Wszyscy mieszkańcy Snycerii dobrze znali Wendacjusza, ale raczej ze złej strony. Istniał już od ponad wieku, powstał z fuzji potomstwa Snycerza i jego dwóch strategów. We wczesnych dekadach życia zarządzał miejskimi tartakami. Wprowadził kilka sprytnych ulepszeń w konstrukcji koła wodnego. Nieraz romantyczna dusza kazała mu się wikłać w miłosne sidła — przeważnie z politykami i mówcami. Jego nowi członkowie, którymi powoli zastępował starych, coraz bardziej popychali go ku karierze publicznej. Przez ostatnie trzydzieści lat jego głos bardzo się liczył w Radzie Snycerii, przez ostatnie dziesięć piastował funkcję marszałka dworu. W obu wypadkach zawsze popierał gildie i wolny handel. Chodziły słuchy, że jeśli Snycerka kiedykolwiek abdykuje lub umrze w całości, Wendacjusz może zostać następnym Lordem Przewodniczącym Rady. Wielu sądziło, że byłoby to najlepsze rozwiązanie po takiej tragedii — aczkolwiek pompatyczne tyrady Wendacjusza od dawna były utrapieniem całej Rady.
Taki był publiczny wizerunek Wendacjusza. Każdy, kto choć trochę znał się na sprawach bezpieczeństwa, bez trudu domyśliłby się, że marszałek zawiadywał także wywiadem Snycerii. Bez wątpienia miał dziesiątki informatorów w młynach i dokach. Ale Skryba wiedział już, że to tylko przykrywka. Pomyśleć tylko — mieć agentów w ścisłej elicie wyznawców Ociosa, znać na wylot plany wroga, ich obawy, słabe punkty, mieć możliwość wszelkiej manipulacji! Wendacjusz był po prostu nieprawdopodobnie sprytny. Z przykrością Skryba musiał uznać jego niewątpliwy geniusz.
Tymczasem jednak… cała ta wiedza jeszcze nie gwarantowała zwycięstwa. Nie wszystkimi planami przywódców ruchu dało się bezpośrednio zawiadywać z góry. Niektóre operacje przeprowadzane na niższym poziomie mogą pozostawać nieznane i przy sprzyjających okolicznościach… a tymczasem wystarczy jedna strzała, aby całkowicie zabić Johannę Olsndot!
Tu właśnie Skryba Jaqueramaphan widział sposobność, by dowieść swojej wartości.
Poprosił, by pozwolono mu przeprowadzić się do pokoju położonego wewnątrz murów obronnych zamku, na trzecim piętrze. Nie miał problemów z uzyskaniem zgody. Jego nowa kwatera była dużo mniejsza od poprzedniej i miała dość prymitywnie obite ściany. Pojedyncze okienko strzelnicze dawało niewielki widok na tereny zamkowe. Ale zważywszy na nowe zamiary Skryby, pokoik ten wydawał się idealny. Następne kilka dni Skryba poświęcił na przekradanie się po wszystkich zamkowych przejściach. Główne ściany murów obronnych miały z boków tunele szerokie na piętnaście cali, wysokie na trzydzieści. Skryba mógł w zasadzie dostać się do każdego miejsca murów nie zauważony z zewnątrz. Rozciągał się w pojedynczy rząd i szedł gęsiego od jednego tunelu do drugiego, co jakiś czas na parę chwil zaglądając na wały i tam prześlizgując się między blankami.
Oczywiście nieraz natknął się na straże, ale na ogół przebywał wewnątrz murów… i przypatrywał się stróżującym żołnierzom. Wartownicy wiedzieli, że wciąż krąży wokół nich, ale według Skryby nie mieli najmniejszego pojęcia o dalekosiężnych celach jego wysiłków. Była to ciężka praca, która narażała go na ciągłe przebywanie w zimnych pomieszczeniach, ale warta wszelkich poświęceń. Za cel życiowy Skryba stawiał sobie dokonanie czegoś spektakularnego i wartościowego. Istniał wszakże pewien problem: otóż jego pomysły były na ogół tak skomplikowane, że inne sfory — nawet te, które bardzo szanował — nie były w stanie ich zrozumieć. To właśnie zadecydowało o niepowodzeniu spotkania z Johanną. Cóż, za kilka dni porozmawia z Wendacjuszem, a wtedy…
Podczas gdy dokonywał ukradkowych obserwacji zza węgłów i otworów strzelniczych, dwóch jego członków przycupnęło, by porobić notatki. Po dziesięciu dniach na posterunku miał wystarczająco wiele materiałów, by zadziwić nawet Wendacjusza.
