Выбрать главу

Centymetr, jeszcze jeden. A po chwili ramiona miał już na zewnątrz i wtedy wszystko poszło już łatwo.

Opadł na ziemię i sięgnął w tył, wyciągając najbliższą część Amdiego. Szczeniak wyśliznął mu się z ręki, wydając z siebie pomruki, które nie były ani mową Szponów, ani ludzi. Jefri widział cienie kilku innych członków wyciągających coś, co było już poza jego polem widzenia. Po chwili jakaś zimna, mokra kulka futra wytoczyła się z mroku prosto w jego ramiona. Po sekundzie następny wychynął z tunelu. Jefri zdjął tę dwójkę na ziemię i otarł ich pyski z kleistej mazi. Jeden wstał i zaczął się energicznie otrząsać, drugi krztusił się i kaszlał.

Tymczasem reszta Amdiego wyskakiwała z otworu. Cała ósemka była umazana olejem. Słaniając się na nogach, zebrały się w kupę, ocierając jeden drugiemu zaklajstrowane tym-pany. Ich brzęczenie i charkotanie było zupełnie niezrozumiałe.

Jefri odwrócił się i ruszył w stronę światła. Byli ukryci za załomem muru… na swoje szczęście. Zza ściany usłyszał nawoływania żołnierzy lorda Stali. Podkradł się do rogu i rozejrzał się dookoła. Przez chwilę myślał, że wraz z Amdim znalazł się z powrotem na zamkowym dziedzińcu, tyle było tu wojska. Ale zaraz potem dostrzegł ciągnące się w dal zbocze wzgórza i dym unoszący się nad doliną.

Co teraz? Obejrzał się na Amdiego, który wciąż gorączkowo wycierał tympany. Dźwięki i pomruki, jakie wydawał, brzmiały coraz bardziej sensownie, a wszyscy jego członkowie ruszali się już swobodnie. Ponownie spojrzał na zbocze. Przez chwilę chciał biec w stronę żołnierzy. Tak długo uważał ich za obrońców.

Jeden z członków Amdiego zderzył się z jego nogami i obejrzał się na swoją resztę.

— Ojej! Pomiędzy nami a żołnierzami pana Stali jest prawdziwe jezioro oleju. Chyba…

Huk był głośny, ale nie przypominał wystrzału armatniego. Trwał krócej niż sekundę, a potem przeszedł w cichy hurgot. Kolejnych dwóch członków Amdiego wystawiło głowy za róg i zobaczyło, że jezioro zamieniło się w taflę ognia.

Błękitny Pancerzyk manewrował stateczkiem w odległości dwustu metrów od murów zamku, naprzeciwko miejsca, gdzie skupiły się wszystkie sfory. Lądownik leciał nad porosłym mchem terenem na wysokości, na której dorosły człowiek ma głowę.

— Sam nasz przelot sprawia, że się cofają — powiedział Pielgrzym.

Pham spojrzał przez ramię. Wojska Snycerki odzyskały pole i pędziły w stronę wałów. Jeszcze najwyżej sześćdziesiąt sekund i dojdzie do starcia ze sforami Stali.

Nagle usłyszał głośne „brap” z generatora Błękitnego Pancerzyka i spojrzał do przodu.

— Na Wielką Flotę — powiedział cicho. Sfory na wałach strzeliły z czegoś w rodzaju miotaczy płomieni do rowów wypełnionych olejem, ciągnących się u stóp zamkowych murów. Błękitny Pancerzyk podleciał trochę bliżej. Długie sadzawki z olejem ciągnęły się równolegle do ścian. W ten sposób sforom, które wcześniej wyszły z zamku, powrotna droga została niemal w całości odcięta. Cały obszar wokół murów, oprócz silnie strzeżonego odcinka szerokości trzydziestu metrów, został opanowany przez strzelające wysoko w górę płomienie.

Stateczek wzniósł się lekko ku górze, a następnie przekrzywił się i ześliznął w dół pchany podmuchem rozgrzanego ogniem powietrza. W większości miejsc olej dotykał nachylonej podstawy murów. Konstrukcja ścian wydawała się znacznie bardziej skomplikowana niż w zamkach na Canberze — w wielu miejscach widać było, że w podstawie znajdują się małe korytarze lub otwory. W budowli obronnej to dość idiotyczne rozwiązanie.

