Выбрать главу

Dźwięki dochodzące z commu stały się przytłumione, słychać było jakiś spierający się z Ravną męski głos. Potem znowu usłyszeli Ravnę, jej głos był trochę ściśnięty, jak głos Mamy, kiedy się bardzo zdenerwowała. — Jefri… jaka jest objętość kuli o średnicy dziesięciu centymetrów?

Amdi gorączkowo śledził przebieg całej rozmowy. Przez cały ostatni rok nasłuchał się od Jefriego mnóstwo opowieści o ludziach. Często też wyobrażał sobie, jak też może wyglądać Ravna. Teraz miał szansę, żeby się popisać. Przyskoczył do commu i uśmiechnął się do chłopca.

— To proste, Ravno. — Jego głos był identyczny jak głos Jefriego. Mówił szybko i płynnie. — 523,598 centymetrów sześciennych, a może chcesz jeszcze więcej miejsc po przecinku?

Stłumione odgłosy rozmowy.

— …Nie, wystarczy. W porządku, panie Rębaczu. Mamy obrazy z naszego wcześniejszego przelotu oraz ogólny odczyt z radionamiarów. Gdzie dokładnie jesteście?

— Pod kopułą zamku, na szczycie Wzgórza Gwiezdnego Statku. To na wybrzeżu, tuż przy…

Przerwał mu jakiś męski głos. Czy to Pham? Miał bardzo śmieszny akcent.

— Mam to na mapie. Wciąż was nie widzimy, jest za duża mgła.

— To dym — powiedział Płaszcz. — Wróg naciera na nas od południa. Potrzebujemy natychmiastowej pomocy… — Singiel odsunął głowę od commu. Jego oczy zamknęły się i otworzyły kilka razy. Myślał? — Hmm, tak. Bez waszej pomocy my i Jefri, i ten statek jesteśmy zgubieni. Proszę, wylądujcie na dziedzińcu zamkowym. Wiecie, że wzmocniliśmy go specjalnie na wasz przylot. Kiedy będziecie już na dole, możecie użyć broni, żeby…

— W żadnym wypadku — odpowiedział szybko człowiek. — Po prostu oddzielcie waszych żołnierzy od wrogów, a my zajmiemy się resztą.

Głos Presfory stał się przymilny, jak głos skarżącego się małego dziecka. On naprawdę dokładnie nas przestudiował.

— Oczywiście, oczywiście. Nie chciałem być nieuprzejmy. Jasne, zróbcie to tak, jak chcecie. Jeśli chodzi o sytuację na polu bitwy, to każdy zbliżający się do zamku od południowej strony wzgórza jest wrogiem. Wystarczy pojedynczy przelot waszego statku z zapaloną… jak jej tam, dyszą… a wszyscy rzucą się do ucieczki.

— Nie mogę latać z zapaloną dyszą w atmosferze. Czy twój Tata naprawdę lądował z włączonym głównym silnikiem, Jefri? Nie mieliście antygrawu?

— Tak, proszę pana. Mieliśmy tylko silniki.

— Musiał być fenomenalnym szczęściarzem.

— Może przelecimy ponad polem bitwy, kilka tysięcy metrów nad wami. Może to ich przestraszy.

— Tak, to ich może… — zaczęła Presfora, kiedy drzwi wejściowe po północnej stronie gmachu otworzyły się i na tle wlewającego się do środka światła słonecznego zamajaczyła sylwetka pana Stali.

— Ja z nimi porozmawiam — powiedział.

Cel ich długiej podróży znajdował się zaledwie dwadzieścia kilometrów pod PPII. Byli tak blisko, ale przebycie tych ostatnich dwudziestu tysięcy metrów mogło być równie trudne, jak przebycie dwudziestu tysięcy lat świetlnych, które mieli już za sobą.

Szybowali na antygrawie dokładnie nad Wzgórzem Gwiezdnego Statku. Urządzenia multispektralne PPII nie działały zbyt dobrze, ale w miejscach gdzie dym nie przesłaniał widoku, przyrządy optyczne mogły policzyć szpilki na znajdujących się poniżej drzewach. Ravna widziała siły Snycerki rozstawione po zboczach na południe od zamku. Byli także inni żołnierze, a prawdopodobnie i działo, ukryci w lasach porastających południową stronę fiordu. Zlokalizowanie ich było kwestią czasu. Jednak właśnie jego nie mieli.

Czas i zaufanie.

— Mamy czterdzieści osiem godzin, Phamie. Potem flota będzie już tutaj i z łatwością nas otoczy. — Może iskra boża sprawi cud. Nigdy się tego nie dowiedzą, jeśli będą ociągać się z lądowaniem. Trzeba spróbować.

