Ewentualnymi ludzkimi wrogami zajmą się sami Aielowie. Zabezpieczenia wymagały skomplikowanych splotów, nawet jeśli bardzo wiotkich, próba zaś przystosowania ich do kilku różnych funkcji mogła się skończyć całkowitą ich bezużytecznością. Mógł tak spleść strumienie, by zamiast zwykłego ostrzeżenia od razu zabijały Pomiot Cienia, ale wówczas byłyby widoczne niczym boja w ciemnościach dla każdego Przeklętego, a także i dla Myrddraala. Nie było potrzeby kusić wroga, który być może nie wiedział, gdzie on się znajduje. Tych splotów Przeklęty nie zobaczy, nawet z bardzo bliska, a Myrddraal dopiero wówczas, kiedy już będzie za późno.
Wypuszczenie saidina było ćwiczeniem wzmacniającym samokontrolę, pomimo paskudztwa skazy, pomimo że Moc próbowała porwać go ze sobą niczym ziarnko piasku na dnie rzeki, by spalić go, pochłonąć. Unosił się w ogromnej przestrzeni Pustki, a jednak potrafił wyczuć dokładnie, jak wiatr muska każdy włos na jego głowie, widział fakturę tkaniny, z której wykonano szaty gai’shain, wciągał w nozdrza ciepły zapach Aviendhy. Chciał więcej. Ale nie mógł nie czuć woni popiołów Taien, unoszącego się w powietrzu odoru spalenizny ciał już skremowanych, i gnicia tych, które jeszcze wisiały na murach, a nawet tych, które już pogrzebano i których zapach mieszał się z suchą wonią gleby, gdzie znalazły schronienie. To pomogło. Przez chwilę po odejściu saidina mógł tylko głęboko oddychać gorącym, wyjałowionym powietrzem; w porównaniu z tym, co czuł poprzednio, powiew śmierci był w nim zupełnie nieobecny, samo zaś powietrze czyste i cudowne.
— Zobacz, co nas tutaj czekało — powiedziała Aviendha, gdy pozwolił kobiecie o pokornej twarzy, odzianej w białe szaty, odprowadzić Jeade’ena. Trzymała w dłoni brązowego węża, martwego, niemniej grubego jak jego ramię i długiego na trzy kroki. Był to wąż krwi, który swoją nazwę brał stąd, że w wyniku jego ukąszenia w ciągu kilku chwil cała krew w żyłach zamieniała się w galaretę. O ile się nie mylił, zgrabne cięcie tuż za głową było dziełem jej noża. Adelin i pozostałe Panny patrzyły na nią z aprobatą.
— Czy chociaż przez moment pomyślałaś, że on może cię ukąsić? — zapytał. — Czy przyszło ci do głowy, żeby użyć Mocy zamiast tego przeklętego nożyka? Dlaczego właściwie nie pocałowałaś go przed śmiercią? Musiałaś być wystarczająco blisko.
Wyprostowała się, a w jej wielkich zielonych oczach zalśniła zapowiedź nocnego chłodu.
— Mądre powiadają, że nie należy zbyt często używać Mocy. — Wyraźnie akcentowane słowa wypowiadane były tonem równie zimnym jak jej spojrzenie. — Mówią, że można zaczerpnąć zbyt wiele i wyrządzić sobie krzywdę. — Marszcząc nieznacznie czoło, dodała, bardziej jednak do siebie: — Chociaż ja nie zbliżyłam się jeszcze do tego, co jestem w stanie przenieść. Nie mam wątpliwości.
Kręcąc głową, zanurkował do namiotu. Tej kobiecie nie da się nic wytłumaczyć.
Dopiero gdy rozmościł się na jedwabnej poduszce w pobliżu wciąż nie zapalonego ognia, wślizgnęła się za nim. Na szczęście bez trupa węża krwi, zamiast niego ostrożnie niosła jakiś długi pakunek owinięty w grube warstwy pasiastego szarego koca.
— Martwiłeś się o mnie — powiedziała pozbawionym wyrazu głosem. Na jej twarzy nie było śladu emocji.
— Oczywiście, że nie — skłamał.
„Głupia kobieta. Jeszcze kiedyś da się zabić, tylko dlatego, że nie ma pojęcia, kiedy należy zachować ostrożność”.
— Martwiłem się w takim samym stopniu, jak martwiłbym się o każdego innego. Nie chcę, by kogoś pokąsał wąż krwi.
Przez chwilę spoglądała na niego z powątpiewaniem, potem krótko skinęła głową.
