— Basel Gill jest równie lojalny względem ciebie jak ja. — Zawahał się, po jego twarzy przemknął cień udręki, ale raz jeszcze wyparł ją gniew. — Dlaczego tak długo zwlekałaś? Musiałaś wiedzieć, a jednak czekałaś, dopóki Gaebril nie zacisnął swych rąk na gardle Andoru. Dlaczego tak długo czekałaś?
A więc to tak. Jego gniew rodził się z uczciwych motywów, domagał się więc uczciwej odpowiedzi. Tylko że ona sama nie znała żadnej, której mogłaby mu udzielić.
— Kwestionowanie postępowania królowej nie należy do twoich obowiązków, młody człowieku — oznajmiła na koniec, delikatnie i stanowczo jednocześnie. — Lojalny żołnierz, a za takiego cię uważam, służy, nie zadając pytań.
Wypuścił długo wstrzymywany oddech.
— Będę czekał na ciebie w stajni „Błogosławieństwo Królowej”, moja królowo. — I wykonawszy ukłon odpowiedni na oficjalną audiencję, wyszedł.
— Dlaczego przez cały czas nazywałaś go młodym? — chciała wiedzieć Lini, gdy tylko drzwi za tamtym się zamknęły. — Przez to cały sztywniał. „Tylko głupiec kładzie sobie oset pod siodło, zanim wyruszy w drogę”.
— On jest młody, Lini. Mógłby być moim synem.
Lini parsknęła i tym razem nie było to łagodne parsknięcie.
— Jest kilka lat starszy od Galada, a Galad jest za stary, żeby mógł być twój. Bawiłaś się lalkami, kiedy Tallanvor już się urodził i myślałaś, że dzieci się robi w taki sam sposób jak lalki.
Wzdychając, Morgase zastanawiała się, czy ta kobieta traktowała jej matkę w podobny sposób. Zapewne. A jeśli Lini pożyje na tyle długo, by Elayne zdążyła zasiąść na tronie — w co jakoś nie wątpiła; Lini będzie żyła wiecznie — zapewne nie będzie traktować Elayne inaczej. Bardziej już wątpliwe było, czy zostanie jakikolwiek tron, który mogłaby odziedziczyć jej córka.
— Pytanie brzmi, czy on jest tak lojalny, jak się wydaje, Lini? Jedyny wierny Gwardzista, kiedy wszyscy pozostali lojalni wobec mnie ludzie zostali odesłani z pałacu? Nagle wydało mi się to zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.
— Złożył nową przysięgę. — Morgase otworzyła już usta, ale Lini uprzedziła jej wątpliwości. — Widziałam go po tym, samotnego za stajnią. Dzięki temu wiedziałam o kim mówisz; poznałam jego imię. On mnie nie spostrzegł. Klęczał, łzy spływały mu po twarzy. Na przemian przepraszał ciebie i powtarzał słowa starej przysięgi. Nie tylko ze zwrotem „królowej Andoru”, lecz „królowej Andoru Morgase”. Przysięgał starym sposobem na swój miecz, nacinając ramię, aby dowieść, że wytoczy ostatnią kroplę krwi, zanim złamie przysięgę. Znam się trochę na mężczyznach, dziewczyno. Ten pójdzie za tobą z gołymi rękoma przeciwko całej armii.
Przyjemnie było się o tym dowiedzieć. Gdyby nie mogła mu ufać, w następnej kolejności powinna przestać wierzyć Lini. Nie, Lini nigdy. Przysięgał w dawny sposób? Coś takiego nadawało się do opowieści barda. Ale znowu przestała panować nad swymi myślami, znowu błąkały się samopas. Przecież Gaebril w tej chwili nie panował już całkiem nad jej umysłem. Czemu więc coś w niej pragnęło, by wróciła do salonu i zaczekała? Należało się skoncentrować.
— Potrzebuję prostej sukni, Lini. Takiej, która nie przylega zbyt dobrze do ciała. Odrobina sadzy z kominka...
