Początkowo nie miała najmniejszego pojęcia, dokąd zmierza i dlaczego, wiedziała tylko, że nie będzie posłusznie czekać, nie na Gaebrila, ani na żadnego mężczyznę czy kobietę w tym świecie. Przed oczyma wciąż stał jej obraz tego dziedzińca z fontanną, on rozkazujący jej odejść, i te nienawistne, rozbawione twarze patrzących. Jej myśli wciąż spowijała mgła. Nie potrafiła pojąć, w jaki sposób albo dlaczego dopuściła do tego. Musiała pomyśleć o czymś, co będzie mogła zrozumieć, o czymś, z czym będzie umiała sobie poradzić. Jarid Sarand i tamci.
Kiedy wstąpiła na tron, przebaczyła im to, czego dopuścili się podczas Sukcesji, przebaczyła wszystkim, którzy występowali przeciwko niej. Wydawało się, że. lepiej będzie pogrzebać wszelkie animozje, zanim zdążą rozkwitnąć tym rodzajem spisków i knowań, które skaziły tak wiele krajów. Nazywano to Grą Domów — Daes Dae’mar - czy też Wielką Grą, a prowadziła ona do nie kończących się, splątanych waśni między Domami, do obalania władców; Gra była sercem wojny domowej w Cairhien, a bez wątpienia stanowiła po części przyczynę zamętu, który ogarnął Arad Doman i Tarabon. Przebaczenie, którego udzieliła tamtym, miało nie dopuścić do powstania i rozkwitu Daes Dae’mar w Andorze, ale gdyby jednak chciała wówczas nie podpisać jakichś aktów łaski, byłyby to pergaminy z tymi siedmioma nazwiskami.
Gaebril wiedział o tym. Publicznie nie okazywała nikomu swej niełaski, jednak prywatnie chciała rozmawiać o tych, którym nie ufała. Zmuszono .ich, więc otworzyli usta i zaprzysięgli wierność lenną, ale słyszała kłamstwo na ich językach. Każdy skorzystałby z najmniejszej szansy, by strącić ją z tronu, cała zaś siódemka razem...
Mógł z tego wynikać tylko jeden wniosek. Gaebril spiskował przeciwko niej. Nie mogło chodzić o osadzenie Elenii czy Naean na tronie.
„Nie, bo już ma mnie” — pomyślała gorzko — „a ja zachowuję się niczym wierny piesek”.
Najprawdopodobniej chciał ją zastąpić. Żeby zostać pierwszym królem w dziejach Andoru. Ale wciąż czuła pragnienie powrotu do swej książki i zaczekania, aż do niej przyjdzie. Wciąż do bólu tęskniła za jego dotykiem.
Dopiero gdy zobaczyła postarzałe twarze otaczające ją w korytarzu, pomarszczone policzki i często przygięte plecy, zrozumiała, gdzie się znalazła. Kwatery Emerytów. Niektórzy służący wracali do swych rodzin, kiedy się starzeli. ale pozostali od tak dawna mieszkali w pałacu, że nie potrafili sobie wyobrazić innego życia. Tutaj mieli swoje skromne apartamenty, swój własny ocieniony ogród i przestrzenny dziedziniec. Jak wszystkie królowe przed nią, dopłacała do ich pensji, pozwalając kupować pożywienie w kuchniach pałacowych po niższej cenie oraz leczyć choroby w infirmerii. W ślad za nią szły sztywne i drżące ukłony oraz szepty w rodzaju: „Niech cię Światłość oświeca, moja królowo”, „Niech cię Światłość błogosławi, moja królowo” czy „Niech cię chroni Światłość, moja królowo”. Odpowiadała na nie mechanicznie. Teraz już wiedziała, dokąd idzie.
Drzwi pokoju Lini niczym nie różniły się od pozostałych umieszczonych w równych odstępach wzdłuż wykładanego zielonymi płytkami korytarza, nie ozdobione niczym prócz reliefu przedstawiającego Lwa Andoru. Nawet nie pomyślała o tym, by zapukać, wchodząc; była królową, a to był jej pałac. Starej piastunki nie było w środku, ale czajnik z wodą na herbatę buchający parą nad małym ogniem płonącym na ceglanym kominku świadczył, że niedługo wróci.
Dwa ciasne pomieszczenia były wygodnie umeblowane, łóżko zaścielone w idealny sposób, dwa krzesła dokładnie przysunięte do stołu, na którym stał mały wazonik z bukietem zielonych roślin. Lini zawsze była niesamowicie schludna. Morgase mogła się założyć, że w niewielkiej szafie w sypialni każda suknia leży równo ułożona obok innych, to samo z pewnością dotyczyło garnków w kredensie stojącym przy kominku.
