— Skądże znowu. Moje szczęki niemal zaciskają się na ich szyjach, a oni niczego nie widzą. Masz rację, Presforo; oni mnie kochają. — I jakże ja ich za to nienawidzę! - Kiedy ją otaczam, modliszka góruje nade mną i jest wystarczająco blisko, by poderżnąć mi gardło albo wyłupać oczy, ale zamiast tego przytula mnie i głaszcze. Ten stwór spodziewa się, że ja odpowiem miłością na jego miłość. To prawda, oni wierzą wszystkiemu, co mówię, ale ceną tego jest akceptowanie ich nieustannej zuchwałości.
— Bądź spokojny, drogi uczniu. Istota manipulacji polega na umiejętności empatii bez rzeczywistego poddawania się uczuciom. — Jak zwykle fragment urwał, jakby hamując się na chwilę przed wypowiedzeniem czegoś niewłaściwego. Ale tym razem Stal usłyszał swój gniewny syk, zanim w pełni zdał sobie sprawę ze swej reakcji.
Nie… pouczaj… mnie! Ty nie jesteś Ociosem! Jesteś tylko fragmentem. Niech cię szlag! A teraz jesteś tylko fragmentem fragmentu. Jeszcze jedno słowo, a posiekam cię na tysiąc kawałeczków. — Starał się powstrzymać drżenie, które ogarnęło wszystkich jego członków. Dlaczego jeszcze go nie zabiłem? Nienawidzę Ociosa bardziej niż kogokolwiek na świecie, a w tej chwili uśmiercenie go byłoby fraszką! Jednak za każdym razem fragment okazywał się wręcz niezbędny. W pewnym sensie stanowił jedyny ratunek przed klęską. A poza tym całkowicie znajdował się pod jego kontrolą.
Singiel znakomicie odgrywał rolę przerażonego tchórza.
— Siadaj! Zamiast pouczeń dawaj mi rady, to może uda ci się przeżyć… Mniejsza o powody, kontynuowanie zabawy z tymi szczeniakami wydaje mi się niemożliwe. Może jednorazowo udałoby mi się wytrzymać przez kilka minut. Albo gdyby były ze mną inne sfory, które trzymałyby ich z dala ode mnie. Ale mam już dość tego całego kochania. Jeszcze godzina takich przymilań i wiem, że zacznę ich po kolei mordować. Chcę, żebyś ty rozmawiał z Amdijefrim. Wytłumacz im całą „sytuację”, wytłumacz…
— Ale… — Singiel wpatrywał się w niego zdumiony.
— Ja będę się przypatrywał. Nie myśl, że oddaję ci tę dwójkę. Po prostu będziesz moim przedstawicielem do bezpośrednich kontaktów.
Singiel opadł na zad, nie starając się ukryć bólu, jaki czuł w ramionach.
— Jeśli takie jest twoje życzenie, drogi lordzie. Stal pokazał wszystkie zęby.
— Tak, takie jest moje życzenie. I pamiętaj, chcę być obecny przy wszystkich ważniejszych wydarzeniach, szczególnie przy bezpośrednich rozmowach przez radio. — Gestem łapy odprawił singla. — Teraz idź niańczyć dzieciaki i ucz się panować nad sobą.
Po odejściu Płaszcza, przywołał do siebie Szreka. Następne kilka godzin spędził, obchodząc stanowiska obrony i snując plany wraz ze swymi oficerami. Był zaskoczony, jak bardzo pozbycie się problemu szczeniaków wpłynęło na jasność jego umysłu. Doradcy starali się wykorzystać dobry nastrój do tego stopnia, że nawet ośmielali się wysuwać własne sugestie. Tam gdzie wyrw w murze nie dało się naprawić, planowali wybudowanie zapadni. Działa z warsztatów położonych na północy miały dotrzeć pod koniec doby, a jeden z żołnierzy Szreka opracował alternatywny plan dostawy żywności i wody. Raporty od wysuniętych oddziałów zwiadowczych wskazywały na ich nieprzerwane postępy w osłabianiu tyłów wroga. Przeciwnik miał stracić większość zapasów amunicji przed dotarciem do Wzgórza Gwiezdnego Statku.
Gdy słońce wstawało na południu, Stal był już z powrotem na murach obronnych i zastanawiał się, co powie Gwiazdolu-dziom.
