Выбрать главу

— Brali też ludzi w niewolę — powiedziała kobieta zbolałym głosem. Nieco młodsza od brata, kiedyś mogła być nawet przystojna, lecz przemożne zmartwienie wyryło ślady w jej twarzy; Rand podejrzewał, że nigdy już nie znikną. Jej mąż miał w oczach wyraz zagubienia, jakby nie był nawet pewny, jak się nazywa. — Moją córkę, mój panie, i mojego syna. Zabrali wszystkich młodych, wszystkich, którzy ukończyli szesnasty rok życia, a i nawet dwukrotnie starszych. Powiedzieli, że są gai-jakoś-tam, zdarli z nich ubiory na ulicy i pognali przed sobą. Mój panie, czy mógłbyś...?

Urwała, kiedy zrozumiała bezsens swojej prośby, przymknęła oczy i osunęła się na ziemię. Niewielkie były szanse, że kiedykolwiek jeszcze zobaczy swe dzieci.

Moiraine natychmiast zeskoczyła z siodła i podbiegła do niej. Wynędzniała kobieta westchnęła głośno, kiedy dotknęły jej dłonie Aes Sedai, od stóp do głów targnęło nią drżenie. Zdumione spojrzenie pytająco spoczęło na Moiraine, ale tamta tylko pomogła jej wstać.

Mąż kobiety nagle zamarł z szeroko rozwartymi oczyma, patrzył na sprzączkę przy pasie Randa, prezent od Aviendhy.

— Na rękach miał takie same znaki. Jak ten. Oplatały całą ich długość niczym węże górskie. Tal niepewnie spojrzał na Randa.

— Wódz dzikusów, mój panie. On... miał takie same znaki na przedramionach. Ubrany był równie dziwnie jak oni wszyscy, ale rękawy kaftana miał ucięte, by mieć pewność, iż widać owe znaki.

— To podarunek, który otrzymałem w Pustkowiu — oznajmił Rand. Upewnił się, że jego dłonie wciąż spoczywają na łęku siodła; rękawy kaftana skrywały jego własne Smoki, oprócz ich głów; dostrzegłby je każdy na wierzchach jego dłoni, kto przyjrzałby się uważniej. Aril zdążyła już zapomnieć o tym, co przed chwilą zrobiła dla niej Moiraine, cała trójka wyraźnie miała ochotę rzucić się do ucieczki. — Jak dawno temu odeszli?

— Sześć dni temu, mój panie — odparł Tal. — To, co zrobili, zajęło im całą noc i dzień, następnego dnia zaś odeszli. Poszlibyśmy również, ale co by było, gdybyśmy natknęli się na nich, jak będą wracać? Z pewnością musieli zostać odparci pod Selan.

To było miasto po drugiej stronie przełęczy. Rand wątpił, by Selan znajdowało się obecnie w lepszym stanie niźli Taien.

— Czy oprócz waszej trójki komuś jeszcze udało się przeżyć?

— Jest nas jakaś setka, mój panie. Może więcej. Nikt nie liczył.

Nagle zawrzał w nim gniew, choć starał się utrzymać go na wodzy.

— Setka? — Jego głos przypominał zlodowaciałe żelazo. — I minęło sześć dni? To dlaczego zostawiliście swych zmarłych krukom? Dlaczego zwłoki wciąż zdobią mury miasta? To ciała waszych ludzi wypełniają odorem rozkładu wasze nosy! — Zbili się w niepewną gromadkę, odsuwając się od jego wierzchowca.

— Baliśmy się, mój panie — ochryple odrzekł Tal. — Odeszli, ale przecież mogą wrócić. A on nam powiedział... Ten ze znakami na rękach przykazał nam, byśmy niczego nie ruszali.

— Wiadomość — głuchym głosem dodał Ander. — Wybierali tych, których mieli powiesić, zwyczajnie wyciągali ich z tłumu, dopóki nie otoczyli całych murów miasta. Kobiety, mężczyźni, nieważne. — Jego oczy wciąż utkwione były w sprzączce przy pasie Randa. — Powiedział, że to jest wiadomość dla jakiegoś człowieka, który idzie za nim. Oraz że chce, aby ten człowiek wiedział... wiedział, co zamierzają robić po drugiej stronie Grzbietu Świata. Powiedział... powiedział, że temu człowiekowi zrobi jeszcze gorsze rzeczy.

Oczy Aril rozszerzyły się raptownie, a cała trójka spojrzała gdzieś za plecy Randa i zamarła. Potem z wrzaskiem rzucili się do ucieczki. Przy skałach, spoza których wyszli, pojawiła się sylwetka zamaskowanego Aiela, skierowali się więc w inną stronę. Ale tam również czekał na nich kolejny Aiel, a wtedy padli bezwładnie na ziemię, szlochając i tuląc się do siebie, jakby się poddawali. Moiraine miała twarz chłodną i opanowaną, ale w jej oczach nie było śladu spokoju.

