— On naprawdę rozkazuje — oznajmiła.
Aviendha ledwie oderwała oczy od postaci Randa.
— Nie znam go. Nie potrafię go pojąć. Spójrz na tę rzecz, którą on niesie.
Miała na myśli, oczywiście, miecz. W ścisłym tego słowa znaczeniu, Rand nie niósł miecza, zawiesił go na łęku swego siodła w niewymyślnej pochwie z brunatnej skóry dzika; długa rękojeść, oprawiona w taką samą skórę, sięgała mu aż do pasa. Rękojeść i pochwę wykonał dla niego jeden z ludzi z Taien podczas długiej drogi przez Przełęcz. Egwene zastanawiała się po co mu taka broń, skoro potrafił przenieść Moc i stworzyć miecz z ognia lub inne rzeczy, przy których miecze były niczym zabawki.
— Ty mu go dałaś, Aviendha.
Jej przyjaciółka nachmurzyła się.
— Próbował mnie nakłonić, bym również przyjęła rękojeść. Używał jej, należy do niego. Używał miecza, stojąc przede mną, jakby tym samym szydził ze mnie.
— Nie jesteś zła z powodu miecza. — Nie przypuszczała, by było inaczej, jednak Aviendha ani słowem nie wspomniała o tamtej nocy w namiocie Randa. — Wciąż chodzi ci o to, w jaki sposób odezwał się wtedy do ciebie, i potrafię to zrozumieć. Wiem, że jest mu przykro. Czasami gada, co mu ślina przyniesie na język, ale jeśli tylko pozwolisz się przeprosić...
— Nie potrzebuję jego przeprosin — wymamrotała Aviendha. — Nie chcę... Nie potrafię tego już dłużej znieść. Nie mogę już spać w jego namiocie.
Nagle chwyciła ją za ramię, a Egwene, gdyby nie znała jej tak dobrze, pomyślałaby, iż przyjaciółka jest bliska łez.
— Musisz z nimi porozmawiać w moim imieniu. Jesteś Aes Sedai. Muszą mi pozwolić wrócić do swoich namiotów. Muszą!
— Kto musi co zrobić? — zapytała Sorilea, odłączając się od swej grupy i podchodząc do nich. Mądra z Siedziby Shende miała rzadkie siwe włosy i skórę obciągniętą ściśle na kościach czaszki. I jasne zielone oczy, które potrafiłyby konia zwalić z nóg z odległości dziesięciu kroków. W ten sposób normalnie spoglądała na ludzi. Kiedy zaś bywała zła, pozostałe Mądre siedziały cicho, a wodzowie klanów poszukiwali wymówki, by się natychmiast oddalić.
Melaine wraz z jeszcze jedną Mądrą, siwiejącą Nakai z Czarnych Wód, ruszyły również w ich stronę, ale zrezygnowały ze swego zamiaru, gdy Sorilea zmierzyła je wzrokiem.
— Gdybyś nie była tak zajęta myślami o swym nowym mężu, Melaine, wiedziałabyś, że Amys chce z tobą mówić. Z tobą także, Aerin.
Melaine zaczerwieniła się po same uszy i umknęła w stronę pozostałych, przy czym starsza Mądra zdążyła ją wyprzedzić. Sorilea patrzyła, jak się oddalają, potem przeniosła spojrzenie na Aviendhę.
— Teraz możemy sobie spokojnie porozmawiać. A więc nie chcesz czegoś zrobić. Oczywiście jest to coś, co ci zrobić kazano. I sądzisz, że ta Aes Sedai, to dziecko, może cię od tego wybawić.
— Sorilea, ja... — Aviendha nie potrafiła skończyć.
— Za moich czasów dziewczęta skakały, kiedy Mądre mówiły im, że mają to robić, skakały, dopóki nie kazano im przestać. A ponieważ wciąż żyję, są to dalej moje czasy. Czy muszę mówić jaśniej?
Aviendha wzięła głęboki oddech.
— Nie, Sorilea — powiedziała słabo.
Oczy starej kobiety spoczęły na Egwene.
— A ty? Czy myślisz, że uda ci się wyprosić coś dla niej?
— Nie, Sorilea. — Egwene miała wrażenie, że na dodatek powinna się jeszcze ukłonić.
— Dobrze — oznajmiła Sorilea, choć w jej głosie nie było śladu satysfakcji, dokładnie tak jakby innej odpowiedzi nie oczekiwała. — Teraz możemy porozmawiać o czymś, co naprawdę chcę wiedzieć. Słyszałam, że Car’a’carn dał ci podarunek wyrażający jego zainteresowanie twoją osobą, podarunek, o jakim nikt dotąd nie słyszał, rubiny i kamienie księżycowe.
