To życzenie się spełniło. Usłyszał ciche odgłosy myśli. Były coraz bliżej. Zza ułożonych ponad jego głową skrzyni wysunęło się kilka głów. Dwóch innych członków fragmentu ukazało się w korytarzu przed nim.
— Uczniu.
— Mistrzu. — Stal uśmiechnął się. Miał przed sobą całą piątkę. W jakiś sposób fragmentowi udało się przeszmuglować do zamku pozostałych członków. Ale nie mieli na sobie radiowych płaszczów! Członkowie stali nadzy, ich skóra pokryta była jątrzącymi się ranami. Bomba radiowa na nic się nie przyda. Ale chyba nie miało to znaczenia, Stal widywał sfory wyglądające znacznie zdrowiej niż ta, którą miał przed sobą. Jego ukryci w cieniu członkowie podnieśli kusze. — Przyszedłem tu, by cię zabić.
Głowy przyszłego trupa wykonały lekceważący gest.
— Przyszedłeś spróbować.
W prostym starciu, szczęki przeciwko szczękom i pazury przeciwko pazurom, Stal nie miałby najmniejszych kłopotów z uśmierceniem rywala. Ale fragment ustawił trzech swoich członków trochę wyżej, obok wielkich skrzyń, które wyglądały, jakby zaraz miały runąć w dół. Rzucenie się na niego z impetem byłoby fatalnym błędem. Ale gdyby dobrze wycelował z kusz… Stal przysunął się nieco do przodu, stając niedaleko od prawdopodobnego miejsca upadku wielkiej skrzyni.
— Czy naprawdę spodziewasz się przeżyć, fragmencie? Nie jestem twoim jedynym wrogiem. — Machnął nosem w kierunku wyjścia z magazynu. — Tam, na zewnątrz, czekają tysiące innych, którzy pragną twojej śmierci.
Tamten pokiwał głowami w upiornym uśmiechu. Z otwartych ran wciąż sączyła się krew.
— Stal, mój drogi, ty zupełnie nic nie rozumiesz. Przecież właśnie ty umożliwiłeś mi przeżycie. Czy tego nie widzisz? Ja ocaliłem dzieci. A teraz staram się ocalić przed tobą statek. To w końcu zapewni mi zgodę wrogów na warunkową kapitulację. Przez wiele lat będę bardzo słaby, ale przeżyję.
W poranionej sforze znów widać było dawnego Ociosa. Jego dawny oportunizm.
— Ale ty jesteś tylko fragmentem. W trzech piątych jesteś…
— Zahukaną nauczycielką? — Ocios opuścił głowy i zamrugał nieśmiało. — Okazała się silniejsza, niż myślałem. Przez pewien czas rządziła tą sforą, ale kawałek po kawałku udało mi się odzyskać panowanie. W końcu, nawet bez pozostałych, jestem w całości.
Ocios znowu w całości. Stal cofnął się nieco, jakby przestraszony. Ale wszystko to, co usłyszał, wydało mu się nagle bardzo dziwne. Tak, Ocios był wyraźnie pewny siebie. Ale teraz, kiedy Stal miał przed sobą całą sforę, widział, że jest coś w jej ruchach, co… Nagle doznał olśnienia, które przez chwilę napełniło go dumą. Przynajmniej raz w życiu widzę lepiej niż Mistrz.
— W całości, powiadasz? Pomyśl tylko. Obaj dobrze wiemy, jaką wewnętrzną walkę toczą dusze, jak niewiele w tym rozsądnego komponowania, jak wiele niewiadomych. Sądzisz, że zabiłeś w sobie nauczycielkę, ale skąd w takim razie bierze się to zaufanie do innych? To, co robisz, jest dokładnie tym, co zrobiłaby Presfora. Wszystkie myśli są twoje, ale fundament stanowi jej dusza. I cokolwiek byś myślał, to właśnie niepozorna nauczycielka odniosła w tobie zwycięstwo!
Fragment zawahał się, nagle zdając sobie sprawę z tej prawdy. Jego nieuwaga trwała ułamek sekundy, ale Stal na to właśnie czekał. Jego dwóch członków wyskoczyło z cienia, wypuściło strzały i rzuciło się na Ociosa z wyciągniętymi szponami.
CZTERDZIEŚCI
Kiedy indziej wspinaczka tunelami w ścianach byłaby świetną zabawą. Chociaż w środku panowały absolutne ciemności, Amdi był przed chłopcem i za nim, a nosy pozwalały mu znakomicie wyczuć drogę. Kiedy indziej czułby radosny dreszczyk z odkrywania czegoś nowego, a wyciągnięta pozycja umysłu dostarczałaby mu zabawnych wrażeń.
