Выбрать главу

Ich głosy ścichły w oddali, a on pochylił się ponownie nad klapą namiotu. Wciąż nie słyszał, co mówią, chyba że przyłożyłby ucho do szczeliny, ale na to nie było go stać. Z pewnością skoro Egwene weszła do środka, Aviendha już się przykryła. Z drugiej zaś strony, Egwene do tego stopnia przyjęła obyczaje Aielów, iż równie dobrze sama mogła się rozebrać.

Cichy szelest pantofli zapowiedział przybycie Moiraine i Lana. Rand wyprostował się. Chociaż słyszał już ich oddechy, buty Strażnika nadal prawie nie wydawały dźwięku. Włosy Moiraine opadały jej na twarz; włożyła ciemną szatę, jedwabie połyskujące w księżycowej poświacie. Lan był całkowicie ubrany, uzbrojony, otulony w ten swój płaszcz, w którym stawał się częścią nocy. Szczęk walki zamierał na wzgórzach poniżej miejsca, gdzie stali.

— Zaskoczony jestem, że nie pojawiłaś się wcześniej, Moiraine. — W głosie miał chłód, ale lepiej, że dotyczyło to głosu, a nie ciała. Wciąż nie puszczał saidina, walczył z nim, przenikliwy ziąb nocy zdawał się czymś odległym. Był go świadom, świadom każdego włoska na swoich przedramionach jeżącego się z zimna pod rękawami koszuli, ale sam chłód nie miał doń dostępu. — Zwykle przychodzisz, by mnie chronić, ledwie wyczujesz kłopoty.

— Nie mam zwyczaju wyjaśniać wszystkiego, co robię i czego nie robię. — Jej głos był tajemniczy i opanowany jak zawsze, jednak nawet w świetle księżyca Rand mógłby niemalże przysiąc, że się zarumieniła. Lan wyglądał na zmartwionego, choć w jego przypadku trudno było coś orzec z całą pewnością. — Nie mogę cię zawsze prowadzić za rękę. W końcu będziesz musiał pójść sam.

— Zrobiłem to dzisiejszej nocy, nieprawdaż? — Zakłopotanie przemknęło po powierzchni Pustki, zabrzmiało to tak. jakby sam wszystkiego dokonał, natychmiast więc dodał: — Aviendha niemalże zdjęła tamtego z mych pleców.

Płomienie palącego się ciała Draghkara powoli dogasały.

— A więc ona tu była — spokojnie odpowiedziała Moiraine. — Nie potrzebowałeś mnie.

Nie bała się, tego był pewien. Widział, jak rzucała się w sarn środek Pomiotu Cienia, operując Mocą równie zręcznie jak Lan swoim mieczem, widział to zbyt często, by uwierzyć w jej strach. Dlaczego więc nie przyszła, kiedy wyczuła Draghkara? Bez wątpienia go wyczuła, Lan zresztą również; to był jeden z darów, jakie Strażnicy otrzymywali dzięki więzi z Aes Sedai. Mógł ją zmusić, by powiedziała prawdę, złapać ją w potrzask, wykorzystując z jednej strony złożoną mu przysięgę, z drugiej niezdolność do kłamstwa. Nie, nie mógł. Albo raczej nie potrafił. Nie potrafiłby zrobić czegoś takiego komuś, kto próbował mu pomóc.

— Przynajmniej teraz wiemy, jaki był sens tego ataku w dole — powiedział. — Abym myślał, że coś ważnego się tam dzieje, a wtedy Draghkar mógłby się podkraść do mnie. Próbowali tego w Siedzibie Zimnych Skał, ale tam również się nie udało. — Tylko że teraz niewiele brakowało, by stało się inaczej, jeżeli w istocie taki był plan. — Dziwne, że nie próbują niczego nowego.

Przed nim Couladin; wszędzie wokół Przeklęci, jak się zdawało. Dlaczego nie może mieć na raz jednego tylko wroga?

— Nie wolno ci nie doceniać Przeklętych, to błąd — powiedziała Moiraine. — Może okazać się śmiertelny w skutkach.

Owinęła się ciaśniej swą szatą, żałując jakby, że nie jest grubsza.

— Godzina już późna. Jeżeli nie potrzebujesz mnie...

Kiedy ona i Lan odeszli, powoli zaczęli się schodzić Aielowie. Niektórzy wykrzykiwali coś na widok Draghkara i wzywali gai’shain, by zajęli się zwęglonym ciałem, inni jednak tylko zwyczajnie patrzyli nań i w milczeniu udawali się do swych namiotów. Od pewnego czasu niczego innego się po nim nie spodziewali.

