Wzuł buty i spojrzał na srebrną głowę lisa leżącą obok koców. Na zewnątrz rozbrzmiewały już krzyki, metal szczękał o metal. W końcu wreszcie udało mu się zrozumieć, że to ten medalion w jakiś sposób nie pozwolił Moiraine Uzdrowić go, kiedy próbowała za pierwszym razem. Dopóki jego skóra miała z nim kontakt, Moc nie oddziaływała na niego. Nigdy nie słyszał o Pomiocie Cienia zdolnym do przenoszenia, ale przecież były te Czarne Ajah — tak powiedział Rand, a on mu wierzył — i zawsze istniała szansa, że jeden z Przeklętych w końcu przyszedł po Randa. Założył skórzany rzemień na szyję, tak że medalion spoczął na jego piersi, porwał swoją włócznię naznaczoną sylwetkami kruków i wypełzł w oświetloną księżycową poświatą zimną noc.
Nie zdążył nawet poczuć dojmującego chłodu. Jeszcze nie wylazł z namiotu do końca, a już omal nie stracił głowy pod wygiętym niczym ostrze kosy mieczem trolloka. Padł na twarz, ostrze musnęło mu włosy, przetoczył się i stanął na nogach z włócznią gotową do ciosu.
Na pierwszy rzut oka, w tych ciemnościach trollok mógł ujść za zwalistego mężczyznę, wysokiego jak półtora Aiela, odzianego w czarną kolczugę z kolcami wokół ramion i łokci, z hełmem, do którego przyczepiono rogi kozła. Ale w istocie rogi te wyrastały z nazbyt ludzkiej czaszki, a pod oczyma sterczał koźli pysk.
Trollok rzucił się na niego z obnażonymi zębami i zawył. Mat zakręcił włócznią niby pałką, odbił w bok ciężkie, wygięte ostrze i przeszył korpus stwora; kolczuga rozstąpiła się pod wykutą Mocą stalą równie łatwo jak ciało, które przykrywała. Trollok o koźlim pysku zawył dziko, zwierzęco, a Mat wyrwał swą broń z jego cielska i odskoczył na bok, kiedy tamten padał.
Zewsząd otaczali go Aielowie, niektórzy ubrani jedynie do połowy, ale wszyscy z czarnymi zasłonami na twarzach, walczyli z trollokami — w mroku lśniły wygięte kły dzików, migotały wilcze pyski lub orle dzioby, w łapach fruwały te dziwnie wygięte miecze, topory z kolcami po przeciwnej stronie ostrza, trójzęby i włócznie. Tu i tam niektóre używały potężnych łuków, aby wystrzeliwać strzały o haczykowatych grotach, wielkie niczym włócznie. Wraz z trollokami walczyli również ludzie, w złachmanionych kaftanach, z mieczami w dłoniach, krzyczeli rozpaczliwie, gdy przychodziło im umierać pośród cierni.
— Sammael!
— Sammael i Złote Pszczoły!
Sprzymierzeńcy Ciemności padali właściwie od razu, gdy starli się z Aielami, ale trolloki umierały wolniej.
— Nie jestem żadnym przeklętym bohaterem! — Wrzasnął Mat, kierując swój okrzyk w przestrzeń, kiedy starł się z trollokiem o pysku niedźwiedzia i włochatych uszach; ten był już jego trzecim. Stwór posługiwał się toporem o długim stylisku zakończonym błyszczącym ostrzem, dość wielkim, by nim rozłupać drzewo — niczym zabawkę podrzucał go w swych potężnych, owłosionych dłoniach. To przebywanie blisko Randa było przyczyną tych wszystkich kłopotów. A on chciał od życia tylko kubka dobrego wina, gry w kości i kilku ładnych dziewczyn.
— Nie chcę się w to więcej mieszać! — Zwłaszcza gdy Sammael jest gdzieś w pobliżu. — Słyszysz mnie?
Trollok padł z rozciętym gardłem, a wtedy okazało się, że stoi przed nim Myrddraal, który dopiero co zabił dwóch Aielów. Półczłowiek wyglądał jak mężczyzna, biały niczym mąka, w czarnej zbroi z nachodzących na siebie łusek, przypominającej skórę węża. Poruszał się również jak wąż, zwinnie, jakby nie miał kości, płynny i szybki; czarny niczym noc płaszcz wisiał na nim nieruchomo, niezależnie od gwałtowności ruchów. I nie miał oczu. Tylko śmiertelnie białą fałdę skóry w miejscu, gdzie powinny się znajdować.
To bezokie spojrzenie zwróciło się na niego, a wtedy zadrżał, strach zmroził mu krew w żyłach.
