Z zamkowego dziedzińca dochodziły odgłosy ciężko pracujących sfor, skrzypienie wyciągarek oraz rumor usuwanego gruzu. Jądro imperium Ociosa ocalało. Jeszcze kilka godzin i wyrwy w murze zostaną uzupełnione, a z Północy przybędą nowe działa. I plan ogólny wciąż jeszcze ma szansę powodzenia. Dopóki ja jakoś się trzymam, plan może się powieść, niezależnie od strat.
Pomimo hałasu usłyszał chrobotanie pazurów na wewnętrznych schodach. Cofnął się i obrócił wszystkie głowy w stronę, skąd dochodził dźwięk. Czy to Szrek? Nie, Szrek najpierw by się zameldował. Po chwili odetchnął: na schodach słychać było kroki tylko czterech łap. Na wały wchodził singiel.
Fragment Ociosa opuścił schody i skłonił się Stali. W wykonaniu pojedynczego członka, bez całej reszty, która mogłaby powtórzyć wszystkie ruchy jak lustro, gest ten był niepełny. Czarny płaszcz radiowy lśnił w słońcu. Żołnierze bali się tych płaszczy, a także ubranych w nie singli i dwojaków, którzy zdawali się inteligentniejsi od najbystrzejszych sfor. Nawet wyżsi oficerowie, którzy wiedzieli, do czego naprawdę służyły płaszcze — włączając w to Szreka — w ich obecności stawali się wyjątkowo ostrożni i uniżeni. Teraz Stal potrzebował fragmentu Ociosa bardziej niż kogokolwiek, bardziej niż czegokolwiek prócz łatwowierności Gwiazdoludzi.
— Jakie wieści?
— Mogę usiąść? — Czy za tym pytaniem nie krył się czasem sardoniczny uśmieszek Ociosa?
— Proszę — mruknął Stal.
Singiel opuścił zad na kamienie. Ale Stal zauważył, jak tamten skrzywił się z bólu. Już od dwudziestu dni fragment był rozproszony po całym dominium. Wyjąwszy krótkie przerwy, niemal cały czas chodził w radiowych płaszczach. Czarno-złota tortura. Stal widział kiedyś osobnika podczas kąpieli. Skórę na ramionach i na zadzie, gdzie ciężar radia był największy, miał startą do żywego mięsa. Pośrodku zupełnie otartych z sierści, łysych placków, widać było otwarte, krwawiące rany. Bez płaszcza, odłączony od pozostałych członków singiel otwarcie i głośno skarżył się na ból. Stal czerpał niewymowną rozkosz z takich sesji, pomimo faktu, iż członek ten nie mówił zbyt składnie. Wyobrażał sobie wtedy, że to on, Stal, staje się na chwilę Tym Który Uczy Za Pomocą Noża, by kształtować lamentującego Ociosa.
Singiel milczał przez chwilę. Stal słyszał, jak dyszy, próbując to nieudolnie maskować.
— Ostatnia doba przebiegła nader pomyślnie, drogi lordzie.
— Ale nie tutaj! Straciliśmy niemal wszystkie działa. Jesteśmy uwięzieni w tych murach. — A na dodatek Gwiazdoludzie mogą się spóźnić.
— Myślałem o sytuacji tam. — Nosem wskazał ciągnące się w dali obszary, widoczne z miejsca, w którym stali. — Twoi zwiadowcy są znakomicie wyszkoleni, drogi lordzie, a poza tym mają świetnych dowódców. Obecnie jestem rozproszony na tyłach i na skrzydłach wojsk Snycerki. — Singiel wykonał część gestu oznaczającego uśmiech. — Dla mnie cała armia Snycerki jest jak pojedyncza sfora. Nasze pułki piechoty są jak szpony na moich łapach. Zadajemy królowej głębokie rany, drogi lordzie. Podłożyłem ogień w Gorzkim Parowie. Tylko ja widziałem dokładnie, w jakim kierunku rozprzestrzeniał się pożar, tylko ja wiedziałem, jak nim unicestwić wroga. W ciągu najbliższych dni odwody królowej zostaną zniszczone. Będzie nasza.
— To za późno, jeśli śmierć zaskoczy nas jeszcze przed wieczorem — rzekł Stal.
