— Tu chodzi o coś więcej niż tylko o Gaebrila i te jego kobiety, nieprawdaż?
— Idź już, Lini. I pośpiesz się. Zostało mało czasu.
Po długości cieni w pełnym drzew ogrodzie, który widziała za oknem, mogła osądzić, że słońce minęło już najwyższy punkt swej wędrówki po nieboskłonie. Wielkimi krokami zbliżał się wieczór. Pora, kiedy Gaebril zacznie jej szukać.
Po wyjściu Lini Morgase nie ruszyła się z krzesła. Nie odważyła się wstać; odzyskała już władzę w kolanach, ale obawiała się, że jeśli zacznie chodzić, zatrzyma się dopiero w swym salonie, czekając na Gaebrila. Ten nakaz był tak silny, szczególnie gdy zostawała sama. A kiedy tylko on spojrzy na nią, kiedy jej dotknie, bez wątpienia przebaczy mu wszystko. Może nawet zapomni o wszystkim, biorąc pod uwagę, jak rozmyte i fragmentaryczne były jej wspomnienia z ostatnich dni, miesięcy. Gdyby nie wiedziała, że to niemożliwe, pomyślałaby, iż w jakiś sposób stosował wobec niej Jedyną Moc, ale żaden z mężczyzn potrafiących przenosić nie dożywał jego wieku.
Lini często powtarzała jej, że zawsze znajdzie się na świecie taki mężczyzna, dla którego kobieta będzie zachowywać się jak pozbawiona mózgu idiotka, ale nigdy nie sądziła, iż coś takiego może się jej przydarzyć. To prawda, kiepsko wybierała sobie mężczyzn, chociaż w swoim czasie wydawali się właściwi.
Taringaila Damodreda poślubiła dla racji politycznych. Był mężem Tigraine, Dziedziczki Tronu, która zniknęła, co było powodem wszczęcia Sukcesji po śmierci Modrellein. Wychodząc za niego za mąż, ustanawiała swego rodzaju więź z dawną królową, zagłuszając tym samym wątpliwości większości swych oponentów, a co ważniejsze, przypieczętowując przymierze, które kończyło ciągłe wojny z Cairhien. W ten właśnie sposób królowe wybierają sobie mężów. Taringail był zimnym mężczyzną, zachowującym dystans względem każdego i nigdy właściwie nie było między nimi miłości, choć spłodzili dwoje wspaniałych dzieci; niemal z ulgą powitała wieść o jego śmierci podczas polowania.
Thomdril Merrilin, bard Domu Trakand i nadworny bard Andoru, z początku był zabawką, inteligentny i mądry, wiecznie uśmiechnięty człowiek, który stosował sztuczki Gry Domów, by pomóc jej zasiąść na tronie, a potem umocnić Andor. Był dwukrotnie od niej starszy, jednak mogła wyjść za niego — w Andorze mariaże ze zwykłymi ludźmi nie były niczym niezwykłym — ale zniknął bez słowa, a ona nie potrafiła utrzymać na wodzy swych namiętności, które przyćmiły wówczas lepsze strony jej charakteru. Nigdy się nie dowiedziała, dlaczego odszedł, ale teraz to i tak nie miało znaczenia. Kiedy na koniec wrócił, z pewnością uchyliłaby nakaz aresztowania, ale gdy się spotkali, zamiast delikatnie załagodzić jej gniew, jak to miał w zwyczaju, na ostre słowa odpowiedział podobnie, mówiąc rzeczy, których nigdy nie mogła mu wybaczyć. Wciąż czuła, jak palą ją uszy na wspomnienie tego dnia, gdy nazwał ją rozpieszczonym dzieckiem i kukiełką Tar Valon. Nawet nią potrząsnął, swoją królową!
Potem był Gareth Bryne, silny, uzdolniony, prostoduszny jak jego twarz i równie uparty jak ona; okazał się na koniec zdradzieckim głupcem. Na dobre już przegnała go ze swego życia. Wydawało się jej, że minęły lata, odkąd ostatni raz go widziała, a przecież było to niewiele ponad pół roku.
I na koniec Gaebril. Ukoronowanie szeregu jej złych wyborów. Przynajmniej pozostali nie chcieli odebrać jej korony.
Niewielu mężczyzn jak na życie kobiety, jednak z drugiej strony, aż nazbyt wielu. Lini powiadała, że mężczyźni nadają się tylko do trzech rzeczy, a za to są w nich bardzo dobrzy. Dopiero gdy zasiadła na tronie, Lini uznała, że jest na tyle dorosła, by dowiedzieć się, jakie to są rzeczy.
„Przypuszczalnie gdybym poprzestała na tańcu” — pomyślała gniewnie — „nie miałabym z nimi tylu kłopotów”.
Cienie w ogrodzie za oknem wskazywały upływ dobrej godziny, zanim Lini powróciła z młodym Tallanvorem, który przykląkł na kolano, kiedy tamta jeszcze zamykała drzwi.
