Выбрать главу

— O czym więc chciałbyś porozmawiać?

Jedna z głów w końcu obróciła się w jej stronę, oblizując wargi.

— Taaak. Chciałem przyjść zobaczyć, jak się miewasz. To znaczy… — Bulgot. Jej sługa odpowiedział mu z góry podobnym bulgotem. Prawdopodobnie informował przybyłego, w jakim Johanna jest nastroju. Skryba wyprostował się. Cztery z sześciu głów skierowały swój wzrok na Johannę. Pozostali dwaj członkowie chodzili w tę i z powrotem, jak gdyby pogrążeni w głębokich rozmyślaniach. — Jesteś jedyną istotą ludzką, jaką znam, ale ja zawsze byłem dobrym badaczem charakterów. Wiem, że nie jesteś tu zbyt szczęśliwa…

Pompatyczny Pajac był mistrzem w odkrywaniu oczywistości.

— …i doskonale cię rozumiem. Ale robimy, co możemy, aby ci pomóc. To nie my zabiliśmy twoich rodziców i brata.

Johanna oparła rękę na niskim suficie i pochyliła się do przodu. Wszyscy jesteście jednakowymi zbirami. Przypadek sprawił, że mamy wspólnych wrogów.

— Wiem o tym, dlatego próbuję właściwie odpowiedzieć na wasze starania. Gdyby nie ja, do dziś nie wyszlibyście w danniku poza program dla dzieci. To ja wam pokazałam, jak wejść w kursy czytania. Gdybyście mieli trochę oleju w głowie, latem moglibyście mieć proch strzelniczy. — Olifant stanowił jednocześnie zabawkę i pamiątkę rodzinną, ulubioną przytulankę. Ale zapisano w nim także lekcje historii — opowieści o królowych i księżniczkach Mrocznych Wieków, o ich walce i zwycięstwie nad dżunglą, o odbudowie miast, a potem statków. Na wpół ukryte wśród mrocznych ścieżek odniesień znajdowały się tam także rzeczy nieco trudniejsze, między innymi historia rozwoju technologicznego. Proch strzelniczy był jedną z prostszych substancji. Po roztopach specjalne ekspedycje miały wyruszyć na poszukiwanie odpowiednich składników. Snycerka znała siarkę, ale w całym mieście nie znaleziono jej tyle, ile trzeba. Dużo poważniejszym problemem było wykonanie armaty. Ale gdyby się to udało… — Wtedy raz dwa będziemy mogli rozprawić się z waszymi wrogami. Dostajecie ode mnie wszystko, czego chcecie. Z jaką więc skargą przychodzisz?

— Ze skargą? — Pompatyczny Pajac na zmianę to spuszczał, to podnosił głowy do góry. Te gwałtowne ruchy stanowiły odpowiednik ludzkich min, aczkolwiek Johanna nie umiała jeszcze zidentyfikować znaczenia większości z nich. To, co widziała obecnie, mogło oznaczać zmieszanie. — Nie mam żadnych skarg. Wiem, że bardzo nam pomagasz. Ale, ale… — Trzech spośród jego członków biegało nerwowo w kółko. — Ja po prostu widzę więcej niż inni, być może tak jak Snycerka w swych wczesnych latach. Jestem — znalazłem takie wasze słowo — dyletantem. Wiesz, osobą, która interesuje się wszystkim i wykazuje wszechstronny talent. Mam tylko trzydzieści lat, ale już przeczytałem niemal wszystkie książki, jakie ukazały się na świecie i… — głowy pochyliły się, jak gdyby onieśmielone — nawet sam planuję napisanie jakiejś książki. Być może będzie to prawdziwa historia twoich przygód.

Johanna uśmiechnęła się. Na ogół Szpony wydawały jej się barbarzyńskimi stworzeniami, równie odmiennymi od ludzi duchowo, co fizycznie, ale gdyby zamknęła oczy, mogła sobie wyobrazić Skrybę jako Straumera. Mama miała kilku przyjaciół równie głupkowatych i święcie przekonanych o swojej wartości jak jej rozmówca, kobiet i mężczyzn z wielkimi projektami, które nigdy nie doczekały się realizacji. Na Straumie zawsze starała się unikać podobnych nudziarzy. Teraz… cóż, w pewnym sensie cała błazenada w wykonaniu Skryby sprawiała, że czuła się trochę jak w domu.

— Więc przyszedłeś tutaj zgromadzić materiał do książki? Ponownie naprzemienne skłony głów.

