„To nie ja. To nie moje wspomnienia”.
...człowieka mocno zbudowanego, z krótką słomianą brodą. Asmodean opisał mu wszystkich Przeklętych, wiedział jednak, że ten obraz nie powstał na podstawie tego opisu. Sammael zawsze chciał być wyższy i oburzał się, że nie może tego osiągnąć dzięki Mocy. Asmodean nigdy mu o tym nie wspomniał.
— Z twoich słów wynika, że nie zmierzy się ze mną, dopóki nie będzie pewny zwycięstwa, a być może nawet wówczas nie. Powiedziałeś, iż najprawdopodobniej oddałby mnie Czarnemu, gdyby mógł. A więc dlaczego jest teraz taki pewny, że zwycięży, gdy postanowię ruszyć za nim?
Omawiali tę sprawę godzinami, siedząc w ciemnościach i nie dochodząc do żadnych wniosków. Asmodean bronił przekonania, że to było któreś z pozostałych, które miała nadzieję, że w ten sposób napuści Randa na Sammaela, a tym samym pozbędzie się jednego z nich lub obu naraz; przynajmniej Asmodean tak twierdził. Rand czuł na sobie badawcze spojrzenie ciemnych oczu tamtego. Ten błąd był za duży, by go zamaskować.
Kiedy na koniec wrócił do swojego namiotu, Adelin wraz, z dwunastoma Pannami poderwała się natychmiast na równe nogi, jedna przez drugą mówiły mu, że Egwene już poszła, Aviendha zaś od dawna śpi, że była zła na niego, że obie były. Proponowały mu najrozmaitsze porady, jak sobie poczynać z gniewem obu kobiet, gadały jedna przez. drugą tak, iż nic nie potrafił z tego zrozumieć. W końcu wreszcie zamilkły, wymieniły spojrzenia, a Adelin przemówiła:
— Musimy porozmawiać a dzisiejszej nocy. O tym, co zrobiłyśmy, i czego nie zrobiłyśmy. My...
— To nie ma znaczenia — zapewnił ją — a jeśli nawet miało, to już zostało wybaczone i zapomniane. Chciałbym trochę pospać, choćby kilka godzin. Jeżeli chcesz o tym porozmawiać, idź pomówić z Amys czy Bair. Pewien jestem, że lepiej niż ja zrozumieją, o co ci chodzi.
Ku jego zaskoczeniu w ten sposób zamknął im usta; pozwoliły mu bez przeszkód wejść do namiotu.
Aviendha leżała zagrzebana pod kocami, jedna szczupła, obnażona noga sterczała na zewnątrz. Próbował na nią nie patrzeć. Zostawiła zapaloną lampę. Z wdzięcznością wspiął się na swoje legowisko i przeniósł Moc, gasząc światło, a dopiero potem wypuścił saidina. Tym razem śnił o tym, jak Aviendha miota płomienie, z tym że nie przeciwko Draghkarowi, obok zaś niej siedział Sammael i śmiał się.
23
„Piąta część, którą wam daję”
Egwene prowadziła Mgłę wokół porośniętego trawą wzgórza i obserwowała strumień Aielów schodzących z Przełęczy Jangai. Spódnice ponownie zadarły jej się za kolana, ale ledwie to zauważyła. Nie mogła przecież spędzać każdej chwili na obciąganiu ich. A poza tym miała na nogach pończochy; więc nie było tak, jakby pokazywała gołe łydki.
Aielowie spływali kolumnami w dół, zgrupowani wedle klanów, szczepów i społeczności. Tysiące za tysiącami, wraz z jucznymi końmi i mułami, oraz gai’shain, którzy dopilnują obozowisk, kiedy pozostali będą walczyć; ludzka rzeka rozciągała się na milę, a większość wciąż jeszcze była na przełęczy albo już oddaliła się poza zasięg spojrzenia. Nawet bez rodzin wyglądali niczym pielgrzymujący naród. Jedwabny Szlak był przyzwoitą drogą, szeroką na pełne pięćdziesiąt kroków, wyłożoną wielkimi białymi kamieniami; przecinał wzgórza prostą linią, w odpowiednich miejscach zniwelowano pochyłości. Tylko od czasu do czasu był widoczny poprzez masy Aielów, choć i tak woleli biec po trawie, wiele bowiem kamieni bruku sterczało rogiem w górę albo zapadło się jednym krańcem. Minęło dwadzieścia lat od czasu, gdy po tej drodze jeździło coś innego niźli fury tutejszych farmerów, względnie nieliczne powozy.