Ale obecnie jego umysłowe pomieszanie wynikało jedynie ze strachu. Wciąż wpadał na Jefriego.
— Idę najszybciej, jak mogę. — Spodnie chłopca były już w strzępach, poprzecierane o szorstkie kamienie. Przeciskał się coraz szybciej, prawie nie zdając sobie sprawy z bólu, jaki wywoływało szuranie odkrytymi kolanami po nieregularnych kawałkach skały. Szczeniak przystanął i wiercił się na boki.
— Rozejście. Moim zdaniem powinniśmy… co powinniśmy, Jefri?
Jefri cofnął się, uderzając głową o sufit tunelu, który przypominał korytarzyk wykopany przez jakiegoś sporego robaka. Przez większość roku to on polegał na pewności siebie Amdiego, na jego ekspansywnej inteligencji. Teraz… Nagle dotarło do niego, że ze wszystkich stron otaczają ich tony skał. Jeśli tunel zwęzi się jeszcze o kilka centymetrów, zostaną tu na zawsze.
— Jefri?
— Ja nie… — Myśl! - Która odnoga idzie w górę?
— Chwileczkę. — Członek idący na czele całej grupy odbiegł kawałek w jedną odnogę.
— Nie odchodź za daleko! — zawołał Jefri.
— Nie martw się. Ja… on będzie wiedział, jak wrócić. — Po chwili usłyszał tupot łap powracającego fragmentu, który przybiegł i dotknął nosem jego policzka. — Ta z prawej idzie do góry.
Nie uszli więcej niż piętnaście metrów, gdy Amdi usłyszał jakieś odgłosy.
— Ktoś nas goni? — spytał Jefri.
— Nie. To znaczy, nie jestem pewien. Zatrzymaj się. Posłuchaj… Słyszysz? Taki lepki bulgot. — Olej.
Nie ma już czasu na zatrzymywanie się. Jefri ruszył w górę tunelem najszybciej, jak mógł. Głową uderzał o pułap i opadał na łokcie. Otrząsał się tylko i bez namysłu parł dalej. Po policzku zaczęła spływać mu strużka krwi.
Teraz i on słyszał bulgotanie oleju.
Ramiona ledwie mieściły się w wąskim tunelu. Przed sobą usłyszał głos Amdiego:
— Ślepy koniec… albo jesteśmy przy wyjściu! — Usłyszał skrzypienie. — Nie potrafię tego ruszyć. — Szczeniak obrócił się i za chwilę znalazł się między nogami Jefriego. Trzeba pchać z góry, Jefri. Te drzwiczki są bardzo podobne do tych, które widziałem w gmachu, otwierają się u góry.
Cholerny tunel zwężał się akurat przed włazem. Jefri przyciągnął ramiona do siebie i wciskał się naprzód. Naparł górną część drzwiczek. Poruszyły się może o centymetr. Podczołgał się troszeczkę bliżej, tak wciśnięty pomiędzy ściany, że nie mógł wziąć głębszego oddechu. Pchał ze wszystkich sił. Zewsząd spadały odłamki kamieni, a zza drzwiczek do środka wlewało się światło. Nie było to światło bezpośrednio z zewnątrz, wciąż zasłaniały ich kamienne węgły, ale i tak była to najpiękniejsza rzecz, jaką Jefri kiedykolwiek widział. Jeszcze pół metra i będzie poza tunelem, tyle że w tej chwili utknął między ciasnymi ścianami.
Skręcał się i wił, dzięki czemu przesunął się kawałeczek w przód, ale teraz było jeszcze gorzej niż przed chwilą.
— Jefri, tylnymi łapami już stoję w oleju. Cały tunel za nami jest już zatopiony.
Panika. Przez moment Jefri nie był w stanie o niczym myśleć. Tak blisko, tak blisko. Widział już kolory, smugi krwi na swoich rękach.
— Cofnij się! Zdejmę kurtkę i spróbuję się przecisnąć jeszcze raz.
Wycofanie się było prawie niemożliwe; tak dokładnie się zaklinował. Ale w końcu udało się. Przewrócił się na bok i wyplątał się z kurtki.
— Jefri! Dwóch moich członków jest już zanurzonych w oleju. Nie mogą oddychać. — Szczeniaki parły na niego ze wszystkich stron. Ich sierść była śliska od oleju. Śliska!
— Chwilka! — Jefri otarł ręką sierść jednego z nich i rozsmarował sobie olej na ramionach. Wyciągnął je daleko przed siebie i wyprostował, a następnie, odpychając się stopami, ponownie wcisnął się w wąski przesmyk. Za nim kilku członków Amdiego świszczało hałaśliwie z bólu. Znów utknął. Pchaj się. Pchaj.