— Musisz komuś zaufać, Phamie.

Pham spojrzał na nią ostro i przez chwilę Ravna obawiała się, że umysł mężczyzny rozpadnie się na kawałki.

— Czy mamy się oddać w ręce tego Stali? Średniowieczne łotry są równie bystre jak wszyscy ci, których miałaś okazję poznać w Przestworzach, Rav. Z pewnością mogliby nauczyć Motyle niejednej rzeczy. Strzała prosto w głowę uśmierci cię równie szybko jak bomba z antymaterii.

Znowu jakieś oszukane wspomnienia? Ale Pham miał rację. Pomyślała o zakończonej przed chwilą rozmowie. Ta druga sfora, z którą rozmawiali — Stal — nalegała zbyt usilnie. Stwór ten okazał się bardzo dobry dla Jefriego, ale obecnie był najwyraźniej zdesperowany. Wierzyła mu, kiedy powiedział, że przelot na dużej wysokości wcale nie przerazi Snycerzy. Muszą zejść niżej i zademonstrować swoją siłę rażenia. Obecnie dysponowali jedynie bronią wiązkową Phama.

— W porządku! Zrób to, o czym rozmawiałeś ze Stalą. Przeleć lądownikiem nad liniami Snycerki i potraktuj ich laserem.

— Cholera, dobrze wiesz, że nie potrafię tym latać. Lądownik nie przypomina niczego, co zna którekolwiek z nas. A ponieważ automaty nie działają, ja…

— Ponieważ nie działają, potrzebujesz Błękitnego Pancerzyka, Phamie — powiedziała cicho.

Na twarzy Phama pojawiło się przerażenie. Położyła mu dłoń na ramieniu. Przez długi czas milczał, jakby nie zwracał na nią uwagi.

— Chyba tak. — Niski głos wydobywał się ze ściśniętego gardła. Po chwili zawołał: — Pancerzyku, chodź tu na górę!

W lądowniku PPII było wystarczająco dużo miejsca dla Skrodojeźdźca i dla Phama Nuwena. Pojazd przeznaczono specjalnie dla Jeźdźców. Gdyby bardziej skomplikowane automaty działały, prowadzenie go nie stanowiłoby żadnego problemu dla Phama, a nawet dla dziecka. Ale teraz statek nie mógł zapewnić stabilnego lotu, a ręczne sterowanie sprawiało Błękitnemu Pancerzykowi spore kłopoty. Cholerne automaty. Cholerna optymizacja. Większość swego dorosłego życia Pham spędził w Powolności. Przez dziesięciolecia bez trudu radził sobie z pojazdami i bronią, która mogła zmienić każde feudalne imperium w kupkę żużlu. A teraz, mając do dyspozycji nieprawdopodobnie potężniejszy sprzęt, nie potrafił wykonać prostego przelotu zakichanym lądownikiem.

Po drugiej stronie kabiny Błękitny Pancerzyk zajął pozycję pilota. Jego odrośle rozciągnęły się na całą długość sieci wsporników i przycisków. Wyłączył urządzenia wyświetlające. Pozostawił włączone tylko główne okno przekazujące obraz z kamery dziobowej. PPII leciał jakieś sto metrów przed nimi, to znikając im z oczu, to znowu się pojawiając, podczas gdy ich pojazd cofał się i opuszczał.

Gorączkowa nerwowość Błękitnego Pancerzyka — jego, według Phama, podejrzane rozgorączkowanie — zniknęła z chwilą, gdy zabrał się za pilotowanie lądownika. Z generatora dochodziły jedynie zwięzłe komunikaty wygłaszane zatroskanym głosem, a końcówki odrośli przesuwały się po przyciskach i przełącznikach z szybkością, jakiej Pham nigdy w życiu by nie osiągnął, nawet gdyby całe życie latał tylko takimi pojazdami.

— Dziękuję, sir Phamie… dowiodę, że można mi ufać… — Nos statku pochylił się do przodu i patrzyli niemal prostopadle na linię brzegową z licznymi fiordami, znajdującą się dwadzieścia kilometrów pod nimi. Spadali swobodnie przez pół minuty, podczas gdy odrośle czepiały się odpowiednich podpórek. Ostra jazda? Nie.

— Przepraszam, przepraszam.

Przyspieszenie. Pham został wciśnięty w zabezpieczenia przy obciążeniu grawitacyjnym wahającym się pomiędzy jedną dziesiątą jednostki standardowej a ledwie dopuszczalnymi wartościami. Widoczny w dole krajobraz wirował przed oczami. Na chwilę mignął im PPII, teraz podobny do malutkiej ćmy.