— Na pewno nie wszyscy. Widzę tysiąc odlatujących statków. Ucieka każdy, kto ma odpowiednie środki i szczyptę rozsądku. — Błękitny Pancerzyk toczył się w tę i z powrotem. — Niestety! My mamy wystarczająco dużo rozsądku, ale… spójrzcie na ten raport. — Jedno z okien rozciągnęło się na całą szerokość i wypełniło kolorowymi wzorkami, z których Ravna nic a nic nie potrafiła odczytać. — Dwa spiny złamane i nie nadające się do naprawy. Trzy częściowo naprawione. Jeśli nie uda im się całkowicie zregenerować, możemy tu utknąć na długo. To niedopuszczalne! — jego sztucznie generowany głos zabrzęczał przenikliwie. Zielona Łodyżka podjechała do niego i zaczęli szeleścić do siebie odroślami.
Minęło kilka minut. Kiedy Błękitny Pancerzyk znowu odezwał się po samnorsku, jego głos był już bardziej spokojny.
— Jeden spin całkowicie naprawiony. Może, może, może… — Przełączył na naturalny widok. PPII okrążał biegun południowy Podłoża, znów pogrążając się w nocy. Orbita, na której się znajdowali, powinna odciągnąć ich jak najdalej od spadających ruin Doków, ale jazda była nieustannym slalomem pomiędzy kawałkami innych odpadów. Straszliwe odgłosy bitwy z systemu odpierania były coraz cichsze. Organizacja Vrinimi stała się jednym ogromnym, skręcającym się w przedśmiertnych konwulsjach ciałem… a jej zabójca już nadchodził, niemal słychać było jego groźne sapanie.
— Dwa spiny naprawione — Błękitny Pancerzyk oczekiwał w ciszy… — Trzeci! Trzy naprawione! Piętnaście sekund na rekalibrację i możemy przygotowywać się do skoku!
Wydawało się, że trwało to nieco dłużej… ale potem wszystkie okna zostały przełączone na obraz naturalny. Podłoże i jego słońce zniknęły. Wokoło rozciągała się tylko ciemność i gwiazdy.
Trzy godziny później Przekaźnik był sto pięćdziesiąt lat świetlnych za nimi. PPII dołączył do głównej grupy uciekających statków. Ze względu na bogate archiwa i ogromną liczbę turystów, na Przekaźniku zawsze było mnóstwo statków żeglugi międzygwiezdnej. Kolumna składająca się z dziesięciu tysięcy pojazdów rozciągała się na kilka lat świetlnych. Ale na tych oddalonych od płaszczyzny galaktyki przestrzeniach gwiazd było niewiele. Od najbliższego schronienia dzieliło ich jakieś sto godzin lotu.
Dla Ravny był to początek nowej bitwy. Ze swojego miejsca spoglądała na Błękitnego Pancerzyka. Skrodojeździec drżał cały, a odrośle skręcały się w sposób, jakiego jeszcze u niego nie widziała.
— Spójrz, droga lady Bergsndot, Wysoki Punkt to prześliczna cywilizacja. Żyją tu także stworzenia dwunogie. Bardzo bezpieczne miejsce. Mogłabyś się zaadaptować. — Przerwał. Patrzy, jaką mam minę? — Ale… ale to nie do przyjęcia, rozumiem, zabierzemy cię dalej. Niech tylko uda nam się zdobyć odpowiedni towar, a… a zawiedziemy cię z powrotem na Sjandrę Kei. Co ty na to?
— Nie. Wy już podpisaliście kontrakt, Pancerzyku. Z Organizacją Vrinimi. My troje — i to, co zostało z Phama Nuwena — jedziemy na Dno Przestworzy.
— Kręcę głową z niedowierzaniem! Otrzymaliśmy już co prawda zaliczkę, ale Organizacja Vrinimi przestała istnieć, nie ma nikogo, kto mógłby zapłacić nam za wykonanie reszty umowy. Dlatego my również jesteśmy zwolnieni z jej wykonania.
— Organizacja Vrinimi nie przestała istnieć. Słyszałeś co mówił Grondr ‘Kalir. Organizacja miała — ma! - swoje filie rozsiane w całych Przestworzach. Wasze zobowiązania wciąż są ważne.
— Jest tylko pewien szczegół. Oboje wiemy, że te filie nigdy nie będą mogły nam zapłacić.
Na taki argument Ravna nie miała żadnej dobrej odpowiedzi.
— Zobowiązania pozostają ważne — powtórzyła, ale bez odpowiedniej determinacji. Nigdy nie była dobra w zastraszaniu.
— Droga lady, czy mówisz to, co nakazuje ci etyka organizacji, czy to, co ci dyktują ludzkie uczucia?
