Odrzucił da tyłu głowę i zaśmiał się.
— Czy o zadaniach, które zleca się takim jak ja, tacy jak ty są informowani? — Akcent rodzimego Lugardu znowu wyraźnie przebijał w jego głosie; rodzimego tylko w pewnym sensie. — Czy Wybrani mówią ci wszystko? — Coś w nim krzyczało, że nie jest to właściwy sposób postępowania, ale nienawidził Aes Sedai, a to coś wewnątrz niego nienawidziło ich również. — Bądź ostrożna, śliczna mała Aes Sedai, w przeciwnym razie bowiem oddadzą cię Myrddraalowi, żeby się z tobą zabawił.
Jej spojrzenie zmieniło się w dwa lodowe kolce, które wbiła w jego oczy.
— Zobaczymy, panie Fain. Uprzątnę ten bałagan po tobie, a potem zobaczymy, które z nas ma wyższe notowania u Wybranych.
Spojrzała na sztylet i wyszła z pomieszczenia. Powietrze wokół niego wciąż, pozostawało niewzruszone, więzy rozluźniły się dopiero po minucie.
W całkowitej ciszy warknął na samego siebie. Głupiec. Grać w grę Aes Sedai, płaszczyć się przed nimi, a potem jedna chwila gniewu i wszystko zniszczone. Przy chowaniu sztyletu do pochwy, zaciął się, oblizał ranę i dopiero potem wcisnął potworny przedmiot pod kaftan. W ogóle nie był tym, za kogo go uważała. Kiedyś był Sprzymierzeńcem Ciemności, ale teraz jest czymś innym. Czymś więcej. Jeśli uda się jej porozumieć z jednym z Przeklętych, zanim on zdała się jej pozbyć... Lepiej nie próbować. Nie ma już czasu na poszukiwanie Rogu Valere. Za miastem czekali na niego. Powinni jeszcze czekać. Napełnił ich dusze strachem. Miał wszakże nadzieję, że przynajmniej niektórzy z ludzi wciąż pozostają przy życiu.
Zanim wstało słońce, zdążył opuścić teren Wieży i wyspę, na której leżało Tar Valon. Al’Thor gdzieś tam był, gdzieś tam. A on na powrót stał się jednością.
20
Przełęcz Jangai
Pod majaczącymi gdzieś wysoko w mgle iglicami Grzbietu Świata, Rand prowadził Jeade’ena kamienistym zboczem, które od podnóża gór wiodło ku Przełęczy Jangai. Zęby Muru Smoka wgryzały się w niebo — w porównaniu z nim wszystkie pozostałe góry przypominały kopczyki ziemi — pokryte śniegiem szczyty zadawały kłam piekącemu upałowi popołudniowego słońca. Najwyższe z nich sterczały wysoko ponad chmury drwiące z Pustkowia obietnicą deszczu, który nigdy nie miał spaść. Rand nie potrafił sobie wyobrazić, dlaczego człowiek miałby się na nie wspinać, jednak powiedziano mu, że ci, którzy próbowali, musieli zawrócić pokonani przez strach i brak powietrza. Nietrudno było uwierzyć, że wspiąwszy się tak wysoko, człowiek może przestraszyć się do tego stopnia, iż nie będzie w stanie złapać tchu.
— ...jednak choć Cairhienanie są całkowicie pochłonięci Grą Domów — ciągnęła jadąca przy jego boku Moiraine — pójdą za tobą, dopóki będą widzieli twoją siłę. Bądź więc dla nich twardy, ale proszę cię, byś traktował ich sprawiedliwie. Władca, który potrafi być sprawiedliwy...
Próbował nie słuchać tego, co mówiła, podobnie zresztą ignorował pozostałych jeźdźców oraz skrzypienie osi i turkot kół wozów Kadere, które mozolnie pełzły jego śladem. Pokonali już kręte wąwozy i parowy Pustkowia, ale te poszarpane wzniesienia, niemalże równie nagie i jałowe, wcale nie były bardziej dogodne dla wozów. Od dwudziestu lat nikt nie podążał tą drogą.
Moiraine rozmawiała z nim w ten sposób niemalże od świtu do zmierzchu, oczywiście kiedy udzielał jej na to zgody. Jej wykłady dotyczyły bądź to rzeczy drobnych — szczegółów dworskiej etykiety, powiedzmy, w Cairhien czy Saldaei, albo gdziekolwiek indziej — bądź poważnych: politycznych wpływów Białych Płaszczy czy na przykład efektów, jakie może wywierać handel na decyzje władców dotyczące przystąpienia do wojny. Wyglądało tak, jakby postanowiła zapewnić mu wykształcenie godne arystokraty, i to zanim osiągną drugą stronę gór. Zaskakujące, jak często jej informacje i wnioski stanowiły odbicie czegoś, co każdy w Polu Emonda określiłby jako zwykły zdrowy rozsądek I jakże często bywało odwrotnie.