— Prawdę powiedziawszy, tak. Chciałem także pomówić z tobą o moich innych planach. Wiesz, zawsze miałem żyłkę wynalazcy. Zdaję sobie sprawę, że obecnie niewiele to już znaczy. Wszystko, co dało się wynaleźć, można już zobaczyć w danniku. Miałem okazję zaobserwować tam zrealizowane projekty wielu z moich najlepszych pomysłów. — Westchnął lub tylko wydał podobny dźwięk. Obecnie imitował głos prowadzącego program popularnonaukowy. Wydawanie różnorodnych dźwięków przychodziło Szponom z niesłychaną łatwością. Nieraz wprawiali ją tym w osłupienie.

— W każdym razie zastanawiałem się, jak można by ulepszyć niektóre z pokazanych tam rozwiązań… — Czterech członków Skryby ułożyło brzuchy na ławie stojącej obok paleniska. Najwyraźniej szykowali się do długiej rozmowy. Pozostałych dwóch obeszło palenisko, aby podać jej zwitek papierów w mosiężnych opaskach. Podczas gdy jeden z członków siedzących po drugiej stronie ognia kontynuował wypowiedź, ci dwaj ostrożnie przewracali strony, wskazując jej odpowiednie miejsca.

Trzeba przyznać, że Skryba miał niezliczoną ilość pomysłów: zaprzęgi dla ptaków, które miałyby ciągnąć latające statki, gigantyczne soczewki koncentrujące promienie słoneczne w celu podpalenia armii przeciwnika. Niektóre ilustracje świadczyły niezbicie o przekonaniu autora, że warstwa atmosfery rozciąga się poza księżyc. Skryba wyjaśniał każdy ze swoich pomysłów, podając najdrobniejsze szczegóły, wskazując na rysunki i entuzjastycznie klepiąc ją po rękach.

— Tak więc dostrzegasz te możliwości? Moje świeże spojrzenie w połączeniu ze sprawdzonymi rozwiązaniami z dannika. Kto wie, do jakich wspaniałych wynalazków może to doprowadzić.

Johanna zachichotała, mając przed oczyma wizję gigantycznych ptaków Skryby ciągnących na księżyc soczewki o średnicy kilku kilometrów. Wydawało się, że tamten bierze te odgłosy za wyraz aprobaty.

— Tak! To genialne, prawda? To mój ostatni pomysł, chociaż gdyby nie dannik, to nigdy bym na to nie wpadł. To „radio” pozwala na szybkie i dalekie przekazywanie dźwięku. Dlaczego więc nie połączyć go z siłą emisji naszych myśli. Cała sfora mogłaby myśleć tak, jakby wszyscy członkowie byli na jednym miejscu, chociaż w rzeczywistości znajdowaliby się w odległości setek… tych, no… kilometrów od siebie.

To było całkiem sensowne! Ale jeśli sporządzenie prochu strzelniczego miało zająć kilka miesięcy, chociaż właściwy wzór był znany w całości, ileż dziesięcioleci musiałoby minąć, żeby udało się skonstruować takie radio? Skryba był istnym gejzerem poronionych pomysłów. Zgodziła się wytrzymać jego słowotok przez ponad godzinę. Przez większość czasu plótł okropne bzdury, ale rozmowa z nim był najmniej dziwacznym doświadczeniem tego roku.

W końcu jego inwencja zaczynała się wyczerpywać. Pomiędzy kolejnymi zdaniami zaczęły pojawiać się coraz dłuższe przerwy. Coraz częściej także pytał ją o zdanie. Wreszcie zakończył.

— To była bardzo przyjemna rozmowa, prawda?

— Hmm, tak, fascynująca.

— Wiedziałem, że moje pomysły ci się spodobają. Myślę, że jesteś taka sama jak sfory. To nieprawda, że jesteś zła, przynajmniej nie przez cały czas…

— Co chcesz przez to powiedzieć? — Gwałtownym ruchem zepchnęła z kolan ułożony na nich pysk i wstała. Sfora niby-psów cofnęła się, przysiadła na zadach i spojrzała na nią.

— To znaczy… jasne, ze musi być w tobie wiele nienawiści do nas. Ale ty sprawiasz wrażenie, jakbyś przez cały czas była na nas wściekła, a to właśnie my próbujemy ci pomóc! Po dniu pracy przychodzisz tutaj, nie chcesz rozmawiać z nami, aczkolwiek widzę teraz, że dużo w tym było naszej winy. Chciałaś, żebyśmy przychodzili do ciebie, ale byłaś zbyt dumna, by nam to powiedzieć. Jak widzisz znam się na charakterach. Mój przyjaciel, ten, którego nazywasz Strupiarzem, to naprawdę miły gość. Mogę ci to zaręczyć i wiem, że jako moja nowa przyjaciółka na pewno mi uwierzysz. On także bardzo chciałby przychodzić do ciebie z wizytą… Och!