Sześć malowanych miniatur z kości słoniowej w małej drewnianej gablocie wyznaczało dokładnie linię gzymsu nad kominkiem. W jaki sposób Lini udało się je nabyć za pensję piastunki, Morgase nie wiedziała; oczywiście, nigdy nie zapytałaby jej o to. Ustawione parami, przedstawiały trzy młode kobiety oraz ich podobizny z dzieciństwa. Była tu Elayne, była i ona. Wzięła do ręki swoją podobiznę zrobioną w wieku czternastu lat; szczupła dziewczynka, nie potrafiła teraz uwierzyć, że mogła wówczas wyglądać tak niewinnie. W dniu, kiedy wyruszyła do Białej Wieży, miała na sobie tę jedwabną suknię w kolorze kości słoniowej i nawet nie śniła o tym, że zostanie królową, w sercu tylko chowała próżną nadzieję, iż może stanie się Aes Sedai.
Nieświadomym ruchem przekręciła pierścień z Wielkim Wężem, noszony na placu lewej ręki. Ściśle rzecz biorąc, nie należał jej się; kobiety, które nie potrafiły przenosić, nie miały prawa do pierścienia. Ale wkrótce po swych szesnastych imieninach powróciła do domu, by ubiegać się o Różaną Koronę w imieniu Domu Trakand, a kiedy dwa lata później wstępowała na tron, podarowano jej pierścień. Zgodnie z tradycją, Dziedziczka Tronu Andoru zawsze pobierała nauki w Wieży, a dla potwierdzenia dawnej przyjaźni Andoru dla Wieży otrzymywała pierścień, niezależnie od tego, czy potrafiła przenosić czy nie. Ona była jedynie dziedziczką Domu Trakand w Wieży, ale dały jej pierścień, kiedy Różana Korona spoczęła na jej skroniach.
Odłożyła na miejsce swoją podobiznę i zdjęła wizerunek matki, zrobiony kiedy była może dwa lata starsza od niej. Lini była piastunką trzech pokoleń kobiet Trakand. Maighdin Trakand była naprawdę piękna. Morgase pamiętała jej uśmiech, widziała, jak rozpromienia się macierzyńską miłością. To Maighdin powinna zasiąść na Tronie Lwa. Ale gorączka zabrała ją, a młoda dziewczyna nagle stała się Głową Domu Trakand w samym środku walki o tron, mogąc początkowo oczekiwać pomocy tylko od swoich domowników i barda Domu.
„Zdobyłam Tron Lwa. Nie oddam go i nie pozwolę, by mi go zabrał mężczyzna. Od tysiąca lat królowe władały Andorem, nie pozwolę, by teraz miało się to skończyć!”
— Znowu szperasz w moich rzeczach, co, dziecko? Dźwięk tych słów i brzmienie głosu wyzwoliło dawno zapomniane odruchy. Morgase schowała miniaturę za plecami, nim zdała sobie sprawę z tego, co czyni. Smętnie pokręciła głową i odstawiła podobiznę z powrotem do gabloty.
— Nie jestem już małą dziewczynką, Lini. Nie wolno ci o tym zapominać, bo w przeciwnym razie pewnego dnia powiesz coś, z czego będę musiała wyciągnąć konsekwencje.
— Mój kark jest chudy i stary — powiedziała Lini, kładąc na stole siatkę pełną marchwi i rzepy. W swej schludnej szarej sukni wyglądała bardzo krucho, siwe włosy upięła w kok, skóra opinająca wąską twarz przypominała pergamin, jednak trzymała się prosto, jej głos był jasny i mocny, a ciemne oczy patrzyły równie przenikliwie jak zawsze. — Nie widzę przeszkód, jeżeli zechcesz oddać mnie katu. Załatwiłam już prawie. wszystkie swoje sprawy. „Na poskręcanej starej gałęzi stępi się ostrze; które łatwo ścina młode drzewko.
Morgase westchnęła. Lini nigdy się nie zmieni. Nie ukłoniłaby się przed nią nawet w obecności całego dworu.
— Im jesteś starsza, tym trudniej cię strawić. Nie mam wcale pewności, czy kat zdołałby znaleźć topór wystarczająco ostry na twój kark.
— Od pewnego czasu przestałaś do mnie przychodzić, więc pewnie musisz teraz powziąć jakąś decyzję. Kiedy byłaś mała... i później też... zawsze przychodziłaś do mnie, jeśli nie potrafiłaś sobie z czymś poradzić. Mogę zaparzyć herbaty?