Выбрать главу

— Powinniście być podejrzliwi. Wszyscy zginiecie, jeśli nie będziecie. — Presfora spojrzał na szczeniaki i na Jefriego, któremu twarz wykrzywiał nieufny grymas. — Twoja siostra żyje, Jefri. Jest teraz tam, na polu bitwy, i Stal wiedział o tym od początku. To on zabił twoich rodziców, zrobił niemal wszystko, o co obwiniał Snycerkę. — Amdi cofnął się parę kroków, przerażony, starając się wszystkiemu zaprzeczyć ruchem głów. — Nie wierzycie mi? To śmieszne. Kiedyś byłem takim znakomitym kłamcą. Potrafiłem zachęcić ryby, żeby same wskakiwały mi do pysków. A teraz, kiedy mówią prawdę, nie potrafię was przekonać. Posłuchajcie.

Nagle usłyszeli ludzki głos Stali, który dochodził od strony singla. Stal rozmawiał z Ravną o tym, że Johanna jest żywa, starając się wytłumaczyć z ataku, jaki kazał na nią przeprowadzić.

Johanna. Jefri ruszył naprzód i upadł na kolana przy Płaszczu. Niemal bez zastanowienia chwycił go za gardło i zaczął nim potrząsać. Ostre zęby zacisnęły się na jego ręce, gdy tamten starał się wyzwolić z uścisku. Amdi ruszył za chłopcem i zaczął odciągać go za rękawy. Po chwili Jefri wypuścił Presforę z rąk. Kilka centymetrów od jego twarzy singiel wpatrywał się w niego oczyma, w których odbijało się światło kaganka.

— Ludzkie głosy łatwo podrobić… — odezwał się Amdi. Fragment spojrzał na niego lekceważącym wzrokiem.

— Oczywiście. Nie twierdzę też wcale, że była to bezpośrednia transmisja. To, co słyszeliście, zdarzyło się kilka minut temu. A oto, co Stal i ja planujemy dokładnie w tej chwili. — Przestał mówić po samnorsku i hol wypełnił się bulgoczącymi akordami mowy sfor. Mimo że spędził wśród nich cały rok, Jefri mógł zrozumieć jedynie przybliżony sens rozmowy. Słyszał konwersację dwóch sfor. Jedna z nich chciała, żeby ta druga coś zrobiła. „Przyprowadź Amdijefriego” — te dźwięki były dla niego jasne. Amdiranifani cały zesztywniał, z każdym członkiem wsłuchanym uważnie w przekazywane odgłosy.

— Przestań! — zapiszczał. W korytarzu zapanowała grobowa cisza. — Pan Stal, och, pan Stal. — Cały Amdi przytulił się do Jefriego. — Mówił o skrzywdzeniu ciebie, jeśli Ravna go nie posłucha. Chce zabić wszystkich Gości, kiedy wylądują. — W szeroko otwartych oczach pojawiły się łzy. — Nic nie rozumiem.

Jefri wysunął rękę w stronę Płaszcza.

— Może te głosy też podrabia.

— Nie wiem. Nigdy nie udałoby mi się podrobić rozmowy dwóch sfor w tak znakomity sposób… — Malutkie ciałka drżały wtulone w Jefriego i słychać było tylko dźwięk ludzkiego płaczu, dziwnie znajome odgłosy, jakie wydaje małe dziecko, które nagle zostało całkiem samo. — Co teraz zrobimy, Jefri?

Ale Jefri nie odpowiadał, przypominając sobie i wreszcie rozumiejąc wrażenia z pierwszych minut po tym, jak wojska Stali uratowały go — pojmały? — przy statku. Wspomnienia przytłumione późniejszą uprzejmością pana Stali wypełzły z zakamarków jego pamięci. Mama, Tata, Johanna. Alejohanna wciąż żyje, gdzieś za tymi murami.

— Jefri?

Ja też nie wiem, co robić. Może gdzieś się ukryjemy? Przez chwilę wpatrywali się w siebie. W końcu odezwał się fragment.

— Jest lepszy sposób niż ukrywanie się. Wiecie już, że w tych ścianach biegną ukryte korytarze. Jeśli zna się punkty wejściowe — a ja je znam — można się dostać niemal do każdego miejsca. Można nawet wydostać się na zewnątrz.

Do Johanny.

Amidi przestał płakać. Trzech jego członków przyglądało się Presforze z przodu, z tyłu i z boków. Reszta wciąż była uczepiona chłopca.

— Wciąż ci nie ufamy, Presforo — powiedział Jefri.

— To dobrze, to dobrze. Moja sfora ma kilka całkiem odmiennych części. Nie wszystkim warto ufać.

