobie wyobrażała.
Ravna wcisnęła kilka klawiszy, wybierając tryb rozmowy dwustronnej. Obecnie dzieliło ich od Jefriego nie więcej niż pięć tysięcy klików, chociaż przelatywali z szybkością siedemdziesięciu kilometrów na sekundę. Było to wystarczająco blisko, by mogli sobie porozmawiać przez radio.
— Hej, Jefri! — zawołała — Wreszcie dolecieliśmy, ale potrzebujemy… — Potrzebujemy wszelkiej pomocy, jaką twoi czworonożni przyjaciele mogą nam zapewnić. Jak to powiedzieć szybko i zrozumiale?
Ale chłopak znajdujący się na dole miał już swój plan.
— …jemy pomocy, i to teraz, Ravno! Snycerze właśnie atakują.
Dał się słyszeć głuchy huk, jak gdyby przesuwano nadajnik. Po chwili odezwał się inny głos, bardzo wysoki i dziwnie niewyraźny.
— Ravno, tu Stal. Jefri racja. Snycerka… — Tu podobny do ludzkiego głos przeszedł w serię syknięć i gulgotów. Po chwili znowu usłyszała głos Jefriego: — „Zasadzka”, to słowo brzmi „zasadzka”.
— Tak… Snycerka zrobiła dużą, dużą zasadzkę. Okrążają nas. Zginiemy za kilka godzin, jeśli nie pomożecie.
Snycerka nigdy nie pragnęła sławy wojownika. Ale sprawowanie władzy przez połowę tysiąclecia wymagało wielu różnych umiejętności, nauczyła się więc także sztuki wojennej. Wydarzenia ostatnich dni spowodowały, że wielu rzeczy musiała się także oduczyć — na przykład zaufania do wszystkich członków swojej świty. Na Margrumowym Stoku rzeczywiście urządzono zasadzkę, ale nie taką, jaką planował lord Stal.
Spojrzała poprzez zastawione namiotami pole na Wendacju-sza. Sfora schowała się za przegrodami przeciwhałasowymi, ale widziała, że nie była już tak pewna siebie jak wcześniej. Przesłuchanie mogło każdego przyprawić o utratę samokontroli. Wen-dacjusz wiedział, że jego życie zależy teraz od tego, czy Snycerka dotrzyma obietnicy, a ona aż wzdrygała się na samą myśl, że Wendacjusz będzie żył po tym, jak zabił i zdradził tak wielu. Zdawała sobie sprawę, że dwóch jej członków aż kipiało złością, wywinięte wargi obnażały zaciśnięte w furii zęby. Małe szczeniaki kryły się przed niewidocznym zagrożeniem. Obozowisko pachniało potem i panował nad nim nieustanny hałas myśli zbyt wielu osobników zgromadzonych na zbyt małym obszarze. Opanowanie się kosztowało ją wiele wysiłku. Na krótką chwilę oddała się lizaniu małych i snuciu uspokajających marzeń.