Spojrzał na nią zaskakująco niechętnie, zanim ponownie wbił wzrok w dywan.
— Moja królowo, wybacz mi, ale zaskoczony jestem, że wciąż przebywasz w swoich apartamentach, biorąc pod uwagę poranne wieści.
— Jakie wieści?
Dobrze byłoby się dowiedzieć czegoś nowego prócz plotek Alteimy z taireniańskiego dworu. Czasami miała wrażenie, że jest coś jeszcze, o co chciała tamtą spytać, ale kończyło się na plotkowaniu, a przecież, nie pamiętała, by kiedykolwiek oddawała się takim zajęciom. Gaebril zdawał się z przyjemnością ich słuchać, siedząc na swoim wysokim krześle przed kominkiem, ze skrzyżowanymi nogami i uśmiechem zadowolenia na twarzy. Alteima zaczęła nosić raczej śmiałe suknie; Morgase musi jej zwrócić na to uwagę. Miała niejasne wrażenie, że już o tym wcześniej pomyślała.
„Nonsens. Gdyby tak było, już bym z nią porozmawiała”.
Potrząsnęła głową, zdając sobie sprawę, że całkowicie zapomniała o młodym oficerze, który przecież zaczął coś mówić i przerwał, kiedy zorientował się, że go nie słucha.
— Opowiedz mi raz jeszcze. Zamyśliłam się. I wstań.
Podniósł się, z twarzą wykrzywioną gniewem, spojrzał na nią płonącymi oczyma, po czym natychmiast spuścił wzrok. Powiodła wzrokiem za jego spojrzeniem i zarumieniła się; jej suknia była doprawdy wycięta wyjątkowo nisko. Ale Gaebril lubił, jak takie nosiła. Pomyślawszy o nim, natychmiast przestała się przejmować, że oto niemalże naga przyjmuje jednego ze swoich oficerów.
— Tylko krótko — powiedziała lakonicznie.
„Tak on się ośmielił patrzeć na mnie w ten sposób? Powinnam go kazać wychłostać”.
— Cóż to za ważne wieści, skoro sądzisz, iż możesz wejść do mojego salonu niczym do tawerny? — Jego twarz pociemniała, ale czy to z jak najbardziej stosownego wstydu, czy z gniewu, nie potrafiła stwierdzić.
„Jak on śmie się gniewać na swoją królową? Czy temu człowiekowi wydaje się, że nie mam nic innego do roboty niźli słuchać tego, co on ma do powiedzenia?”
— Bunt, moja królowo — powiedział bezbarwnym głosem i natychmiast wszystkie myśli o gniewie i spojrzeniach ulotniły się.
— Gdzie?
— W Dwu Rzekach, moja królowo. Ktoś wzniósł stary sztandar Manetheren, Czerwonego Orła. Dziś rano przybył posłaniec z Białego Mostu.
Morgase zabębniła palcami po książce jej myśli od dawna nie były tak jasne. Coś na temat Dwu Rzek, jakaś iskra w pamięci, której nie potrafiła rozdmuchać na tyle, by wybuchnęła płomieniem wspomnienia. Tamten region ledwie można było nazwać częścią Andoru i to już od wielu pokoleń. Ona i trzy królowe przed nią miały ogromne trudności z utrzymaniem choćby minimum kontroli nad górnikami i hutnikami z Gór Mgły, ale nawet tego minimum nie udałoby się zachowa, gdyby istniała jaka inna droga transportu metali, która nie przebiegałaby przez Andor. Wybór między złotem, żelazem oraz innymi metalami z kopalń, a wełną i tytoniem z Dwu Rzek nie był trudny. Jednak otwarty bunt, nawet w tej części domeny, którą władała wyłącznie na mapie, mógł rozprzestrzeniać się niczym pożar lasu do miejsc, które były faktycznie w jej posiadaniu. Poza tym Manetheren zniszczone podczas Wojen z Trollokami, Manetheren z legend i opowieści, wciąż było żywe w umysłach niektórych ludzi. A zresztą Dwie Rzeki były jej. Nawet jeśli ,już od tak dawna pozwolono im iść swoją własną drogą, wciąż stanowiły część królestwa.
— Czy lord Gaebril został już poinformowany? — Oczywiście, że nie. Przecież najpierw przyszedłby do niej z wieściami i propozycjami, co należy dalej począć. Jego propozycje były zawsze wyjątkowo celne.
„Propozycje?”
W jakiś sposób zdało jej się, że przypomina sobie, jak on mówi jej, co ma robić. To było, rzecz jasna, niemożliwe.
— Został, moja królowo. — Głos Tallanvora wciąż był wyprany z emocji, w przeciwieństwie do twarzy, na której dalej tlił się gniew. — Śmiał się. Powiedział, że z tymi Dwoma Rzekami są same kłopoty i że będzie trzeba pewnego dnia coś z tym zrobić. Nazwał całą tę sprawę drobną niedogodnością, która będzie musiała poczekać, aż załatwione zostaną ważniejsze problemy.