— Pokaż nam wszystkie wejścia. My podejmiemy decyzję.

— Nie będzie na to czasu…

— W porządku, więc zacznij nam pokazywać. Jednocześnie przekazuj nam wszystko, co mówi pan Stal.

Singiel machnął głową i znów usłyszeli podwójny strumień mowy sfor. Płaszcz podniósł się obolały i poprowadził dzieci do bocznego tunelu, tam gdzie kaganki były już niemal wypalone. Najgłośniejszym dźwiękiem w tym miejscu było kapanie wody. Korytarz został zbudowany niecały rok temu, ale — jeśli nie patrzeć na świeżo przyciętą, nieregularną powierzchnię kamieni — wyglądał na bardzo stary.

Szczeniaki znowu uderzyły w płacz. Jefri poklepał po grzbiecie tego, który zwisał mu z ramienia.

— Amdi, proszę cię, tłumacz dla mnie.

Po chwili w uchu usłyszał niepewny głos przyjaciela.

— Pa-pan Stal znowu się pyta, gdzie jesteśmy. Presfora odpowiada mu, że jesteśmy uwięzieni za zwałem gruzu, bo zawalił się sufit w wewnętrznym skrzydle. — Rzeczywiście, chwilę przedtem usłyszeli, jak walą się jakieś ściany, ale hałas dochodził z bardzo daleka. — Pan Stal posłał resztę Presfory i pana Szreka, żeby nas odkopali. Głos pana Stali jest taki… inny.

— Może to nie on — wyszeptał Jefri. Długa chwila ciszy.

— Nie, to on. Wydaje się wściekły i używa takich dziwnych słów.

— Wielkich słów.

— Nie. Przerażających. Mówi coś o ścinaniu i zabijaniu… Ravny, ciebie i mnie. On… on wcale nas nie lubi, Jefri.

Singiel zatrzymał się. Nad nimi wisiał ostatni kaganek. Było zbyt ciemno, by widzieć cokolwiek prócz wielkich cieni. Wskazywał jakieś miejsce na ścianie. Amdi wysunął się do przodu i pchnął kamień. Przez cały czas pan Presfora przekazywał im to, co działo się na zewnątrz.

— W porządku — powiedział Amdi — otwiera się. A tunel jest tu wystarczająco szeroki dla ciebie, Jefri. Myślę, że…

Presfora odezwała się ludzkim głosem.

— Gwiezdni Ludzie wrócili. Widzę ich mały stateczek… W samą porę udało mi się zbiec. Stal robi się coraz bardziej podejrzliwy. Za kilka sekund zacznie was szukać po całym zamku.

Amdi spojrzał w ciemną dziurę.

— Idźmy więc — odezwał się cichym, smutnym głosem.

— Aha. — Jefri wyciągnął rękę, aby dotknąć jego ramienia. Jeden z członków Amdiego wprowadził go do otworu wyciętego w chropowatym kamieniu. Jeśli odpowiednio ściągnie ramiona, będzie miał wystarczająco dużo miejsca, by się czołgać. Przed nim był tylko jeden szczeniak. Reszta szła z tyłu. — Mam na dzieje, że tunel nie będzie się zwężał.

— Nie powinien. — To był głos Presfory. — Wszystkie przejścia są zaprojektowane dla sfory w lekkiej zbroi. Ważne, żebyście trzymali się tuneli idących w górę. Idźcie cały czas naprzód, a na pewno w końcu znajdziecie się na zewnątrz. Pham przelatuje statkiem około… hm… pięciuset metrów od murów obronnych.

Jefri nie mógł nawet obejrzeć się przez ramię, by odezwać się do Płaszcza.

— A co będzie, jeśli pan Stal wyśle za nami pogoń tymi tunelami?

Zapadła krótka chwila ciszy.

— Najprawdopodobniej nie zrobi tego, jeśli nie będzie wiedział, że tu weszliście. I tak znalezienie was tutaj zabrałoby zbyt wiele czasu. Ale — jego głos stał się nagle łagodniejszy — istnieje kilka otworów wyjściowych na szczytach murów. Na wypadek gdyby żołnierzom wroga udało się dostać do środka z zewnątrz, musi istnieć jakiś sposób na zabicie ich, gdy będą w tunelach. Stal może zalać je olejem.

Ta możliwość jakoś nie przeraziła Jefriego. W tej chwili sposób wydawał mu się straszliwie dziwaczny.

— Więc lepiej się spieszmy — powiedział.

Chłopiec zaczął przeciskać się do przodu, a reszta Amdiego wczołgała się za nim. Był już kilka metrów w tunelu, kiedy usłyszał głos Amdiego przy wyjściu.