Widok drzew stanowił z początku prawdziwe zaskoczenie, wysokie dęby i skórzane liście rosły w prawdziwych zagajnikach, to było coś zupełnie innego niż przypadkowe, powykręcane wiatrem karłowate kształty zapamiętane z Pustkowia; wysoka trawa falowała w podmuchach wiatru wiejącego ponad wzgórzami. Na północy rozciągał się prawdziwy las, po niebie płynęły chmury, niezbyt okazałe i bardzo wysoko, ale jednak chmury. Powietrze zdawało się cudownie chłodne po żarze Pustkowia, a także wilgotne, chociaż zbrązowiałe liście i wielkie brunatne łaty na trawie jednoznaczne wskazywały, że jest goręcej i bardziej sucho niźli zazwyczaj o tej porze roku. A jednak okolice Cairhien stanowiły żyzny raj w porównaniu z krainą położoną po drugiej stronie Muru Smoka.
Mały, kręty strumień sączył swoje wody pod niemalże zupełnie poziomym mostem, spinającym brzegi wyschłej gliny koryta; rzeka Gaelin płynęła niedaleko stąd. Ciekawiło ją, jak też Aielowie zareagują na nią; raz już widziała Aielów nad potokiem. Cieniutka wstążka wody wprowadziła zamieszanie w równej kolumnie ludzi, zarówno mężczyźni jak i Panny zatrzymywali się, by spojrzeć w zadziwieniu, a dopiero potem przeskakiwali na drugą stronę.
Wozy Kadere turkotały po drodze, ciągnione z trudem przez zaprzęgi złożone z wielu mułów, ale wciąż nie nadążały za Aielami. Cztery dni zabrało im pokonanie przewężeń i zakrętów przełęczy, Rand zaś najwyraźniej zamierzał dotrzeć tak daleko w głąb Cairhien, na ile mu tylko pozwoli tych kilka godzin, które jeszcze zostały do końca dnia. Moiraine i Lan towarzyszyli karawanie wozów; nie jechali przed nimi, ani też obok podobnego do pudełka małego domku na kołach Kadere, lecz przy drugim wozie, na którym pod płótnem odznaczał się kształt futryny drzwi ter’angreala, wystającej ponad resztę ładunku. Niektóre przedmioty były starannie opakowane, inne ułożone w skrzyniach i baryłkach, w których Kadere wiózł do Pustkowia rozmaite towary, niektóre zaś zwyczajnie wepchnięto tam, gdzie starczyło dla nich miejsca; najdziwniejsze kształty z metalu i szkła, czerwony fotel z kryształu, dwie figurki wielkości dziecka przedstawiające nagiego mężczyznę i nagą kobietę, pręty z kości słoniowej oraz jakiegoś dziwnego czarnego tworzywa, rozmaitej długości i średnicy. Wszystkie rodzaje obiektów, włączając w to takie, które Egwene ledwie byłaby zdolna opisać. Moiraine wykorzystała każdy cal przestrzeni dostępnej na wozach.
Egwene chciałaby wiedzieć, dlaczego Aes Sedai tak bardzo troszczy się o zawartość tego wozu; przypuszczalnie nikt poza nią nie zauważył, iż Moiraine zwraca nań uwagę baczniej niźli na wszystkie pozostałe razem wzięto. Ale szansa na to, że się tego dowie, była raczej niewielka. Równość we wzajemnych stosunkach, jaka od niedawna między nimi panowała, była stanem raczej delikatnym, przekonała się o tym już w chwili, gdy zadała to właśnie pytanie, które obecnie ją nurtowało, gdzieś w połowie drogi przez przełęcz i usłyszała, że ma zbyt żywą wyobraźnię, a jeśli ponadto ma jeszcze zbyt dużo wolnego czasu. by szpiegować Aes Sedai, to być może Moiraine mogłaby pomówić z Mądrymi na temat zwiększenia intensywności jej szkolenia. Oczywiście Egwene natychmiast ją szczerze przeprosiła, z właściwym chyba skutkiem. W każdym razie Amys i pozostałe oddały do jej dyspozycji taką samą część nocy jak wcześniej.
Minęła ją jakaś setka Far Dareis Mai Taardad Aiel, biegły z dużą swobodą, zasłony zwisały luźno, w każdej chwili gotowe do zapięcia, kołczany pełne strzał kołysały się przy biodrach. Niektóre trzymały w dłoniach wygięte rogowe łuki ze strzałami nałożonymi na cięciwy, u innych łuki spoczywały na plecach w futerałach, włócznie i tarcze kołysały się w rytm biegu. Z tyłu ich kolumny dojrzała jakiś tuzin gai’shain w białych szatach, prowadzili juczne muły i z trudem nadążali. Jedno z nich było odziane w czerń, nie zaś biel — Isendre pracowała najciężej ze wszystkich. Egwene dojrzała wśród nich Adelin, a nadto dwie lub trzy, które również strzegły namiotu Randa w czasie nocnego ataku. Wszystkie prócz broni niosły również niezgrabnie wykonane lalki, odziane w spódnice i białe bluzki; z twarzami o rysach stężałych bardziej niż zazwyczaj usiłowały udawać, że nic się nie dzieje.