Выбрать главу

Usłyszeli długą serię wybuchów, która przypominała atak kaszlu. Ilu ludzi Snycerki zginęło?

— Pewnie myślą, że atakujemy statek, Pielgrzymie. Jeśli zaraz czegoś nie zrobimy, to wymiotą wszystkich.

Uchwyt szczęk na rękawach i nogawkach jej spodni rozluźnił się na chwilkę.

— A co możemy zrobić? Jak wyjdziemy na pole, to mogą trafić i nas.

Johanna spojrzała w niebo. Nie widziała żadnych pojazdów, ale dym był zbyt gęsty. Prześwitujące przez niego słońce przypominało krwistoczerwoną kulę. Gdyby tylko ci ratownicy wiedzieli, że zabijają jej przyjaciół. Gdyby tylko zobaczyli… Zaparła się stopą o ziemię. — Gdybym wyszła na jakieś miejsce, gdzie mogliby mnie widzieć… Puść mnie, Pielgrzymie! Idę na szczyt, tam gdzie nie ma dymu.

Zatrzymał się, ale uchwyt jego szczęk był nadal rozpaczliwie mocny. Pyski czterech dorosłych i dwóch szczeniaków były zwrócone na nią, a w każdej parze oczu widziała wyraz niezdecydowania. — Najpierw Skryba, teraz ty… wszyscy macie źle w głowach… — Ale po chwili przez wszystkich członków przemknął uśmiech dawnego Pielgrzyma.

— W porządku! Spróbujemy! — Dwójka bez szczeniaków ruszyła do przodu, szukając najbezpieczniejszej trasy.

Johanna razem z całą resztą ruszyła za nimi. Szli w górę po wznoszącym się łagodnie tarasie. Letnia susza pozbawiła okolicę rześkiego chłodu, jaki pamiętała z chwili lądowania, a przypalony mech był suchy i twardy. Przejście powinno być łatwe, ale Pielgrzym kluczył wśród najwyższych pagórków, co chwila przysiadając na zadzie i patrząc we wszystkich kierunkach. Doszli do końca tarasu i zaczęli wspinaczkę. Zdarzały miejsca tak strome, że musiała chwytać się epoletów dwóch spośród członków Pielgrzyma, którzy wciągali ją do góry. Przeszli obok pozostałości armaty ustawionej najbliżej zamku. Johanna nigdy nie widziała czegoś podobnego, chyba że w filmowych historiach, ale rozbryzgi płynnego metalu i kawałki zwęglonych ciał mogły oznaczać tylko jedno — ktoś strzelał z broni wiązkowej. Na całej połaci wzgórza widziała podobne kratery wrzynające się głęboko w już i tak spaloną ziemię.

Johanna oparła się o gładki, okrągły głaz.

— No, dalej, wdrap się jeszcze na ten i będziemy na następnym tarasie — usłyszała głos Pielgrzyma. — Pośpiesz się. Słyszę jakieś krzyki.

Dwaj członkowie pochylili się w jej stronę tak, by mogła chwycić za epolety. Odepchnęła się mocno stopami. Przez moment ona i sfora chwiali się na skraju czterometrowego urwiska, lecz po chwili dziewczyna leżała już na zbrązowiałym mchu, na którym nie było widać śladów spalenizny. Pielgrzym rozstawił członków dookoła, kryjąc ją. Spojrzała pomiędzy jego nogami. Widzieli najbardziej wysuniętą część murów obronnych zamku Stali. Szpońscy kusznicy stali nieporuszeni na wałach, korzystając z chaosu, jaki zapanował wśród żołnierzy Snycerki. Siły królowej straciły wiele sfor na skutek ataku z powietrza, ale nawet ci, którzy nie doznali żadnych obrażeń, krążyli bezładnie dookoła. Królewscy żołnierze zmienili się w spanikowanych tchórzy — Johanna widziała to wyraźnie — ale chwilę wcześniej starli się z siłą, przed którą nie znali żadnej obrony.

Nad nimi dym rozwiewał się na tle błękitu. Rozciągające się przed nimi pole bitwy leżało pod czystym niebem. W latach poprzedzających ich przeprowadzkę na Górne Laboratorium, Johanna i jej matka często robiły przyrodnicze wypady na straumerskie Bagna Bigby. Dzięki czujnikom zamontowanym na plecakach nie miały żadnych kłopotów z obserwacją lotogingów. Tak więc, nawet jeśli automaty tego pojazdu wcale nie były nastawione na poszukiwanie człowieka, z pewnością ją dostrzegą.

— Widzisz coś.

Cztery głowy dorosłych osobników rozglądały się dookoła.

— Nie. Pojazd musi być albo bardzo daleko, albo za chmurą dymu.