— Spojrzenie Bezokiego to strach — powiadali w Ziemiach Granicznych, a tam się powinni na tym znać; zresztą nawet Aielowie przyznawali, że wzrok Myrddraala przenika mrozem aż do szpiku kości. To była najważniejsza broń potwora. Półczłowiek zdawał się płynąć nad ziemią, kiedy ruszał na mego.
Mat skoczył mu na spotkanie, głośno krzycząc, włócznia wirowała mu w dłoniach niczym pałka, jakby napędzana własną mocą. Potwór miał w ręku klingę czarną jak płaszcz, miecz wykuty w kuźniach Thakan’dar, gdyby choć zadrasnął go tym ostrzem, byłoby właściwie po nim, chyba żeby Moiraine udało się go szybko Uzdrowić. Ale istniał tylko jeden pewny sposób, by zwyciężyć Pomora. Ciągły atak. Trzeba go pokonać, zanim on pokona ciebie, a najlżejsza choćby myśl o obronie może być już zaproszeniem skierowanym do własnej śmierci. Nie mógł nawet kątem oka dostrzec bitwy, która gorzała wokół.
Ostrze Myrddraala zamigotało niczym język węża, skoczyło naprzód jak czarna błyskawica, ale tylko po to, by powstrzymać atak Mata. Kiedy naznaczona krukami, wykuta w ogniu Mocy stal spotkała się z metalem wytopionym w Thakan’dar, wokół posypały się jasnobłękitne skry, rozległ się trzask wyładowań.
Nagle wściekły atak Mata napotkał ciało. Czarny miecz wraz z trzymającą go bladą dłonią poleciał w bok, kolejny zaś cios otworzył gardło Myrddraala; Mat jednak nie poprzestał na tym. Pchnął w serce, podciął jedno ścięgno kolanowe, potem drugie, wszystko właściwie w kolejnych, następujących po sobie ruchach. Dopiero wówczas odsunął się na bok od istoty, która wciąż szarpała się, wijąc na ziemi, drapiąc grunt jedną dłonią i kikutem drugiej, z ran spływała atramentowa krew. Półludziom dużo czasu zabierało poddanie się śmierci; walczyli o życie aż do nadejścia świtu.
Mat rozejrzał się dookoła i stwierdził, że atak właściwie już się skończył. Ci Sprzymierzeńcy Ciemności czy trolloki, którzy nie padli, uciekli; przynajmniej nie widział żadnych stojących sylwetek oprócz Aielów. Niektórzy z nich również leżeli na ziemi. Zdarł chusteczkę z karku zabitego Sprzymierzeńca Ciemności i otarł krew Myrddraala z ostrza swej włóczni. Gdyby została na nim zbyt długo, mogłaby nadeżreć metal.
Ten nocny napad nie miał najmniejszego sensu. Wnioskując z ciał, których liczbę mógł oszacować w księżycowej poświacie, zarówno ludzkich, jak trolloków, żaden z napastników nie przedarł się choćby za pierwszą linię namiotów. I nawet ze znacznie większymi siłami nie mogliby liczyć na wiele więcej.
— Co to była, co krzyczałeś? Coś tam carai. Dawna Mowa?
Obejrzał się i spojrzał w twarz Melindhrze. Odpięła już zasłonę, ale wciąż nie miała na sobie nic prócz shoufy. Wokół mógł dostrzec inne Panny, a także mężczyzn, mających na sobie równie niewiele, i troszczących się o to w takim samym stopniu. Nie mieli w sobie ani odrobiny skromności, to było ta. Żadnej skromności. Ona nawet zdawała się nie czuć panującego zimna, chociaż przy każdym oddechu z jej ust wydobywała się para. Był równie spocony jak ona, ale teraz, kiedy walka o życie już go nie pochłaniała, marzł.
— Coś, co kiedyś słyszałem — poinformował ją. — Lubię dźwięk tych słów.
Carai an Caldazar! Za honor Czerwonego Orła. Bitewne zawołanie Manetheren. Większość jego wspomnień pochodziła z Manetheren. Niektóre z nich nawiedzały go jeszcze, zanim przestąpił tamte wykoślawione drzwi. Moiraine mówiła, że to zew Dawnej Krwi dobywa się z niego. Wszystko dobrze, dopóki nie zacznie dobywać się zeń jego własna krew.
Otoczyła ręką jego ramiona, gdy tylko ruszył do namiotu. — Widziałam, jak walczyłeś z Jeźdźcem Nocy, Macie Cauthon. — To było jedno z imion, nadane Myrddraalom przez Aielów. — Jesteś tak wysoki, jak powinien być mężczyzna.