— Dobrze. Dopóki to nie będzie się odnosić do mnie. — Rzuciła mu pod nogi zwinięty koc i przysiadła na piętach po przeciwnej stronie paleniska. — Nie przyjąłeś sprzączki jako daru anulującego mój dług...
— Aviendha, nie ma żadnego długu. — Sądził, że zdążyła już o tym zapomnieć. Jednak ona ciągnęła dalej, jakby w ogóle się nie odezwał:
— ...więc być może przyjmiesz. to.
Wzdychając, rozwinął pasiasty koc — ostrożnie, zresztą już wcześniej trzymała go w dłoniach znacznie bardziej niepewnie niźli ciało węża: w istocie, węża zaś trzymała niczym sztukę odzieży — a gdy to zrobił, aż zaparło mu dech. Zobaczył miecz z, pochwą tak bogato wysadzaną rubinami i kamieniem księżycowym, że trudno było dojrzeć pod nimi złoto, wyjąwszy miejsca, gdzie wstawiono wschodzące słońce o licznych promieniach. Długa, dwuręczna rękojeść z kości słoniowej inkrustowana była jeszcze jednym złotym słońcem; masywna głowica aż puchła od rubinów i kamieni księżycowych, a kolejne otaczały jelec. Tego miecza nie przeznaczono do walki, tylko do oglądania. Do podziwiania.
— To musiało kosztować... Aviendha, w jaki sposób zdołałaś za niego zapłacić?
— Kosztował niedużo — powiedziała tonem, w którym było tyle chęci usprawiedliwienia się, że równie dobrze mogłaby na głos oznajmić, że to kłamstwo.
— Miecz. Skąd w ogóle zdobyłaś miecz? W jaki sposób Aiel mógłby w ogóle posiadać miecz? Nie powiesz mi chyba, że Kadere miał go gdzieś w swoich wozach.
— Niosłam go zawiniętego w koc. — W jej głosie usłyszał rozdrażnienie jeszcze bardziej wyraźne niż wówczas, gdy mówiła o cenie. — Nawet Bair powiedziała, że nic się nie stanie, pod warunkiem, iż go nie dotknę.
Wzruszyła niepewnie ramionami i poprawiła owijający ją szal.
— Ten miecz należał do mordercy drzew. Do Lamana. Został odjęty od jego pasa na dowód, że nie żyje, ponieważ głowa nie wytrzymałaby tak długiego transportu. Potem przechodził z rąk do rąk młodych mężczyzn i głupich Panien, które chciały posiadać dowód jego śmierci. Kolejni właściciele zastanawiali się, czym on jest, i niebawem sprzedawali go następnym głupcom. Od czasu jak pierwszy raz został sprzedany, cena mocno spadła. Żaden Aiel nie dotknie go ręką, nawet po to, by wyłupać kamienie.
— Cóż, jest bardzo piękny. — powiedział, tak taktownie jak go tylko było stać. Tylko prawdziwy bufon nosiłby coś tak zbytkownego. A ta rękojeść z kości słoniowej nie leżałaby pewnie w dłoni śliskiej od potu czy krwi. — Ale nie mogę ci pozwolić...
Urwał, gdy z nawyku obnażył kilka cali ostrza, aby sprawdzić głownię. W lśniącej stali wygrawerowano stojącą czaplę, symbol mistrza miecza. Kiedyś sam nosił broń z takim znakiem. Nagle poczuł, że gotów jest się założyć, iż to ostrze jest takie samo, jak tamto na włóczni Mata, naznaczone krukami, że zrobiono je z metalu poddanego obróbce Mocą, dzięki czemu nigdy nie potrzebowało ostrzenia i nigdy się nie łamało. Większość kling mistrzów miecza stanowiła jedynie kopie. Lan potrafiłby to stwierdzić ostatecznie, ale w głębi umysłu już miał pewność.
Wyciągnął miecz do końca z pochwy, potem pochylił się nad paleniskiem i położył ją przed Aviendhą.
— Przyjmę tę klingę jako spłatę długu, Aviendha. — Była długa, lekko zakrzywiona, jednostronna. — Tylko klingę. Rękojeść możesz też wziąć z powrotem.
Może sobie zrobić nową rękojeść i pochwę w Cairhien. Być może jeden z ocalałych z Taien okaże się przyzwoitym płatnerzem.
Patrzyła rozszerzonymi oczyma to na pochwę, to na niego, usta miała naprawdę rozdziawione, po raz pierwszy od czasu jak się poznali, wyglądała na zaszokowaną.
— Ale te klejnoty warte są o wiele więcej, niż ja... Próbujesz znowu wtrącić mnie w długi, Randzie al’Thor.