Było niemal tak jak za dawnych dni, kiedy wszystko szło zgodnie z planem i kiedy planowany sukces wydawał się zdumiewający, aczkolwiek możliwy do osiągnięcia. Niemniej jednak… gdzieś na dnie umysłu przez cały czas od rozmowy z fragmentem czuł ukłucia malutkich pazurów strachu. Wszystko sprawiało wrażenie, że to Stal rządzi, a fragment Ociosa słucha i wykonuje. Ale pomimo faktu, że sfora ta była rozproszona na przestrzeni wielu mil, wydawała się bardziej zwarta niż wcześniej. Och, wcześniej fragment często udawał pełną równowagę, ale jego wewnętrzne napięcie było wyraźnie widoczne. Ostatnio jednak sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie, niemal… beztroskiego. Fragment Ociosa był odpowiedzialny za siły dominium znajdujące się na południe od Wzgórza Gwiezdnego Statku, a po dzisiejszej rozmowie, kiedy Stal wymusił to na nim, Płaszcz będzie co dzień przebywał z Amdijefrim. Nieważne, że Stal to zaproponował. Nieważne, że fragment bez wątpienia znajdował się w stanie skrajnego wyczerpania. Gdy był jeszcze w całości, genialny Wielki Ocios potrafił przekonać leśnego wilka, że jest jego królową. A czy ja rzeczywiście wiem, co on mówi sforom poza moimi plecami? Czy to możliwe, aby szpiedzy dostarczali mi o nim fałszywych wieści?
Teraz, kiedy przez chwilę nie musiał się zajmować bieżącymi sprawami, te malutkie pazurki strachu wbijały się głębiej. Jest mi potrzebny, to jasne. Ale obecnie margines błędu staje się coraz węższy. Po chwili wydał z siebie radosny dźwięk, który oznaczał, że gotów jest na podjęcie ryzyka. W razie potrzeby skorzysta z tego, czego nauczył się eksperymentując z drugim kompletem płaszczy radiowych, a co chytrze udało mu się zataić przed Ociosem/Presforą. W razie potrzeby fragment przekona się że przez radio można przekazać na odległość również śmierć.
Nawet próbując dostosować prędkości, Pham używał ultra — napędu. To oszczędzało im wielu godzin, które zmarnowaliby wracając po każdym kolejnym nawrocie, ale było bardzo ryzykowne, gdyż statek nie był przeznaczony do takich zabaw. Jak na razie PPII brykał wokół słonecznego systemu. Potrzebowali jednego naprawdę udanego skoku, natomiast jeden naprawdę nieudany skok mógł się zakończyć rozbiciem o docelową planetę — był to wystarczający powód, dla którego normalnie nikt nie podejmował podobnego ryzyka.
Po długich godzinach ultranapędowej ruletki i hackowania w oprogramowaniu sterującym ręce biednego Phama lekko drżały. Za każdym razem, kiedy planeta Szponów pojawiała się przed nimi — czasem zaledwie jako mały punkcik niebieskiego światła — wpatrywał się w nią gniewnie przez kilka chwil. Ravna czuła, jak rosną w nim wątpliwości. Jego wspomnienia mówiły mu, że powinien znakomicie radzić sobie z prostszymi automatami, jednakże niektóre z prymitywów zainstalowanych na PPII były dlań absolutnie niedostępne. A może jego wspomnienia o umiejętnościach wysoko wykwalifikowanego pilota, o flocie Queng Ho były tylko tanim oszustwem.
— Jak daleko jest flota Plagi? — spytał Pham.
Zielona Łodyżka wpatrywała się w okno nawigacyjne z kabiny Jeźdźców. Pytanie zostało zadane po raz piąty w ciągu ostatniej godziny, ale jej głos był wciąż spokojny i cierpliwy.
— Około czterdziestu dziewięciu lat świetlnych. Przybliżony czas przybycia — czterdzieści osiem godzin. Od floty oderwało się kolejnych siedem statków.
Ravna mogła dokonać odejmowania: ścigały ich jeszcze sto pięćdziesiąt dwie jednostki. Generator Błękitnego Pancerzyka zagłuszył głos towarzyszki.
— Przez ostatnie dwieście sekund lecieli trochę szybciej niż przedtem, ale myślę, że to ze względu na lokalne zmiany warunków panujących na Dnie. Idzie ci znakomicie, sir Phamie, ale ja znam swój statek. Moglibyśmy trochę zyskać na czasie, gdybyś pozwolił mi przejąć stery. Proszę…
— Zamknij się. — Głos Phama był ostry, ale wypowiadał słowa niemal automatycznie. Była to konwersacja albo raczej jej nieudana próba, która powtarzała się niemal za każdym razem, kiedy Pham prosił o aktualne informacje na temat ścigającej ich floty Plagi.