Выбрать главу

Lecieli w dół, prosto na sfory. Pham znowu strzelił, tym razem jadąc wiązką po żywych stworzeniach. Wycelował w miejsce daleko przed nimi, od strony zamkowych murów, może nie wszyscy będę musieli zginąć. Wychylił głowę jeszcze bardziej, żeby mieć lepszy widok. Przed sforami rozciągało się sto metrów otwartego pola, na którym zauważył pojedynczą sforę złożoną z czterech członków i… ludzką figurkę, o czarnych włosach, szczupłą, podskakującą i wymachującą rękami.

Pham gwałtownie podniósł lufę uderzając nią o kadłub i jednocześnie zabezpieczając ją przez przypadkowym wystrzałem. Nagłe przerwanie ognia spowodowało, że coś błysnęło mu przed oczami, a fala gorąca osmaliła brwi.

— Pancerzyku!!! Ląduj! Ląduj natychmiast!

TRZYDZIEŚCI DZIEWIĘĆ

— Złe zrozumienie. Oszukano ją.

Ravna próbowała wyczytać coś z tonu głosu. Samnorski Stali był toporny jak zawsze, ton głosu dziecięcy i piskliwy. Dokładnie tak samo jak wcześniej. Ale dziś jego słowa zostały poddane ostrej weryfikacji przez to, co stało się przed chwilą… Albo był istotą obdarzoną największym tupetem w całej galaktyce… albo rzeczywiście mówił prawdę.

— Człowiek musiał zostać skrzywdzony, a potem oszukany przez Snycerkę. To wiele wyjaśnia, Ravno. Bez niej Snycerka nie mogłaby zaatakować. Bez niej wszystko byłoby bezpieczne.

Na zastrzeżonym kanale Ravna usłyszała głos Phama.

— Dziewczyna rzeczywiście była nieprzytomna przez część zasadzki, Rav. Ale omal nie wydrapała mi oczu, kiedy zasugerowałem, że może się mylić co do Stali i Snycerki. A sfora, która jest tu z nią, przekonuje mnie o wiele bardziej niż Stal.

Ravna rzuciła pytające spojrzenie siedzącej po drugiej stronie kabiny Zielonej Łodyżce. Pham nie wiedział, że ona była tutaj. Nie ma się czego bać. Zielona Łodyżka była jak wyspa spokoju na morzu szaleństwa… a poza tym znała się na PPII nieskończenie lepiej niż Ravna.

Stal mówił dalej widząc, że Ravna się waha.

— Jak widzisz, nic się nie zmieniło, chyba że na lepsze, jeszcze jeden człowiek żyje. Jak możesz w nas wątpić? Porozmawiaj z Jefrim, on rozumie. Uczyniliśmy wszystko, co mogliśmy, by ochronić dzieci, które są… — bulgot, a po chwili jakiś (inny?) głos dopowiedział: — „zahibernowane”.

— Koniecznie musimy z nim pomówić raz jeszcze, Stal. On jest najlepszym dowodem twoich dobrych intencji.

— W porządku. Za chwileczkę, Ravno. Ale zauważ, że on jest także najlepszym zabezpieczeniem przed waszymi sztuczkami. Wiem, jak jesteście potężni… obawiam się was. Musimy dojść do porozumienia w celu — kolejna bulgocząca konsultacja — rozwiania naszych wzajemnych obaw.

— Hm. Coś wymyślimy. Czy możesz teraz dać nam Jefriego.

— Dobrze.

Ravna przełączyła kanały.

— Co o tym myślisz, Phamie?

— Nie mam wątpliwości. Ta Johanna to nie żadne naiwne dziecko jak Jefri. Zawsze wiedzieliśmy, że Stal to twardziel. Mieliśmy po prostu zły obraz innych faktów. Miejsce, gdzie wylądował tamten statek, znajduje się pośrodku jego terytorium. To on jest zabójcą rodziców Jefriego. — Głos Phama stał się cichszy, przeszedł w szept. — Ale najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że to niewiele zmienia. Stal ma przecież statek. A ja muszę się do niego dostać.

— To na pewno będzie jeszcze jedna zasadzka.

— Wiem. Ale czy to ma jakieś znaczenie? Jeśli będę miał czas na dotarcie do Przeciwwagi, może warto dać się w nią złapać? — Co za różnica: pojedyncza samobójcza wyprawa w ramach i tak samobójczej misji.

— Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł, Phamie. Nawet jeśli ustąpimy mu we wszystkim, zabije nas, zanim znajdziemy się choćby w pobliżu statku.

