Выбрать главу

Pham chciał zaprotestować, ale Jeździec już uczynnił odpowiedni kanał. Szpońskie okrzyki Pielgrzyma odbiły się echem po całym zboczu. Głowy wszystkich zgromadzonych wokół zamku odwróciły się w ich stronę. Dla tamtych głos ten musiał brzmieć jak głos boga. Akordy i trele trwały jeszcze kilka chwil, potem ustały.

Natychmiast usłyszeli głos Ravny na linii.

— Czymkolwiek było to, co zrobiliście przed chwilą, wiedzcie, że Stal został doprowadzony do ostateczności. Ledwo rozumiem to, co mówi. Wydaje mi się, że opisuje, jakim straszliwym torturom podda Jefriego, jeśli natychmiast nie powstrzymamy Snycerki.

— W porządku — mruknął Pham. — Podlećmy trochę wyżej, Pancerzyku.

Była już najwyższa pora, żeby porzucić wszelkie subtelności. Chwiejnym lotem statek wzniósł się w górę. Ruszyli do przodu, lecąc niewiele szybciej niż biegnący człowiek. Za nimi na skraju wzgórza pojawiało się coraz więcej żołnierzy Snycerki. Po straszliwym ostrzale Phama większość z nich wycofała się na dalekie pozycje. Wszystko mogło się rozstrzygnąć, zanim oddziały te dotrą do zamku… Ale zasięg dział Snycerki wciąż był groźny: kłęby dymu i erupcje ognia nadal pojawiały się wzdłuż wałów, a po chwili do ich uszu doszedł potężny huk. Stal miał drogo zapłacić za zabicie Jefriego.

— Czy możesz użyć wiązkowca do oczyszczenia murów z wojsk Stali? — spytała Johanna.

Pham już miał kiwnąć głową, kiedy zauważył, co się dzieje wokół zamku.

— Zobaczcie, olej! — Pomiędzy murami a strzegącymi ich sforami wykopane w ziemi doły z wolna napełniały się czarną cieczą, zmieniając się w oleiste sadzawki. Dopóki nie dowiedzą się, którędy wyjdzie chłopak, najlepiej nie przyczyniać się do powstania ognia.

— Ojojoj! — zawołał Pielgrzym. Po chwili znów coś wykrzykiwał przez głośnik. Ostrzał artyleryjski ustał.

— W porządku — odezwał się Pham — teraz wszystkie oczy na mury zamku. Lataj cały czas po obwodzie, Pancerzyku. Jeśli zauważymy Jefriego, zanim dostrzegą go zbiry Stali, mamy jeszcze szansę.

— Rozciągnęli się na całą długość murów z każdej strony z wyjątkiem północy. — To był głos Ravny. — Myślę, że Stal nie ma najmniejszego pojęcia, gdzie może być chłopak.

Kiedy rzuca się wyzwanie Niebiosom, stawka jest bardzo wysoka. A w tej grze ja mogłem być zwycięzcą, gdybym tylko nie został zdradzony. Mogłem być zwycięzcą. Ale teraz maski zostały zrzucone i liczyła się tylko brutalna siła wroga. Stal zdołał opanować się i wyjść z histerycznego zamroczenia ostatnich kilku minut. Jeśli nie zdobędę Niebios, mogę przynajmniej ściągnąć je do Piekła. Trzeba zgładzić Amdijefriego, zniszczyć statek, na którym tak zależy Gościom… przede wszystkim jednak należy zniszczyć zdrajcę nauczyciela.

— Tak, panie? — to był Szrek.

Stal odwrócił w jego stronę jedną z głów. Czas na histerię już minął.

— Jak idzie zalewanie? — spytał spokojnie. Nie będzie już więcej pytał o Presforę.

— Dobiega końca. Olej wydostaje się już za’mury. — Obie sfory przysiadły nagle na zadach, gdy jedna z bomb Snycerki eksplodowała tuż przy wałach. Wojska królowej wracały w stronę zamku… a kusznicy Stali byli zajęci zalewaniem tuneli i pilnowaniem wyjść. — Być może wypłukaliśmy zdrajców na zewnątrz, drogi lordzie. Jeszcze zanim Snycerka wznowiła ogień, słyszeliśmy jakieś hałasy w południowo-wschodniej ścianie. Ale obawiam się, że kosmici dostrzegą wszystkie nasze manewry w tamtych okolicach. — Jego głowy przekrzywiły się kurczowo.

To straszne widzieć, jak Szrek rozpada się na kawałki, pomyślał Stal. Szrek był lojalny jak maszyna, ale obecnie jego uporządkowany świat walił się w gruzy i nie było już nic, co by mogło służyć mu za oparcie. Zostało tylko szaleństwo, które powołało go do życia.

