Выбрать главу

— Dzielić go? Nie chcę żadnej jego części. Twarz ma piękną, ale jego śmiech przypomina ryczenie muła, poza tym dłubie sobie w uszach.

— Ale z tego co mówiłaś Sorilei, pomyślałam, że... lubisz go. Dlaczego nie powiedziałaś jej tego, co mówisz teraz mnie?

Tamta zaśmiała się z przymusem.

— Egwene, gdyby ona pomyślała, że mam zamiar go unikać, sama zrobiłaby dla mnie ślubny wianek i za kark zawlokła i mnie, i Ferana do ślubu. Czy słyszałaś, by ktoś powiedział „nie” Sorilei? Słyszałaś?

Egwene otworzyła już usta, by powiedzieć, że oczywiście słyszała, ale niezwłocznie zamknęła je na powrót. Zdominowanie Nynaeve to jedno, uczynienie zaś tego z Sorileą to coś krańcowo innego. To jakby stawanie na drodze lawiny i perswadowanie jej, by się zatrzymała.

Chcąc zmienić temat, powiedziała:

— Porozmawiam z Amys i pozostałymi o tobie. — Nie sądziła jednak, by to na cokolwiek się zdało. Właściwy czas na wycofanie się minął w momencie, gdy wszystko się zaczęło. Przynajmniej Aviendha dostrzegała niestosowność całej sytuacji. Być może... — Jeżeli razem do nich pójdziemy, pewna jestem, że nas wysłuchają.

— Nie, Egwene. Muszę być posłuszna Mądrym. Ji’e’toh wymaga tego. — Jakby wcale nie prosiła o wstawiennictwo dosłownie przed momentem. Jakby prawie nie błagała Mądrych, by nie zmuszały jej do spania w namiocie Randa. — Ale dlaczego mój obowiązek względem ludu nigdy nie pokrywa się z tym, czego ja pragnę? Dlaczego wolałabym umrzeć, miast go wykonać?

— Aviendha, nikt cię nie może zmusić, byś brała ślub albo miała dzieci. Nawet Sorilea. — Egwene żałowała, że ostatnich słów nie udało jej się wypowiedzieć pewniejszym głosem.

— Nie rozumiesz — cicho odrzekła tamta — a ja nie mogę ci tego wytłumaczyć.

Owinęła się ciaśniej szalem i nie mówiła już więcej na ten temat. Miała ochotę porozmawiać o pobieranych przez obie naukach albo o tym, czy Couladin zawróci i wyda im bitwę, lub w jaki sposób małżeństwo wpłynęło na Melaine — która teraz najwyraźniej musiała się zmuszać do bycia nieprzyjemną i twardą — czy też o czymkolwiek, z wyjątkiem tego, czego nie potrafiła albo nie chciała wyjaśnić.

24

Przekazana wiadomość

Kiedy pod koniec dnia zatrzymali się na postój, wygląd otaczającej ich okolicy uległ zmianie. Wzgórza były tu niższe, zagajniki gęstsze. Często obalone kamienne murki, które otaczały pozostałości pól, zamieniały się w podłużne hałdy porośnięte żywopłotem i prowadziły wprost w las dębu, skórzanego liścia, hikory, sosny i papierowca, a także innych drzew, których nazw Egwene nie znała. Kilka budynków farm pozbawionych było dachów, a w ich środku wyrosły wysokie na dziesięć, piętnaście stóp drzewa niczym maleńkie zagajniki ograniczone kamiennym murem, wraz z ćwierkającymi ptakami i wiewiórkami o czarnych ogonach. Przypadkowe strumyczki wzbudzały wśród Aielów równie wiele poruszenia, jak nieduży las czy trawa. Słyszeli opowieści o mokradłach, czytali przecież o nich w książkach kupowanych u takich handlarzy jak Hadnan Kadere, ale tylko kilku widziało je na własne oczy od czasu pościgu za Lamenem. Przyzwyczaili się jednak szybko; szarobure brązy namiotów dobrze zlewały się z tłem opadłych liści, więdnącej trawy i innych roślin. Obóz ciągnął się całymi milami, w promieniach złotego zachodu skrzyły się liczne małe ogniska, na których gotowano strawę.

Egwene z prawdziwym zadowoleniem wślizgnęła się do swego namiotu, gdy już gai’shain go rozstawili. Wewnątrz zastała zapalone lampy i niewielki ogień płonący na palenisku. Rozwiązała sznurowadła swych miękkich butów i wyciągnęła się na dywanikach z jaskrawymi frędzlami, poruszając palcami stóp. Żałowała tylko, że nie ma miski z wodą, w której mogłaby wymoczyć nogi. Nie udawała, że posiada energię równie niespożytą jak Aielowie, ale doprawdy stawała się już chyba zdecydowanie za miękka, skoro parę godzin marszu czuła w obrzmiałych nogach. Tutaj nie będzie problemów z wodą. A przynajmniej nie powinno być — w tej samej chwili przypomniał jej się tamten wysychający strumień — z pewnością jednak będzie mogła zażyć normalnej kąpieli.