Od czasu do czasu zdarzało jej się powiedzieć coś naprawdę zaskakującego — na przykład, że nie powinien ufać żadnej kobiecie z Wieży z wyjątkiem jej samej, Egwene, Elayne i Nynaeve albo że Elaida jest teraz Zasiadającą na Tronie Amyrlin. Niezależnie od przysięgi posłuszeństwa nie chciała mu powiedzieć, jak się o tym dowiedziała. Poinformowała go tylko, że wieści te pochodzą od kogoś jeszcze innego i że ten ktoś sam mu ujawni ich źródło, jeśli uzna to za stosowne, ona zaś nie ma zamiaru zdradzać cudzych sekretów. Podejrzewał, że dowiedziała się tego ad spacerujących po snach Mądrych, chociaż gdy wysuwał wobec nich takie przypuszczenia., patrzyły mu prosto w oczy, odmawiając powiedzenia wprost tak albo nie. Żałował, iż nie może zmusić Mądrych, by złożyły przysięgę podobną do tej, do jakiej skłonił Moiraine; wciąż wtrącały się w sprawy jego i wodzów, jakby chciały, żeby tylko za ich pośrednictwem mógł się z nimi kontaktować.
W tej jednak chwili nie miał ochoty myśleć o Elaidzie czy o Mądrych, ani też słuchać Moiraine. Przyglądał się leżącej przed nimi przełęczy — głęboka szczelina w masywie górskim wiła się jakby wyrąbano ją jakimś gigantycznym tępym toporem, uderzającym trochę na. oślep. Kilka chwil szybkiej jazdy i już stałby na niej.
Po jednej stronie wejścia do przełęczy strome zbocze wygładzone zostało na szerokość. ponad stu kroków, wyryto w nim ogromną płaskorzeźbę — zerodowany przez wiatry wąż owijał się wokół kija wysokiego na dobre trzysta piędzi; pomnik, znak albo godło władcy. Z pewnością pozostałość po jakimś zatraconym w mrokach dziejów narodzie, datująca się sprzed epoki Artura Hawkwinga, a być może nawet sprzed Wojen z Trollokami. Już przedtem widywał pozostałości po ludach, które dawno zniknęły z powierzchni ziemi; często nawet Moiraine nie potrafiła wyjaśnić pochodzenia tych szczątków.
Wysoko po przeciwnej stronie, tak wysoko, że nie miał pewności, czy widzi to naprawdę, czy mu się tylko zdaje, tuż pod linią śniegów, stało coś jeszcze bardziej dziwnego. Coś, przy czym ten pierwszy pomnik sprzed kilku tysięcy lat zdawał się rzeczą zupełnie pospolitą. Przysiągłby, że oto patrzy na pozostałości zrujnowanych budowli, lśniących szarością na tle ciemnych gór, a co jeszcze dziwniejsze, pobudowanych z tego samego materiału co dok portowy i nachylonych pod zupełnie niesamowitym kątem względem zbocza góry. Jeżeli nie była to tylko gra wyobraźni, ruiny musiały pochodzić sprzed Pęknięcia Świata. W owych czasach oblicze ziemi zostało ostatecznie odmienione. Przedtem mogło tu być dno oceanu. Będzie musiał zapytać Asmodeana. Nawet gdyby miał czas, nie sądził, by chciało mu się wspinać na tę wysokość, aby sprawdzić na własne oczy.
U stóp gigantycznego węża leżało Taien, otoczone wysokimi murami miasto średniej wielkości, ocalałe z czasów, kiedy Cairhienianom pozwalano wysyłać karawany przez Ziemię Trzech Sfer, a bogactwa płynęły Jedwabnym Szlakiem z Shary. Z tej odległości miał wrażenie, że ponad miastem krążą ptaki, mury obronne zaś w regularnych odstępach znaczą ciemne plamy. Mat stanął w strzemionach Oczka, osłonił oczy szerokim rondem swego kapelusza i spoglądał, marszcząc brwi, w górę przełęczy. Na twardej twarzy Lana nie było śladu jakichkolwiek emocji, jednak czuło się, iż patrzy z podobnym napięciem; zabłąkany podmuch wiatru, który tutaj był odrobinę chłodniejszy, zawinął wokół jego ciała poły płaszcza i na moment cała prawie jego postać, od ramion aż po buty, zlała się z tłem kamienistego wzgórza, porośniętego z rzadka kolczastymi krzewami.