Rand odwrócił się w siodle. Rhuarc i Dhearic nadchodzili po stoku, w marszu odpinając zasłony i zdejmując shoufy z głów. Dhearic był nieco bardziej krępy od Rhuarka, miał wydatny nos, jego złote włosy znaczyły pasma siwizny. Przyprowadził Reyn Aiel, dokładnie tak jak to Rhuarc przewidział.

Timolan i jego Miagoma przez trzy dni podążali równolegle do trasy ich marszu, od północy, wymieniając od czasu do czasu wieści przez posłańców, ale nie zdradzając nawet śladu swych zamiarów. Codarra, Shiande i Daryne wciąż byli gdzieś na wschodzie, szli ich śladem, tego dowiedziały się Amys i pozostałe podczas rozmów w snach z ich Mądrymi, ale wędrowali powoli. Tamte Mądre nie miały większego pojęcia o zamiarach wodzów swoich klanów niźli Rand o intencjach Timolana.

— Czy to było konieczne? — zapytał, kiedy dwaj wodzowie podeszli bliżej. Najpierw sam postraszył trochę tych ludzi, ale miał ku temu powody, lecz nie chciał przecież, by myśleli, że zaraz zostaną zabici.

Rhuarc zwyczajnie wzruszył ramionami, Dhearic zaś powiedział:

— Niepostrzeżenie rozstawiliśmy włócznie wokół tego miejsca, jak sobie zażyczyłeś, ale wyglądało na to, że nie ma powodu dłużej czekać, skoro nie został nikt, kto byłby w stanie zatańczyć włócznię. Poza tym, to są tylko mordercy drzew.

Rand wciągnął głęboko powietrze. Zdawał sobie sprawę, że ta kwestia do pewnego stopnia może nastręczyć równie poważne problemy, jak poczynania Couladina. Blisko pięćset lat temu Aielowie podarowali Cairhienianom sadzonkę, odrośl Avendesory wraz z prawem, którego nie zyskał żaden inny naród — swobodnej przeprawy karawan kupieckich przez Ziemię Trzech Sfer do Shary. Nie padali żadnych powodów — ich stanowisko wobec mieszkańców mokradeł można było w najlepszym przypadku określić mianem obojętnej niechęci — ale postąpili zgodnie z wymaganiami ji’e’toh. Podczas trwającej wiele lat tułaczki, która w końcu przywiodła ich do Pustkowia, tylko jeden lud ich nie zaatakował i pozwolił im swobodnie czerpać wodę z nielicznych pozostałych zbiorników, podczas gdy cały świat piekł się w żarze. Na koniec znaleźli wreszcie potomków tych ludzi. Cairhienian.

Przez pięćset lat Cairhien bogaciło się dzięki napływającym doń jedwabiom i kości słoniowej. Pięćset lat Avendoraldera rosła w Cairhien. A potem król Laman ściął drzewo, by zbudować sobie z niego tron. Narody wiedziały, dlaczego Aielowie dwadzieścia lat temu przeszli Grzbiet Świata — nazywano to Grzechem Lamana albo Pychą Lamana — ale mało kto wiedział, że dla Aielów to nie była wojna. Cztery klany wyruszyły na poszukiwania tego, który złamał przysięgę, a kiedy został zabity, wrócili do Ziemi Trzech Sfer. Ale ich pogarda dla morderców drzew, dla wiarołomców, nigdy nie wygasła. Moiraine jako Aes Sedai zrezygnowała ze swego cairhieniańskiego rodowodu, ale Rand nigdy się nie dowiedział, do jakiego stopnia.

— Ci ludzie nie złamali żadnej przysięgi — oznajmił im. — Znajdźcie pozostałych, rymarz powiedział, że jest ich około setki. I postępujcie z nimi łagodnie. Zapewne wszyscy zmykają teraz w góry, jeżeli któryś z nich nas obserwował.

Aielowie już się odwracali, kiedy dodał jeszcze:

— Czy słyszeliście, co mi powiedzieli? Jakie jest wasze zdanie na temat tego, co Couladin tutaj zrobił?

— Zabili więcej, niż musieli — odrzekł Dhearic, z niesmakiem kręcąc głową. — Jak łasice w kurniku.

Zabijanie jest równie łatwe jak umieranie, powiadali Aielowie, każdego głupca na to stać.

— A o tej drugiej rzeczy? Że wzięli więźniów. Gai’shain.

Rhuarc i Dhearic wymienili spojrzenia, Dhearic zacisnął usta. Najwyraźniej słyszeli już i czuli się z tego powodu skrępowani. A trzeba było wiele zachodu, by Aielowie odczuwali skrępowanie.