Bzdury! Johanna podniosła się z kolan i ruszyła truchtem w stronę murów zamkowych. Pewnie obserwują tamten obszar!

— Snycerce to się nie spodoba.

Zauważył dwóch żołnierzy królowej, jak biegli ku nim zwabieni ruchem lub widokiem Johanny. Pielgrzym powstrzymał ich krótkim gestem.

Johanna stała na otwartym polu w odległości mniejszej niż dwieście metrów od murów zamkowych. Nawet gdyby ktoś nie używał żadnego sprzętu wykrywającego, musiałby ich dostrzec. I rzeczywiście zostali zauważeni. Rozległ się cichy syk i długa na metr strzała wbiła się w torf po lewej stronie. Strupiarz schwycił ją za ramię i zmusił, by przypadła do ziemi. Szczeniaki natychmiast odpowiednio ustawiły tarcze.

Pielgrzym, zmieniwszy się w barykadę osłaniającą ją od strony zamku, ruszył do tyłu, by wydostać się poza zasięg strzał. Oznaczało to powrót na teren zasłonięty dymem.

— Nie! Biegnij równolegle do murów. Chcę, żeby mnie zauważyli.

— Dobrze, dobrze. — Wokoło słyszeli coraz więcej śmiertelnych syknięć. Gdy biegli przez pole, Johanna trzymała jedną rękę na jego ramieniu. Poczuła, jak Strupiarz słabnie. Strzała dosięgła go, wbijając się w mięsień ramienia, kilka centymetrów od tympanu. — W porządku, nic mi nie jest. Schyl się, schyl!

Przednie szeregi sił Snycerki odwróciły się i na nowo formując kolumnę, pędziły w ich stronę, prawie tuzin sfor znalazło się nagle na odsłoniętym tarasie. Pielgrzym zaczął podskakiwać, wołając do nich coś głosem, który miał niemal fizyczną siłę. Krzyczał coś o wycofaniu się i o niebezpieczeństwie grożącym im z nieba. Jednak żołnierze się nie zatrzymali.

— Chcą cię zabrać poza zasięg strzał.

I nagle zauważyli, że ostrzał z zamku ustał. Pielgrzym rzucił okiem na niebo.

— Wraca! Jest jakiś kilometr stąd, na wschodzie.

Spojrzała we wskazanym kierunku. Zobaczyła jakiś bryłowaty, niezgrabnie wyglądający pojazd, prawdopodobnie do lotów w przestrzeni kosmicznej, aczkolwiek nie miał spinów ultranapędu. Wznosił się, opadał i chwiał na boki. Nie było widać najmniejszego śladu dyszy. Czy to z antygrawu? Jacyś nieludzie? Mnóstwo domysłów snuło jej się po głowie, gdy machała rękami i skakała z radości.

Blade światło zaczęło pulsować na krótkim maszcie wystającym z dołu kadłuba, a kurz zaczął bić w oczy żołnierzy pędzących jej na ratunek. Znów rozległ się grzmot przypominający kaszel, tyle że teraz strumień światła przesuwał się w stronę Johanny, kolejno uśmiercając jej przyjaciół.

Amdijefri był na wałach. Stal starał się ukryć przed nim zagniewane pyski. Nic nie mógł na to poradzić — Ravna chciała, aby Jefri był przy radiu, kiedy będzie dowodzić uderzeniem. Ci ludzie byli całkiem niegłupi. Ale i tak nie miało to żadnego znaczenia. Każde wojsko wygląda po prostu jak wojsko, niezależnie od tego, czy to wróg, czy przyjaciel. Wkrótce wszelkie wojska pozostające poza ścianami tego zamku przestaną istnieć.

— I jak poszło pierwsze uderzenie? — usłyszeli wyraźny głos Ravny z commu. Ale tym, który odpowiedział, nie był Jefri. Cała ósemka Amdiranifaniego rozproszyła się po wałach. Część szczeniaków siedziała na blankach, ćwicząc się w stereoobserwacji, inni przyglądali się Stali, jeszcze inni patrzyli na radio. Mówienie mu, żeby się cofnął i ukrył, nie odniosło najmniejszych skutków. Teraz Amdi odpowiadał na pytanie głosem chłopca.

— Naliczyłem piętnaście strzałów. Tylko dziesięć z nich trafiło w cokolwiek. Założę się, że sam potrafiłbym lepiej strzelać.

— Cholera, to najlepszy wynik, jaki mogę osiągnąć z tym [nieznane słowo]. — Ten głos nie należał do Ravny. Stal zauważył, że był wyraźnie poirytowany. Każdy czegoś nienawidzi w tych szczeniakach. Na samą myśl zrobiło mu się ciepło.