— Jefri! — wrzasnęła Johanna i palcem wskazała na środek odstępu, którego jeszcze nie opanowały płomienie. Pham zauważył, jak coś wycofuje się za załom muru.

— Też go zauważyłem. — Błękitny Pancerzyk zawrócił stateczkiem i ześliznął się w dół, w stronę murów. Dłoń Johanny zacisnęła się na ramieniu Phama, popychając go i szarpiąc. Ledwie słyszał jej głos na tle hałasu, jaki robił Pielgrzym.

— Proszę, proszę, proszę! — wołała.

Przez chwilę wyglądało na to, że im się uda. Wojska Stali były daleko, a znajdujące się pod nimi zbiorniki z olejem jeszcze nie płonęły. Mimo to Błękitny Pancerzyk stracił panowanie nad statkiem. Łagodne opadanie nie zostało skorygowane i statek ześliznął się bokiem na podłoże. Zderzenie przebiegało bardzo wolno, ale Pham usłyszał, jak trzeszczą podpory z jednego boku. Błękitny Pancerzyk wykonał kilka szybkich operacji przyciskami i druga strona stateczku również osiadła na ziemi. Działko wiązkowe było w tej pozycji skierowane wylotem do dołu. Pham rzucił Skrodojeźdźcowi gniewne spojrzenie. Wiedział, że w końcu stanie się coś takiego.

— Co się stało? Nie możesz wystartować jeszcze raz? — spytała Ravna.

Błękitny Pancerzyk manipulował jeszcze chwilę przyciskami, a potem wykonał gest, który u Jeźdźców był równoznaczny ze wzruszeniem ramionami.

— Jasne, że mogę. Ale to zajmie zbyt dużo czasu… — Odpinał wszystkie zabezpieczenia i odczepiał skrodę od pokładu. Właz przed nim otworzył się i do wnętrza przeniknęły hałaśliwe odgłosy bitwy.

— Co ty, u diabła, wyrabiasz, Pancerzyku?

Odrośle Jeźdźca odwróciły się z uwagą w stronę Phama.

— Trzeba ratować chłopca. Zaraz wszystko otoczą płomienie.

— A ten statek zostanie usmażony, jeśli go’tutaj zostawimy. Nigdzie nie pójdziesz, Pancerzyku! — Wychylił się do przodu wystarczająco mocno, by schwycić tamtego za niższe odrośle.

Johanna spoglądała to na jednego, to na drugiego — oszalała i przerażona.

— Nie! Proszę… — Ravna też na niego krzyczała. Pham zesztywniał, wpatrując się dziko w Jeźdźca.

Błękitny Pancerzyk potoczył się w jego stronę do wnętrza zatłoczonej kabinki i przysunął kilka odrośli do jego twarzy.

— A co zrobisz, jeśli cię nie posłucham? Idę, sir Phamie. Mam zamiar udowodnić, że nie jestem pachołkiem żadnej Mocy. Czy ty potrafisz zrobić to samo?

Umilkł i przez chwilę Jeździec i człowiek wpatrywali się w siebie z odległości kilku centymetrów. Ale Pham już nie starał się go zatrzymać.

Brap. Odrośle Błękitnego Pancerzyka cofnęły się, a on sam potoczył się na skraj włazu. Trzecia ośka skrody sięgnęła podłoża i zsunął się w dół, przez cały czas kontrolując przechył. Pham wciąż się nie ruszał. Ja nie jestem programem żadnej Mocy.

— Phamie? — Dziewczyna spoglądała na niego, ciągnąc go za rękaw. Nuwen otrząsnął się jak po koszmarnym śnie i spojrzał wokół siebie. Sfora zwana Pielgrzymem znajdowała się już poza statkiem. Czterej dorośli członkowie trzymali w pyskach krótkie mieczyki, stalowe szpony błyszczały na przednich łapach.

— Dobrze. — Odchylił jeden z paneli i wyciągnął pistolet, który pod nim ukrył. Ponieważ Błękitny Pancerzyk rozwalił statek, nie pozostawało im nic innego jak wykorzystać najlepiej to, co im zostało.

Gdy zdał sobie z tego sprawę, znów poczuł się wolny i swobodny. Wyplątał się z zabezpieczeń i wygramolił na zewnątrz. Pielgrzym stanął wokół niego. Dwóch członków, którzy nieśli szczeniaki, przygotowywało coś w rodzaju tarcz. Mimo że stwór miał zajęte pyski, przemawiał głośno i wyraźnie jak zawsze.