Cowinde, uniżona i cicha w swych białych szatach, przyniosła jej kolację, kawałek tego jasnego chleba wypiekanego z mąki zemai oraz tłusty gulasz w misce w białe i czerwone paski; zjadła mechanicznie, była bowiem bardziej zmęczona niźli głodna. W zawartości miski rozpoznała suszony pieprz i fasolę, ale nawet nie zapytała, skąd pochodzi mięso.

„Królik” — zapewniała samą siebie zdecydowanie i postanowiła w to uwierzyć. Aielowie jadali rzeczy, od których Elayne włosy mocniej chyba skręcały się na głowie. Jednak mogłaby się założyć, że Rand nawet nie spojrzy na to, co je. Mężczyźni zawsze byli niewybredni, jeśli chodziło o jedzenie.

Kiedy już skończyła gulasz, wyciągnęła się blisko zdobnie wykonanej srebrnej lampy wyposażonej w wypolerowaną odblaśnicę. Poczuła się trochę winna, kiedy zdała sobie sprawę, że większość Aielów nie ma w nocy innego światła niźli tylko blask ognisk; niewielu zabrało ze sobą lampy i oliwę do nich, wyjąwszy wodzów klanów i Mądre. Ale przecież nie było sensu siedzieć w mętnej poświacie paleniska, skoro mogła mieć właściwe światło. To przypomniało jej, że tutaj noce nie będą tak drastycznie odmienne od dni jak w Pustkowiu; w rzeczy samej, we wnętrzu namiotu zaczynało się już robić nieprzyjemnie gorąco.

Przeniosła krótki strumień Mocy, sploty Powietrza, by zdusić ogień, potem wygrzebała z juków książkę w zniszczonej skórzanej oprawie, pożyczoną od Aviendhy. Tom był mały, ale gruby, gęsto zapełniony drobnym drukiem; trudno było go czytać przy słabym świetle, łatwo jednak nosić przy sobie. Płomień, ostrze i serce brzmiał tytuł książki, a stanowiła ona zbiór opowieści o Birgitte i Gaidalu Cainie, Anselanie i Barashelle, Rogoshu Sokole Oko i Dunsinin, oraz dziesiątki innych. Aviendha twierdziła, iż książka podoba jej się ze względu na zamieszczone w niej opisy przygód i bitew, zresztą może tak było, jednak prócz tego każda dokładnie historia traktowała o miłości mężczyzny i kobiety. Egwene była gotowa przyznać, że właśnie to lubiła w książce, te czasami burzliwe, czasami czułe wątki odwiecznej miłości. Przynajmniej sama przed sobą gotowa była to przyznać. Nie był to bowiem ten rodzaj rozrywki, do którego przyznałaby się publicznie jakakolwiek kobieta roszcząca sobie pretensje do miana rozsądnej.

Prawdę powiedziawszy, na lekturę nie miała wcale większej ochoty niż wcześniej na jedzenie — pragnęła tylko kąpieli i snu, z kąpieli nawet mogłaby zrezygnować — ale tej nocy ona i Amys miały się spotkać z Nynaeve w Tel’aran’rhiod. Gdziekolwiek Nynaeve teraz znajdowała się w drodze do Ghealdan, z pewnością noc jeszcze tam nie zapadła, nie należało więc jeszcze się kłaść.

Z opowieści, jakimi uraczyła ją przy ostatnim spotkaniu Elayne, wynikało, że wędrowna menażeria jest doprawdy niezwykle interesująca, chociaż Egwene nie potrafiła pojąć, dlaczego obecność Galada miałaby stanowić powód do ucieczki. Jej zdaniem Nynaeve i Elayne najzwyczajniej w świecie dojrzały do tego, by polubić przygodę. Źle, że z Siuan tak się stało, potrzebowały twardej ręki, która by je przywołała do porządku. Swoją drogą to dziwne, że potrafiła w ten sposób myśleć o Nynaeve, to tamta bowiem zawsze w jej oczach uchodziła za osobę twardą i zdecydowaną. Ale od czasu spotkania w Wieży Świata Snów, Nynaeve z każdą chwilą stawała się przeciwnikiem coraz słabszym, by z nim toczyć boje.

Poczucie winy, zrozumiała, kartkując książkę w oczekiwaniu na dzisiejsze spotkanie z tamtą. Nie dlatego, że stęskniła się za przyjaciółką, ale dlatego, że chciała zobaczyć, czy efekty jej ostatniego spotkania okazały się trwałe. Gdy Nynaeve szarpnie choć raz swój warkocz, wówczas spojrzy na nią chłodno spod uniesionych brwi i...