Oficjalną rezydencję Wendacjusza otaczały pomieszczenia dla adiutantów i straży. Nie było to zbyt dobre miejsce do składania sekretnej oferty. Poza tym Skryba miał już niemiłe doświadczenia z pierwszej próby złożenia bezpośredniej wizyty. Całymi dniami czekało się na wyznaczenie spotkania, a im większą okazywało się cierpliwość, im więcej dokładało się starań, by postępować zgodnie z przepisami, tym bardziej tępi biurokraci traktowali petenta jak zero.
Ale Wendacjusz miewał chwile samotności. Zachodził wtedy na małą wieżyczkę w starej części murów, graniczącej z lasem. Późnym wieczorem, po jedenastu dniach obserwacji, Skryba usadowił się i czekał. Minęła godzina. Wiatr zelżał. Znad portu nadciągnęła gęsta mgła. Pokryła stare mury wilgocią przypominającą mętną morską pianę. Dokoła zapadła głęboka cisza — jak zawsze w tak gęstej mgle. Skryba markotnie snuł się po wieżyczce z nosami przy ziemi. Budowla była całkiem zrujnowana. Kawałki zaprawy chrzęściły mu pod pazurami. Wyglądało na to, że bez trudu dałoby się wyciągnąć niektóre kamienie z muru. Do Ucha! Może Wendacjusz zmienił plany i nie przyjdzie tu dzisiejszego wieczoru.
Ale Skryba odczekał jeszcze pół godziny… i jego cierpliwość została nagrodzona. Usłyszał chrobot stali na spiralnych schodkach. Nie słyszał żadnych odgłosów myśli, mgła była na to zbyt gęsta. Minęła minuta. Wreszcie klapę wejściową uchylono, a w otworze ukazała się jedna głowa.
Nawet w gęstej mgle dał się słyszeć przenikliwy, gniewny syk zaskoczonego Wendacjusza.
— Spokojnie, panie! To tylko ja, wierny Jaqueramaphan. Głowa śmielej wysunęła się z otworu.
— Cóż wierny obywatel może robić w tym miejscu?
— Przyszedłem tu, aby się z tobą zobaczyć — powiedział Skryba, śmiejąc się — w twoim tajnym biurze. Wejdź, panie. Przy tej mgle starczy miejsca dla nas dwóch.
Jeden po drugim członkowie Wendacjusza przeciskali się przez otwór prowadzący na wieżyczkę. Niektórym ledwo się to udawało, ich noże i biżuteria zahaczały o obramowanie włazu, Wendacjusz nie należał do najszczuplejszych. Szef służb bezpieczeństwa ustawił się rzędem po drugiej stronie wieżyczki. Taka postawa wyrażała podejrzliwość. W niczym nie przypominał tej nadętej, protekcjonalnej sfory z oficjalnych spotkań. Skryba uśmiechnął się. Niewątpliwie udało mu się zwrócić na siebie uwagę tamtego.
— Więc? — spytał Wendacjusz płaskim głosem.
— Panie. Chciałbym zaoferować moje usługi. Jak mniemam, sama moja obecność tutaj wskazuje na to, iż mogę się bardzo przydać służbom bezpieczeństwa Snycerii. Któż inny prócz utalentowanego profesjonalisty mógł wykryć, że używasz tego miejsca jako swego sekretnego gabinetu?
Wyglądało na to, że Wendacjusz powoli się rozluźnia. Uśmiechnął się kwaśno.
— Rzeczywiście! Przychodzę tu właśnie dlatego, że tej części starych murów nie sposób zobaczyć z żadnego miejsca w zamku. Dzięki temu mogę… rozkoszować się widokiem wzgórz i przez chwilę poczuć się wolnym od nudnej biurokratycznej rutyny.
Jaqueramaphan pokiwał głowami.
— Rozumiem, panie. Ale mylisz się w jednym szczególe. — Wskazał na jakiś punkt znajdujący się za szefem służb bezpieczeństwa. — Teraz nie da się dostrzec z powodu mgły, ale na murach od strony portu jest jedno miejsce, które leży w jednej linii z tą wieżyczką.
— No i co z tego? Któż mógłby dojrzeć cokolwiek z… ach, rzeczywiście, ty masz przecież ten swój przyrząd, który przywiozłeś z republiki!