— Oczywiście. — Singiel przekrzywił głowę na bok, wpatrując się w niego. Śmieje się ze mnie. Czuł się dokładnie tak samo jak w czasach ociosywania, kiedy stawiano go przed problemem do rozwiązania, a w razie porażki jedyną karą była śmierć.
— Ale Ravna i spółka powinni być tutaj za pięć godzin, czyż nie? — Stal przytaknął. — Mogę ci zagwarantować, że zdarzy się to długo przed głównym natarciem Snycerki. Amdijefri ufa ci bezgranicznie. Wydaje się więc, że trzeba jedynie wyrzucić kilka punktów z pierwotnego planu i przyspieszyć jego realizację. Jeśli Ravna okaże się wystarczająco zdesperowana…
— Gwiazdoludzie są wystarczająco zdesperowani. Wiem o tym dobrze. — Ravna mogła starać się ukryć swoje motywy, ale jej desperacja była oczywista. — Jeśli uda ci się powstrzymać nieco Snycerkę… — Stal rozsiadł się, by skoncentrować się na nowym planie. Mimochodem zdał sobie sprawę, że opuszcza go niepokój. Planowanie zawsze przynosiło pewną ulgę. — Problem polega na tym, że obecnie musimy się zająć dwoma rzeczami naraz i perfekcyjnie skoordynować nasze poczynania. Przedtem wystarczyło tylko symulować oblężenie i wciągnąć statek w Szczęki naszego pałacu.
Obrócił jedną głowę w stronę dziedzińca. Kamienna kopuła nad pierwszym statkiem stała od połowy wiosny. Obecnie była w niektórych miejscach uszkodzona przez odłamki, marmurowa licówka została gdzieniegdzie obłupana, ale żaden pocisk nie uderzył bezpośrednio w budowlę. Przed nią znajdował się plac, który nazywał Szczękami. Wystarczająco duży, aby mógł na nim wylądować statek lecący na ratunek, otoczony kamiennymi kolumnami, które stanowiły zęby Szczęk. Przy właściwym użyciu prochu zęby miały zwalić się na ekipę ratunkową. Był to ostateczny środek przewidziany na wypadek, gdyby nie udało im się zabić bądź schwytać ludzi w chwili, gdy ci wyszliby się przywitać z ukochanym Jefrim. Ten punkt programu był z lubością dopracowywany przez wiele dziesięciodni, przy czym bardzo cenne okazały się uwagi Amdijefriego na temat ludzkiej psychologii oraz jego wiedza dotycząca sposobów lądowania statków międzygwiezdnych. Ale teraz…
— Teraz naprawdę potrzebujemy ich pomocy. Moja prośba musi obecnie spełnić dwa zadania: oszukać ich i zniszczyć Snycerkę.
— Ciężko będzie zrobić wszystko jednocześnie — przyznał Płaszcz. — Dlaczego nie rozłożyć tego na dwa etapy, z których pierwszy będzie miał w sobie niewiele z oszustwa. Najpierw niech załatwią Snycerkę, a potem będziemy się martwić, jak wyprowadzić ich w pole. Co ty na to?
— Stal w zamyśleniu stukał metalowym szponem o kamienną balustradę.
— Tak. Problem polega na tym, że jeśli zobaczą zbyt wiele… Niemożliwe, żeby byli równie naiwni jak Jefri. Chłopak twierdzi, że historia ludzkości pamięta czasy zamków i różnych wojen. Jeśli będą zbyt długo latać nad nami, mogą zobaczyć rzeczy, których Jefri nigdy nie widział albo nie rozumiał… Może uda mi się skłonić ich do wylądowania wewnątrz zamku, a na murach poustawiać działa. Wzięlibyśmy ich do niewoli w chwili, kiedy stanęliby w Szczękach. Cholera. Wtedy trzeba sprytnie rozegrać wszystko z Amdijefrim. — Przez chwilę radość, jakiej dostarczało abstrakcyjne planowanie, została stłumiona przez nagły przypływ gniewu. — Coraz trudniej przychodzi mi znosić tę dwójkę.
— Obaj są jeszcze szczeniakami, na miłość Sfor — zawołał fragment, po czym urwał. — Oczywiście Amdiranifani ma lotnie jszy umysł niż jakakolwiek sfora, jaką miałem okazję widzieć. Czy myślisz, że jest wystarczająco bystry, by dostrzec wszystko, mimo że jest tak „dziecinny” — użył samnorskiego słowa — i wykryć oszustwo?