— Mężczyźni zawsze wierzą, że kontrolują cały otaczający ich świat — odrzekła Aviendha. — Kiedy przekonują się, że jest inaczej, wydaje im się, że zawiedli, miast zrozumieć prostą prawdę, którą kobiety znają od dawna.
Egwene zachichotała.
— To jest prosta prawda. Kiedy zobaczyłam te ciała, spodziewałam się, że ujrzymy go, jak gdzieś wymiotuje.
— To on ma tak wrażliwy żołądek? Ja...
Głosy ścichły, gdy klacz oddaliła się na odpowiednią odległość. Rand wyprostował się w siodle, czuł, że się rumieni. Próbował je podsłuchiwać, zachował się niczym idiota. Nie przestał jednak dalej marszczyć brwi, kiedy tak patrzył w ślad za nimi. Przecież on przyjmował odpowiedzialność jedynie za to, co rzeczywiście było jego dziełem. Tylko za rzeczy, na które mógł mieć jakikolwiek wpływ. I w związku z takimi sprawami, które powinien był rozwiązać. Nie podobało mu się, gdy tak o nim mówiły. Czy to za plecami, czy w jego obecności. Światłość jedna wie, o co im właściwie chodziło.
Zsiadł z konia i ruszył na poszukiwanie Asmodeana, który najwyraźniej gdzieś się zapodział. Po tylu dniach spędzonych w siodle dobrze było spacerować znowu po twardej ziemi. Wzdłuż przełęczy pojawiły się skupiska namiotów; zbocza górskie i urwiska stanowiły właściwie nieprzebyte. zapory, jednak Aielowie tak rozłożyli swe obozowiska, jakby się w każdej chwili spodziewali ataku. Wcześniej próbował maszerować wraz z nimi, ale wystarczyło pół dnia, by dał za wygraną i z powrotem znalazł się w siodle. Wystarczająco trudno było dotrzymać im kroku, jadąc konno; kiedy rzeczywiście narzucali ostre tempo, potrafili nieźle umęczyć wierzchowce.
Mat również zsiadł ze swego ogiera, przykucnął teraz na ziemi, z wodzami w jednej dłoni; swą włócznię o czarnym drzewcu ułożył sobie na kolanach i spoglądał przez otwarte na oścież bramy w głąb miasta, mamrocząc coś do siebie, podczas gdy Oczko próbował skubać kolczaste krzewy. Mat patrzył na miasto badawczo, a nie tylko zwyczajnie się przyglądał. Skąd mu się wzięła ta uwaga na temat wart? Ostatnimi czasy Mat często mówił różne dziwne rzeczy, zaczęło się to od momentu, gdy po raz pierwszy poszli razem do Rhuidean. Rand zdecydowanie wolałby, żeby przyjaciel podzielił się z nim opowieścią o tym, co się tam wydarzyło, ale tamten konsekwentnie utrzymywał, że nic się nie stało; skąd więc ta włócznia, medalion z głową lisa i blizna wokół szyi? Melindhra, Panna Shaido, z którą Mat ostatnio się zaprzyjaźnił, stała z boku, obserwując go, dopóki nie przyszła Sulin i nie zapędziła jej do jakiejś pracy. Rand zastanawiał się, czy Mat wie, że Panny robią zakłady o to, czy Melindhra porzuci dla niego włócznię, czy też nauczy go śpiewać. Jednak kiedy Rand pytał o znaczenie tego ostatniego zwrotu, śmiały się tylko.
Dźwięki muzyki doprowadziły go do Asmodeana, tamten siedział samotnie na granitowej odkrywce skalnej, trzymając harfę na kolanach. Szkarłatny sztandar stał wbity w kamienistą glebę, do jego drzewca przywiązany był muł.
— Sam widzisz, mój Lordzie Smoku — powiedział wesoło — twój chorąży lojalnie wypełnia swe obowiązki. — Nagle wyraz jego twarzy zmienił się, dodał innym już głosem: — Jeżeli musisz mieć coś takiego, dlaczego nie miałby go nosić Mat albo Lan? Względnie Moiraine, jeśli już o to chodzi? Byłaby szczęśliwa, mogąc dzierżyć sztandar i czyścić twoje buty. Uważaj na nią. To przebiegła kobieta. Kiedy kobieta powie, że będzie ci posłuszna i to z własnej woli, należy od tej chwili spać lekko i rozglądać się na boki.
— Nosisz sztandar, ponieważ zostałeś do tego wybrany, panie Jasinie Nataelu. — Asmodean wzdrygnął się i rozejrzał dookoła, chociaż znajdowali się z dala od wszystkich pozostałych, a nadto tamci byli zbyt zajęci swoją pracą, by słuchać. W każdym razie i tak nikt prócz nich dwu nie zrozumiałby ukrytego sensu słów. — Co wiesz na temat tych ruin tuż pod linią śniegu? Muszą pochodzić z Wieku Legend.