— Najpierw nie chciał ze mną pójść — oznajmiła. — Zapewne pięćdziesiąt. lat temu, gdy mogłam mu pokazać to samo, co ty teraz obnażasz przed światem, pomknąłby za mną rączo, dziś jednak musiałam odwołać się do pomocy słodkich słówek.
Tallanvor odwrócił głowę i spojrzał na nią cierpko.
— Zagroziłaś mi kijem, jeśli nie pójdę z tobą. Masz szczęście, że zaciekawiło mnie, co może być dla ciebie takie ważne, w przeciwnym razie kazałbym zawlec cię do infirmerii. — Jej ostre parsknięcie nie zbiło go z tropu. Przeniósł wzrok na Morgase i w jego spojrzeniu znowu pojawił się gniew. — Rozumiem, że spotkanie z lordem Gaebrilem nie przebiegło właściwie, moja królowo. Miałem nadzieję na... więcej.
Patrzył jej prosto w oczy, ale komentarz Lini sprawił, że znowu zdała sobie sprawę z tego, co ma na sobie. Miała wrażenie, że płonące strzały wbijają się w jej odsłonięte łono.
— Zadziorny z ciebie chłopiec, Tallanvorze. I wierzę, że lojalny, w przeciwnym razie nie przyszedłbyś do mnie z wieściami na temat Dwu Rzek.
— Nie jestem chłopcem — warknął, ale nie powstał z klęczek. — Jestem mężczyzną, który zaprzysiągł oddać swe życie w służbie królowej.
Nie wytrzymała i wyładowała na nim swój gniew.
— Jeżeli jesteś mężczyzną, to zachowuj się jak mężczyzna. Wstań i odpowiedz zgodnie z prawdą na moje pytanie. I pamiętaj, że ja naprawdę jestem twoją królową, młody Tallanvorze. Cokolwiek myślisz na temat zdarzeń, ja jestem władczynią Andoru.
— Wybacz mi, moja królowo. Słucham i jestem posłuszny. Słowa zostały właściwie wypowiedziane, nawet jeśli zabrakło w nich skruchy, ale postawa? Stał przed nią wyprostowany, z wysoko uniesioną głową i patrzył na nią tak samo wyzywająco, jak zawsze. Światłości, ten człowiek był bardziej uparty niż Gareth Bryne.
— Ilu lojalnych ludzi da się znaleźć wśród Gwardzistów w pałacu? Ilu wiernych swym przysięgom pójdzie za mną?
— Ja — powiedział cicho i nagle cały jego gniew zniknął, chociaż wciąż z napięciem wpatrywał się w jej oczy. — Jeżeli chodzi o pozostałych... Jeżeli chcesz znaleźć lojalnych żołnierzy, musisz szukać w zewnętrznych garnizonach, być może aż w Białym Moście. Niektórych wysłano wraz z rekrutami do Cairhien, ale ci, którzy zostali, są co do jednego ludźmi Gaebrila. Ich nowe... ich nowe przysięgi odnoszą się do tronu i prawa, nie zaś królowej.
Było gorzej niż myślała, ale w istocie czegoś takiego się spodziewała. Gaebril, cokolwiek o nim powiedzieć, nie był głupcem.
— A więc muszę się udać w jakieś inne miejsce, aby na powrót odzyskać władzę. — Domy trudno będzie z powrotem pozyskać po nałożonej na nie banicji, po tym co zrobiła Ellorien, ale trzeba tego dokonać. — Gaebril może próbować powstrzymać mnie przed opuszczeniem pałacu... — przypominała sobie słabo, że dwukrotnie próbowała uciec i za każdym razem Gaebril ją zatrzymywał — ...a więc ty przygotujesz dwa konie i będziesz czekał na ulicy za południowymi stajniami. Tam cię znajdę, ubrana do konnej jazdy.
— Zbyt wielu ludzi tam się kręci — powiedział. — I zbyt blisko. Ludzie Gaebrila mogą cię rozpoznać, niezależnie od tego, w co się przebierzesz. Znam jednego człowieka... czy będziesz umiała znaleźć gospodę zwaną „Błogosławieństwo Królowej”, w zachodniej części Nowego Miasta? — Nowe Miasto było nowe tylko w odniesieniu do Wewnętrznego Miasta.
— Dam sobie radę. — Nie lubiła, gdy się jej przeciwstawiano, nawet jeśli nie miała racji. Bryne również tak postępował. Przyjemnie będzie pokazać temu młodzieńcowi, jak umiejętnie potrafi się przebrać. Miała zwyczaj co roku — zdała sobie sprawę, że w tym roku jeszcze tego nie robiła — przebierać się za prostą kobietę i wędrować po ulicach, wyczuwając tętno swego ludu. Nikt nigdy jej nie rozpoznał. — Ale czy temu człowiekowi można zaufać, młody Tallanvorze?