Jeśli Szrek był bliski rozpadu, oznaczało to rychły koniec oblężenia Wzgórza Gwiezdnego Statku. Jeszcze tylko chwila. To wszystko, czego mi trzeba. Stal zmusił swych członków do przybrania pewnej siebie postawy.

— Rozumiem. Znakomicie się spisałeś, Szrek. Wciąż mamy szansę na zwycięstwo. Znam sposób myślenia tych modliszek. Jeśli zabija się dziecko, szczególnie na ich oczach, momentalnie duch w nich upada… tak samo jak upada on w małych szczeniaczkach, gdy je odpowiednio zastraszyć.

— Tak, panie. — W oczach Szreka widać było lekkie niedowierzanie, ale to zapewnienie powinno wystarczyć, by go podtrzymać na duchu. Zachowujące pozory wiarygodności wyjaśnienie, które umożliwi mu kontynuowanie rozpoczętej gry.

— Zapalcie olej wokół murów. Ustaw żołnierzy wokół wyjść, którymi według ciebie może próbować umknąć Amdijefri. Dla właściwego efektu Goście powinni wszystko widzieć. I… — i wysadź statek uciekinierów! Omal nie wymknęły mu się te słowa, ale w porę się zorientował. Ładunki wybuchowe wbudowane w Szczęki i umieszczone pod świątynią Gwiezdnego Statku zniszczą wszystko, co znajduje się wewnątrz tych budowli, a także zabiją znajdujące się w nich sfory. Gdyby wydał takie polecenie Szrekowi, odkryłby swoje prawdziwe zamiary. -…i zróbcie to szybko, zanim wojska Snycerki otoczą nas całkowicie. To ostatnia nadzieja ruchu, Szreku.

Szrek, kłaniając się, wyszedł na schody. Stal trwał nadal we władczej postawie, mężnie wpatrując się w pole bitwy, dopóki tamten nie zniknął mu z oczu. Następnie wychylił się z wału i cisnął radiem o kamienny pasaż. Radio nie rozbiło się, a zamiast tego usłyszał głos modliszki zwanej Ravną. Stal zbiegł po schodach w kierunku upuszczonego nadajnika.

— Nic nie dostaniecie! — wrzasnął po szpońsku. — Wszystko, czego chcecie, zginie i zostanie zniszczone!

A potem zbiegł schodami jeszcze niżej i ruszył przez dziedziniec. Zanurkował do korytarza, który otaczał Powitalne Szczęki. Z łatwością mógł go wysadzić, ale najprawdopodobniej główna część gmachu i znajdujący się w niej statek przetrwałyby ten wybuch. Nie, musi dojść do samego serca. Zniszczyć statek i zabić wszystkie uśpione modliszki. Wszedł do sekretnego pomieszczenia, wziął ze sobą dwie kusze i dodatkowy płaszcz radiowy, który wcześniej specjalnie przygotował. W środku płaszcza znajdowała się mała bomba. Wypróbował ją już kiedyś z drugim kompletem płaszczy. Sfora, która miała je na sobie, zginęła na miejscu.

Znowu w dół schodami, do magazynku. Nie słyszał już odgłosów bitwy. Jedynym dźwiękiem było chrobotanie jego metalowych szponów o podłogę. Wokół pełno było skrzyń z prochem, żywności, świeżego drewna. Lonty i założone ładunki znajdowały się już tylko pięćdziesiąt jardów dalej. Stal zwolnił i schował pazury, tak aby metalowe nakładki nie stukały o kamienie. Nasłuchiwał. Patrzył we wszystkie strony. Instynktownie wiedział, że znajdzie go właśnie tutaj. Fragment Ociosa. Ocios prześladował go od początku jego istnienia, prześladował go nawet wtedy, kiedy został w większości zabity. Ale do czasu jego jawnej zdrady Stal nie był zdolny wyzwolić w sobie całej nienawiści, jaką do niego żywił. Najprawdopodobniej Mistrz zbiegł wraz z dziećmi, ale istniała możliwość, że Ocios zaplanował zwycięstwo całkowite. Istniała możliwość, że wrócił. Stal wiedział, że jego własna śmierć jest coraz bliżej. Wciąż jednak miał szansę na chwile tryumfu. Jeśli własnymi zębami i pazurami mógłby zabić Mistrza… Proszę cię, bardzo cię proszę kochany Mistrzu, bądź tutaj. Bądź tutaj i myśl sobie, że jeszcze raz uda ci się mnie oszukać.