Lini koniecznie chciała opuścić pałac razem z nią. Morgase musiałaby chyba przywiązać ją do krzesła, żeby powstrzymać przed pójściem za sobą; nie była jednak pewna, czy starsza kobieta dałaby się przywiązać, wyglądała na kruchą, ale w istocie okazywała się silniejsza, mimo pozorów jakie stwarzała jej mało imponująca postura. Kiedy wyślizgnęły się przez wąską boczną bramę, Morgase w niewielkim stopniu przypominała obecną królową Andoru. Odrobina sadzy przyczerniła jej rudozłote włosy, odebrała im połysk, sprawiając, że wyglądały na zupełnie zwyczajne. Pot spływający po twarzy również dodawał wyglądowi pospolitości. Nikt nie uwierzyłby, że królowe mogą się pocić. Bezkształtna suknia z grubej — bardzo grubej — szarej wełny, z rozciętymi spódnicami dopełniała przebrania. Nawet jej bielizna i pończochy utkane były z pospolitej wełny. Wyglądała na wieśniaczkę, która przyjechała koniem z zaprzęgu na jarmark, a teraz ma ochotę zobaczyć trochę miasta. Lini natomiast wyglądała jak to ona, ze sztywnym karkiem i bardzo serio, w sukni do konnej jazdy z zielonej wełny, dobrze skrojonej, lecz niemodnej co najmniej od dziesięciu już lat.
Żałując, że nie może się podrapać, Morgase żałowała także, że tamta za mocno wzięła sobie do serca jej uwagi dotyczące niezbyt dobrze dopasowanej sukni. Podczas wpychania jej poprzedniego stroju pod łóżko, stara piastunka wymruczała jakieś porzekadło o pokazywaniu towarów, których się nie ma zamiaru sprzedawać, kiedy zaś Morgase twierdziła, że to zmyśliła, odparła, iż jest tak stara, że każde zmyślone przez nią porzekadło ujdzie i tak za prawdziwe. Morgase była właściwie prawie pewna, iż ten nowy, wywołujący swędzenie, fatalnie skrojony ubiór, to kara za tamtą suknię.
Wewnętrzne Miasto zostało zbudowane na wzgórzach, ulice poprowadzono wedle naturalnych krzywizn terenu i zaplanowano tak, by nagle wychodziły na parki pełne drzew i pomników albo kryte dachówkami wieże lśniące setką kolorów w promieniach słońca. Nagłe prześwity prowadziły wzrok ponad całym Caemlyn aż ku pofałdowanym równinom i lasom za miastem. Morgase nie widziała nic, śpiesznie przepychając się przez tłumy zalegające ulice. Kiedy indziej próbowałaby słuchać, co mówią ludzie, wyczuwać ich nastroje. Tym razem jednak słyszała jedynie szum i gwar wielkiego miasta. Nie wpadła na pomysł poderwania ich do buntu. Tysiące ludzi uzbrojonych głównie w kamienie i własny gniew nie byłoby w stanie pokonać Gwardii w Królewskim Pałacu, ale gdyby nawet nie wiedziała o tym wcześniej, to rozruchy wiosną tego roku, dzięki którym spotkała Gaebrila, oraz rozruchy z poprzedniego roku pokazały jej jasno, do czego zdolny jest motłoch. Pragnęła władać Caemlyn, a nie oglądać zgliszcz.
Za białymi ścianami Wewnętrznego Miasta rozpościerało się Nowe Miasto o swoistej urodzie. Wysokie smukłe wieże z kopulami lśniącymi bielą i złotem, wielkie przestrzenie czerwonych dachów, górujące nad nimi zewnętrzne mury, bladoszare. paskowane srebrem i bielą. Szerokie bulwary przecięte w środku szerokimi pasami trawy i drzew, po których ciągnęli ludzie, powozy i fury. Z tego wszystkiego zauważyła przelotnie tylko, że trawa wysycha z braku deszczu, tak pochłonięta była bowiem poszukiwaniem pewnego miejsca.
Na podstawie doświadczenia nabytego podczas corocznych wycieczek ostrożnie wybierała ludzi. Głównie mężczyzn. Wiedziała, jak wygląda, nawet z sadzą na włosach, niektóre kobiety z czystej zazdrości mogłyby ją skierować w złą stronę. Mężczyźni z kolei wysilali swe umysły, aby wywrzeć na niej jak największe wrażenie. Żadnego jednak z nazbyt ubrudzoną twarzą czy szorstko wyglądającego. Ci pierwsi, zagadnięci, często zachowywali się obraźliwie, jakby sami nie poruszali się pieszo, drudzy zaś zdawali się sądzić, że kobieta pytająca o kierunek musi mieć coś innego na myśli.
Jeden z zapytanych, mężczyzna ze zbyt dużym podbródkiem, zachwalający tacę pełną igieł i szpilek, uśmiechnął się do niej i powiedział:
— Czy ktoś mówił ci już kiedyś, że odrobinę przypominasz królową? Narobiła nam zamieszania, ale jest przecież śliczna.
Odpowiedziała na to wyuzdanym uśmiechem, na który Lini zareagowała ostrym spojrzeniem.