Asmodean nawet nie spojrzał w kierunku szczytu.
— Ten świat jest w znacznej mierze różny od tego, w którym... położyłem się spać. — W jego głosie zabrzmiało zmęczenie, ciało zadrżało nieznacznie. — Cała moja wiedza na temat tego, gdzie co się znajduje, pochodzi z okresu po przebudzeniu.
Od strun jego harfy wzbiły się żałosne dźwięki Marsza Śmierci.
— Ale wiem, że mogą to być pozostałości miasta, w którym się urodziłem. Shorelle było nadmorskim portem.
Słońce miało jeszcze jakąś godzinę do szczytów Grzbietu Świata; tak blisko gór noc zapadała wcześniej.
— Dzisiejszego wieczora jestem zbyt zmęczony na jedną z naszych dyskusji. — Tak właśnie określali oficjalnie lekcje, których udzielał mu Asmodean, nawet jeśli nikogo nie było w pobliżu. Od momentu opuszczenia Rhuidean czas, jaki zajmowały mu te lekcje wraz z ćwiczeniami u Lana i Rhuarka, pozostawiał niewiele nocy na sen. — Kiedy odpoczniesz, weźmiesz go do swego namiotu, zobaczymy się rankiem. Razem ze sztandarem.
Naprawdę nie było nikogo, kto mógłby nosić tę przeklętą rzecz. Może uda się znaleźć kogoś w Cairhien.
Kiedy już się odwracał, by odejść, Asmodean szarpnięciem wydobył ze strun jakiś zgrzytliwy akord, po czym zapytał:
— Żadnych ognistych sieci wokół mojego namiotu dzisiejszej nocy? Czy na koniec zacząłeś mi ufać?
Rand spojrzał na niego przez ramię.
— Będę ufał ci jak bratu. Aż do dnia, kiedy mnie zdradzisz. Zostało ci przebaczone tamto, co zrobiłeś, w zamian za twe nauki, i na pewno jest to lepszy układ, niźli sobie zasłużyłeś, ale tego samego dnia, gdy zwrócisz się przeciwko mnie, podrę na strzępy naszą umowę i pogrzebię z twoim ciałem we wspólnej mogile. — Asmodean otworzył usta, lecz Rand uprzedził jego pytanie. — To mówię ja, Rand al’Thor. Ludzie z Dwu Rzek nie cierpią tych, którzy wbijają im nóż w plecy.
Zdenerwowany, sięgnął po wodze srokacza i odszedł, zanim tamten zdążył cokolwiek powiedzieć. Nie był pewien, czy Asmodean żywi jakieś podejrzenia, że od dawna martwy człowiek próbuje opanować jego duszę, ale jeśli nawet, to nie powinien sam dawać mu dodatkowych wskazówek. Przeklęty i tak był już absolutnie przekonany, iż jego sprawa jest przegrana; jeżeli zacznie podejrzewać, że Rand nie w pełni panuje nad swoim umysłem, że być może zaczyna owładać nim szaleństwo, opuści go w okamgnieniu, a trzeba się było jeszcze tyle przecież nauczyć.
Odziani w biel gai’shain wznosili jego namiot pod kierunkiem Aviendhy, głęboko w wejściu do przełęczy, dokładnie pod tym wielkim, wyrzeźbionym w zboczu góry wężem. Gai’shain będą spać w swoich własnych namiotach, ale je oczywiście wzniosą dopiero na końcu. Adelin wraz z kilkunastoma Pannami przykucnęła w pobliżu; będą obserwować, strzec jego snu. Mimo iż każdej nocy otaczały go tysiące Panien, one nie rezygnowały z wart przy jego namiocie.
Zanim podszedł bliżej, przez angreal w kieszeni swego kaftana sięgnął po saidina. Oczywiście wcale nie musiał fizycznie dotykać figurki małego tłustego człowieczka z mieczem. Wypełniła go mieszanina słodyczy i brudu, rwąca rzeka ognia, niszczycielska lawina lodu. Przeniósł, jak to robił każdej nocy od czasu opuszczenia Rhuidean i rozstawił zabezpieczenia wokół całego obozu, nie tylko tego w wejściu do przełęczy, ale również dookoła wszystkich namiotów na znajdujących się niżej wzgórzach, a także na górskich stokach. Potrzebował angreala, aby objąć zabezpieczeniami tak duży obszar, ale być może dałby sobie radę i bez niego. Już przedtem myślał, że jest silny, jednak dzięki naukom Asmodeana robił się z każdym dniem coraz silniejszy. Żaden człowiek ani zwierzę przechodzące przez linie tych zabezpieczeń niczego nie zauważy, jednak gdy tylko muśnie je choćby Pomiot Cienia, podniesie się takie larum, iż wszyscy w namiotach usłyszą. Gdyby zrobił to w Rhuidean, Psy Czarnego nigdy by się nie dostały niepostrzeżenie do środka.