— Na pewno będzie próbował. Posłuchaj, rozmawiaj z nim najdłużej, jak możesz. Spróbujemy namierzyć bydlaka przez radio i zniszczyć go razem z jego kryjówką. — W jego głosie nie było zbyt wielkiego optymizmu.

Presfora nie zabrała ich z powrotem na statek ani do pokojów. Zeszli razem po schodach znajdujących się wewnątrz zewnętrznych murów obronnych, na początku część Amdiego, potem Jefri z jego resztą, a na końcu singiel Presfory.

— Nic nie rozumiem, nic nie rozumiem — narzekał Amdi. — Przecież możemy się bardzo przydać.

— Nie widziałem żadnych dział wroga — dodał Jefri. Singiel miał mnóstwo wyjaśnień, aczkolwiek po jego głosie można było poznać, że jest bardziej niespokojny niż zwykle.

— Widział je jeden z moich członków, ukryty w dolinie. Rzucamy do walki wszystkich naszych żołnierzy. Musimy stawić wrogom solidny opór, bo inaczej wszyscy zginiemy i nie będzie kogo ratować. Na razie to będzie dla was najlepsze miejsce.

— Skąd wiesz? — spytał Jefri. — Czy pan Stal jest gdzieś blisko ciebie?

— Tak, jeden z moich członków jest z nim cały czas.

— Powiedz mu więc, że my musimy mu pomóc. Mówimy po samnorsku lepiej niż ty.

— Zaraz mu to powiem — szybko odparł Płaszcz.

Doszli do miejsca, gdzie w ścianach nie zostawiono już wąskich okiennych szczelin. Jedyne źródło światła stanowiły kopcące kaganki zatknięte na ścianach tunelu co dziesięć metrów. Powietrze w coraz węższym korytarzu było chłodne i zatęchłe, nie obite kamienne ściany lśniły wilgocią. Malutkich drzwiczek nie zrobiono z polerowanego drewna. Zamiast tego były kraty, a za drzwiami panowała ciemność. Dokąd my idziemy? Jefri nagle przypomniał sobie lochy ze wszystkich opowieści, jakie znał, zdradę, jakiej doświadczyła Wielka Dwójka i Hrabina Jeziora. Amdi najwyraźniej nic nie podejrzewał. Przy całej swej przekornej naturze, Szczeniaki był bardzo ufny. Zawsze wierzył w to, co mówił pan Stal. Ale rodzice Jefriego nigdy nie zachowywali się w ten sposób, nawet podczas ucieczki z Górnego Laboratorium. Pan Stal nagle stał się taki inny, jak gdyby stracił ochotę na udawanie miłego. A poza tym Jefri nigdy nie ufał posępnemu Presforze. Zwłaszcza teraz, gdy zachowywał się coraz bardziej podejrzanie.

Na pewno nie było żadnego nowego niebezpieczeństwa na wzgórzu.

Strach, bunt i podejrzliwość, wszystko to pojawiło się naraz. Jefri obrócił się i stanął naprzeciw Płaszcza.

— Dalej nie idziemy. To nie tu mieliśmy przyjść. Chcemy, żeby wysłuchał nas pan Stal i Ravna. — I wtedy doznał nagłego, odkrywczego olśnienia: — A ty jesteś zbyt mały, żeby nas zatrzymać.

Singiel wycofał się gwałtownie i usiadł. Opuścił głowę i mrugał.

— Więc mi nie ufasz? Masz całkowitą rację. Nie macie nikogo, komu moglibyście zaufać, prócz siebie samych. — Przeniósł wzrok z Jefriego na Amdiego, a następnie na ciągnący się dalej korytarz. — Stal nie wie, że was tu przyprowadziłem.

To wyznanie zostało wypowiedziane szybko i bez ogródek. Jefri głośno przełknął ślinę.

— Przyprowadziłeś nas tutaj, żeby zabić.

Amdi wpatrywał się w niego i w Presforę oczami wielkimi z przerażenia.

Singiel ułożył głowę w półuśmieszek.

— Myślisz, że jestem zdrajcą? Po tak długim czasie przyszła wreszcie chwila zdrowej podejrzliwości. Jestem z ciebie dumny — ciągnął cicho pan Presfora. — Jesteś otoczony zdrajcami, AmdijeM. Ale ja nie jestem jednym z nich. Jestem tu po to, by wam pomóc.

— Wiem. — Amdi wysunął się do przodu, aby dotknąć pyska singla. — Nie jesteś zdrajcą. Jesteś jedyną istotą oprócz Jefriego, której mogę dotknąć. Zawsze chcieliśmy cię polubić, ale…