Aviendha podskoczyła, jakby mysz właśnie przebiegła jej po nodze. No cóż, w takiej sytuacji prawdopodobnie by się nie przestraszyła, Egwene osądziła to po sobie. Aviendha zaczęła wyjaśniać całą sytuację, opowiadając o mieczu Lamana i pochwie do niego tak szybko, że jej słowa zlewały się ze sobą.
Sorilea poprawiła szal na ramionach, wymruczała coś o dziewczętach dotykających mieczy, nawet owiniętych w koc, i że będzie musiała odbyć ostrą rozmowę na ten temat z „młodą Bair”.
— A więc nie wpadłaś mu w oko. Szkoda. To by go mocniej z nami związało; obecnie zbyt wielu ludzi uważa za swoich. — Przez chwilę od stóp do głów mierzyła Aviendhę wzrokiem. — Przypuszczam, że mogę skłonić Ferana, by na ciebie spojrzał. Jego dziadek jest moim siostrzeńcem. Masz inne obowiązki niźli uczyć się na Mądrą. Te biodra stworzone zostały do rodzenia dzieci.
Aviendha potknęła się na jakimś wyłomie w nawierzchni drogi i omal nie upadła.
— Ja... pomyślę o nim, kiedy nadejdzie czas — powiedziała, nie mogąc złapać tchu. — Jeszcze się dużo muszę nauczyć na temat bycia Mądrą, Feran zaś to Seia Don, a wszak Czarne Oczy ślubowały, że nie będą spać pod dachem ani pod namiotem, dopóki Couladin żyje.
Couladin sam należał do Seia Don.
Jednak Mądra o pomarszczonej twarzy skinęła tylko głową, jakby już wszystko zostało ustalone.
— Ty, młoda Aes Sedai. Znasz dobrze Car’a’carna, tak przynajmniej powiadają. Czy postąpi, jak zagroził? Czy powiesi nawet wodza klanu?
— Sądzę, że... może... że tak zrobi. — Ale poczuła się zmuszona dodać: — Pewna jednak jestem, iż można mu przemówić do rozumu.
Nie była pewna żadnej z tych rzeczy, nawet tego, że jest w tym jakaś racja — to, co powiedział Rand, zabrzmiało sprawiedliwie — ale sprawiedliwość na nic mu się nie zda, gdy okaże się, że pozostali zwrócili się przeciwko niemu, podobnie jak wcześniej Shaido.
Sorilea spojrzała na nią zaskoczona, potem objęła wzrokiem grupę wodzów skupionych wokół wierzchowca Randa, wzrokiem, który był chyba zdolny powalić ich wszystkich na ziemię.
— Nie rozumiesz mnie. On musi pokazać temu parszywemu stadu wilków, że jest najsilniejszym wilkiem, przewodnikiem. Wódz musi być twardszy od pozostałych ludzi, młoda Aes Sedai, Car’a’carn zaś najtwardszy ze wszystkich wodzów. Z każdym dniem coraz więcej ludzi, nawet Panny, ogarnia apatia, ale oni stanowią miękką zewnętrzną korę żelaznego drzewa. Zostanie tylko twardy wewnętrzny rdzeń, a on musi być równie twardy, aby im przewodzić. — Egwene zauważyła, że nie wymieniła ani siebie, ani pozostałych Mądrych wśród tych, którym Rand będzie przewodził. Mamrocząc coś pod nosem o „parszywych wilkach”, Sorilea żwawo ruszyła naprzód i po chwili już wszystkie Mądre słuchały tego, co ma im do powiedzenia. Cokolwiek to było, Egwene nic nie usłyszała.
— Kto to jest ten Feran? — zapytała Egwene. — Nigdy o nim nie wspomniałaś. Jak on wygląda?
Aviendha, patrząc spod zmarszczonych brwi na Sorileę, której postać zasłaniały prawie całkowicie skupione wokół niej kobiety, powiedziała nieobecnym głosem:
— Jest bardzo podobny do Rhuarka, choć znacznie młodszy, wyższy i przystojniejszy, o bardziej rudych włosach. Od ponad roku próbuje zainteresować sobą Enailę, ale sądzę, że to ona raczej nauczy go śpiewać, zanim porzuci włócznię.
— Nie rozumiem. Masz zamiar dzielić go z Enailą? Ciągle to dziwnie dla mnie brzmi, gdy tak spokojnie o tym mówisz.
Aviendha znowu się potknęła, odzyskała równowagę i spojrzała na Egwene.