— Nie… — Nie ulegało wątpliwości, że Ravna nigdy za dobrze nie rozumiała zasad etycznych organizacji. Był to jeden z powodów, dla których zamierzała powrócić na Sjandrę Kei po zakończeniu stażu. Z tego samego powodu organizacja zachowywała daleko idącą ostrożność przy kontaktach z rasą ludzką. — Nie ma to najmniejszego znaczenia! Jest kontrakt. Mieliście zamiar go zrealizować, kiedy było bezpiecznie. Cóż, teraz wszędzie grozi wam śmiertelne niebezpieczeństwo… ale układ, jaki zawarliście, nie wykluczał przecież takiej możliwości. — Ravna spojrzała na Zieloną Łodyżkę. Tamta jak dotąd milczała, nie wydając nawet najmniejszego szelestu w stronę swego partnera. Jej odrośle ściśle przylegały do głównej łodygi. Może… — Posłuchaj, są także inne powody poza zobowiązaniami wynikającymi z kontraktu. Perwersja jest potężniejsza, niż ktokolwiek przypuszczał. Dziś zabiła Moc! I rozszerza swój zasięg na Środkowe Przestworza… Jeźdźcy mają długą historię, Błękitny Pancerzyku, dłuższą niż większość ras. Ale Perwersja może okazać się wystarczająco silna, aby zakończyć i te chlubne dzieje.
Zielona Łodyżka podtoczyła się w jej stronę i lekko rozłożyła odrośle.
— Ty… ty naprawę sądzisz, że możemy odnaleźć coś na tym statku na Dnie? Coś, co może zaszkodzić Mocy nad Mocami?
Ravna pomyślała chwilę.
— Tak. Stary też tak sądził, tuż przed śmiercią. Błękitny Pancerzyk jeszcze ciaśniej oplótł się pnączami i powykręcał. Czyżby był to znak jakiejś wewnętrznej udręki?
— Droga lady, jesteśmy tylko kupcami. Żyjemy już bardzo długo, odbyliśmy sporo dalekich podróży… i udało nam się wiele przetrwać dzięki temu, że nie wtrącaliśmy się w nie swoje sprawy. Niezależnie od tego, co myślą różne romantyczne dusze, kupcy nie biorą udziału w awanturniczych wyprawach. To, o co prosisz… jest niewykonalne. Czy ktoś kiedy widział, żeby zwykli Przestworzanie próbowali walczyć z Mocą?
Ale właśnie takiego ryzyka się podjęliście. Ravna nie powiedziała tego głośno. Może uczyniła to Zielona Łodyżka. Jej odrośle zaszeleściły, a Błękitny Pancerzyk skręcił się jeszcze bardziej. Przez chwilę Zielona Łodyżka milczała, a następnie wykonała prześmieszną ewolucję, odczepiając osie swej skrody od przylepek. Jej kółka przez chwilę wirowały w próżni, po czym cała zatoczyła wolno szeroki łuk, obracając się skrodą do góry i wyciągając odrośle w dół, aby pogładzić Błękitnego Pancerzyka. Chrzęścili między sobą przez pięć minut. Błękitny Pancerzyk powoli odwinął pnącza i rozluźnił odrośle, poklepując nimi swą towarzyszkę.
— No dobrze… — odezwał się w końcu. — Na jedną awanturniczą wyprawę mogę się zgodzić. Ale zapamiętaj! To pierwszy i ostatni raz.
CZĘŚĆ DRUGA
SIEDEMNAŚCIE
Wiosna nadchodziła niesłychanie wolno, zwiastując swe przybycie wilgocią i zimnem. Padało przez ostatnie osiem dni. Johanna bardzo chciała, żeby aura wreszcie się zmieniła, nawet gdyby miały powrócić ciemności zimy.
Brodziła po kostki w błocie, które przedtem było ziemią porosłą mchem. Nastało południe, niemrawe światło miało oświetlać okolice jeszcze przez jakieś trzy godziny. Strupiarz twierdził, że jeśli nie będzie chmur, to za kilka dni ujrzą słońce na własne oczy, aczkolwiek Johanna miała czasem wątpliwości, czy zobaczy je jeszcze kiedykolwiek w życiu.
Główny dziedziniec zamku znajdował się na stoku wzgórza. Błoto i na wpół roztopiony śnieg zsuwały się po zboczu, formując brudne wzgórki przy drewnianych ścianach najniżej położonych budynków. Latem był stąd wspaniały widok. A zimą blask zorzy barwił śnieg na zielono i niebiesko, odbijał się w skutym lodem basenie portowym i sprawiał, że mroczne sylwetki dalekich wzgórz odcinały się wyraźnie na tle nieba. Teraz nieustanne deszcze przesłoniły wszystko tak gęstą mgłą, że nie widziała nawet ulic miasta rozciągającego się poza murami. Poszarpane chmury tworzyły nad jej głową niski pułap. Wiedziała, że na kamiennych murach porozstawiane są straże, ale tego dnia wszyscy wartownicy z pewnością szukali schronienia w wieżyczkach, obserwując okolice zza wąskich otworów wyciętych w ścianach. Nie było bowiem widać ani jednej sfory, ani nawet pojedynczego członka. W porównaniu ze Straumą Świat Szponów ział pustką, ale nie tak jak Główne Laboratorium, które było pozbawionym powietrza odłamkiem skalnym orbitującym wokół czerwonego karła. Na planecie Szponów istniało życie, ruch. Czasem ich świat wydawał się równie piękny i przyjazny jak wakacyjny kurort na Straumie. Johanna zdała sobie sprawę, że w rzeczywistości był on bardziej przystępny niż większość światów zamieszkanych przez rasę ludzką — milszy nawet od Nyjory, niemal tak piękny jak Stara Ziemia.