Wreszcie powróciła Adelin wraz z resztą Panien, nieznacznie powłóczyły nogami w miękkich butach. Spojrzały na zewłok Draghkara odciągany przez odzianych w biel mężczyzn, potem wymieniły spojrzenia i podeszły bliżej.

— Nic się tam nie działo — powoli powiedziała Adelin. — Cały atak poszedł niżej, Sprzymierzeńcy Ciemności i trolloki.

— Krzyczeli „Sammael i Złote Pszczoły”, sama słyszałam — dodała kolejna. Shoufę wciąż miała udrapowaną na głowie, i Rand nie potrafił stwierdzić, która to. Jej głos brzmiał młodo; niektóre z Panien nie miały więcej jak szesnaście lat.

Wziąwszy głęboki oddech, Adelin wyciągnęła ku niemu jedną ze swych włóczni i zamarła, trzymając ją poziomo. Pozostałe postąpiły tak samo, każda miała jedną włócznię.

— My... Ja... zawiodłam — oznajmiła Adelin. — Powinnyśmy tu być, kiedy przyszedł Draghkar. Zamiast tego jak dzieci pobiegłyśmy tańczyć włócznie.

— A co ja mam z tym zrobić? — zapytał Rand, na co Adelin odparła bez śladu wahania:

— Cokolwiek zechcesz, Car’a’carn. Jesteśmy gotowe i nie będziemy się opierać.

Rand potrząsnął głową.

„Przeklęci Aiele i ich przeklęte ji’e’toh”.

— Weźmiecie te włócznie i na powrót będziecie strzec mego namiotu. Dobrze? Ruszajcie. — Wymieniły spojrzenia, zanim go posłuchały, z takim samym wahaniem, z jakim wcześniej zbliżały się do niego. — Niech jedna z was powie Aviendzie, że niebawem wrócę do namiotu — dodał.

Nie miał zamiaru spędzać całej nocy na zewnątrz, zastanawiając się, czy jest już bezpiecznie. Odszedł, a kamienisty grunt urażał jego stopy.

Namiot Asmodeana znajdował się niedaleko. Żaden dźwięk nie wydobywał się ze środka. Odsunął klapę i zajrzał do wnętrza. Asmodean siedział w ciemnościach, gryząc wargę. Drgnął, kiedy zobaczył Randa i nie dał mu nawet szansy, by się odezwał.

— Nie spodziewałeś się chyba, że przyłożę do tego rękę, nieprawdaż? Poczułem Draghkara, ale bez wątpienia potrafisz sam sobie z nimi poradzić. Nigdy nie lubiłem Draghkarów, w ogóle nie trzeba ich było stwarzać. Są głupsze nawet od trolloków. Możesz wydawać im rozkazy, a one czasami zabiją po prostu tego, kto znajdzie się najbliżej. Gdybym wyszedł na zewnątrz, gdybym coś uczynił... A jeśli ktoś by zauważył? Co, jeśli by sobie uświadomili, że to nie ty przenosiłeś akurat w tej chwili? Ja...

— Lepiej dla ciebie, że nic nie zrobiłeś — przerwał mu Rand, siadając ze skrzyżowanymi nogami w ciemnościach. — Gdybym wyczuł cię, wypełnionego saidinem dzisiejszej nocy, mógłbym cię zabić.

Śmiech tamtego był odrobinę drżący.

— O tym też pomyślałem.

— To Sammael zarządził ten dzisiejszy atak. Trolloki i Sprzymierzeńcy Ciemności, w każdym razie.

— To niepodobne do Sammaela, on nie marnuje ludzi — powoli powiedział Asmodean. — Ale wyśle dziesięć tysięcy na śmierć albo po dziesięciokroć tylu, jeżeli tylko w ten sposób zyska coś, co uzna za warte tej ceny. Być może któreś z pozostałych chce, byś myślał, że to on. Nawet gdyby Aielowie brali jeńców... Trolloki nie myślą o niczym więcej prócz zabijania, Sprzymierzeńcy Ciemności zaś wierzą w to, co im się powie.

— To był on. Raz już, w podobny sposób, próbował nakłonić mnie podstępem, bym go zaatakował, to było pod Serendahar.

„Och, Światłości!” — Ta myśl dryfowała po powierzchni Pustki. — „Powiedziałem «mnie»”.

Nie wiedział ani gdzie leżało Serendahar, ani nic na jego temat prócz tego, co właśnie powiedział. Słowa po prostu wyrwały się z jego ust.

Po dłuższej chwili milczenia Asmodean powiedział:

— O tym nie miałem pojęcia.

— Ja jednak chcę wiedzieć, dlaczego? — Rand teraz już ostrożnie dobierał słowa, mając nadzieję, że wszystkie są jego własne. Pamiętał twarz Sammaela, człowieka...