Książka spadła na posadzkę, kiedy Morgase poderwała się z krzesła. Miała wrażenie, że w przelocie widzi pełny satysfakcji uśmiech Tallanvora, gdy przemykała obok niego. Od służącej dowiedziała się, gdzie może znaleźć Gaebrila, pomaszerowała więc prosto na otoczony kolumnami dziedziniec z marmurową fontanną i basenem pełnym kwiatów lilii oraz ryb. Było tam chłodniej, więcej cienia.
Gaebril siedział na szerokiej białej balustradzie fontanny, otoczony przez lordów i damy. Rozpoznała mniej niż połowę twarzy. Ciemnowłosy, o kwadratowym obliczu Jarid z Domu Sarand oraz jego kłótliwa żona z włosami barwy miodu, Elenia. Ta wdzięcząca się Arymilla z Domu Marne i jej puste brązowe oczy zawsze szeroko otwarte w udawanym zainteresowaniu, a także kościsty, obdarzony twarzą kozła Masin z Domu Caern, który napastował wszystkie kobiety, jakie udało mu się przyprzeć do ściany, mimo że na głowie miał już tylko rzadkie kępki siwych włosów. Naean z Domu Arawn, jak zwykle z paskudnym grymasem szpecącym jej delikatną urodę, oraz Lir z Domu Baryn, nędzna żmija, na dodatek jeszcze z mieczem przy boku, i Karind z Domu Anshar, z tym samym pustym spojrzeniem, o którym ktoś kiedyś powiedział, że pogrzebało trzech mężów. Pozostałych w ogóle nie znała, co było dość dziwne, ale nawet wyżej wymienionych nigdy nie wpuszczała do pałacu, wyjąwszy uroczystości państwowe. Wszyscy opowiedzieli się przeciwko niej podczas Sukcesji. Elenia i Naean chciały Tronu Lwa dla siebie. Co Gaebril zamierzał osiągnąć, zbierając ich tutaj razem?
— ...zasięg naszych posiadłości w Cairhien, mój panie -usłyszała Morgase, podchodząc bliżej. Mówiła Arymilla, pochylając się nad Gaebrilem. Nikt nie poświęcił jej więcej jak tylko przelotne spojrzenie. Jakby była służącą, która przyniosła wino!
— Chciałabym omówić z tobą kwestię Dwu Rzek, Gaebrilu. Na osobności.
— To jest już załatwione, moja droga — odrzekł niedbale, przebierając palcami w wodzie. — Zajmują mnie teraz inne rzeczy. Sądzę, że powinnaś udać się do siebie i ze względu na panujący upał poświęcić dzień na lekturę. Przeczekać najgorszy żar, zanim wieczór przyniesie chłód, tak byłoby najlepiej.
Moja droga. Nazwał ją swoją drogą w obecności tych wszystkich natrętów! Tak bardzo lubiła, jak wypowiadał te słowa, kiedy byli sami... Elenia zakryła usta dłonią.
— Sądzę, że nie, lordzie Gaebrilu — chłodno oznajmiła Morgase. — Pójdziesz ze mną teraz. A wszyscy tu obecni opuszczą natychmiast pałac, ma nie być po nich śladu, kiedy wrócę. W przeciwnym razie zostaną pozbawieni prawa pobytu w Caemlyn.
Gaebril wstał nagle, zagórował nad nią. Nie była w stanie patrzeć na cokolwiek innego jak tylko w jego ciemne oczy; poczuła dreszcz przebiegający po skórze, jakby na dziedzińcu powiał lodowato zimny wiatr.
— Pójdziesz i zaczekasz na mnie u siebie, Morgase. — Jego głos niby odległy, ściszony ryk grzmotu wypełnił jej uszy. — Zająłem się wszystkim, czym trzeba się było zająć. Przyjdę do ciebie dzisiejszego wieczora. Teraz idź już sobie. Masz odejść!
Stała z jedną dłonią na klamce drzwi wiodących do jej salonu, zanim uświadomiła sobie, gdzie jest. I co się stało. Powiedział jej, by sobie poszła, a ona go posłuchała. Wpatrując się z przerażeniem w drzwi, potrafiła sobie w tej chwili przypomnieć uśmiechy na twarzach mężczyzn, nieskrywane wybuchy radości niektórych kobiet.
„Co się ze mną stało? Jak mogłam do tego stopnia dać się opętać jakiemuś mężczyźnie?”
A jednak wciąż czuła wewnętrzny nakaz wejścia do środka i zaczekania na niego.
Oszołomiona, zmusiła się, by zawrócić i odejść. Co wymagało nie lada wysiłku. Wewnątrz aż kuliła się ze strachu na myśl, jakie będzie rozczarowanie Gaebrila, kiedy nie zastanie jej tam, gdzie oczekiwał, zdawszy zaś sobie sprawę z tych służalczych myśli, zadrżała jeszcze mocniej.