Выбрать главу

— Powtórzę jej — zgodziła się Elayne. — Ty też się zmieniłaś. Jest w tobie coś, co przypomina obecnego Randa.

Egwene dopiero po chwili zrozumiała, co tamta ma na myśli, pomógł ten nieznaczny uśmiech.

— Nie bądź głupia.

Elayne zaśmiała się i uścisnęła ją ponownie.

— Och, Egwene, będziesz pewnego dnia Zasiadającą na Tronie Amyrlin, podczas gdy ja będę królową Andoru.

— O ile będzie jeszcze istniała jakaś Wieża — trzeźwo zauważyła Egwene, a śmiech Elayne zamarł.

— Elaida nie może zniszczyć Białej Wieży, Egwene. Cokolwiek uczyni, Wieża przetrwa. Być może długo nie będzie Amyrlin. Kiedyś Nynaeve przypomni sobie przecież nazwę tego miasteczka, założę się, że wtedy znajdziemy Wieżę na wygnaniu ze wszystkimi Ajah z wyjątkiem Czerwonych.

— Też mam taką nadzieję. — Egwene zdawała sobie sprawę, że w jej głosie brzmi smutek. Chciała przecież, by Aes Sedai opowiedziały się za Randem, a przeciwko Elaidzie, jednak oznaczało to przecież nieunikniony rozpad Białej Wieży, która być może nigdy już nie stanie się jednością.

— Muszę wracać — powiedziała Elayne. — Nynaeve nalega każdorazowo, żeby ta z nas, która nie wchodzi do Tel’aran’rhiod, pozostawała przytomna, a z tym jej bólem głowy, to tak naprawdę powinna wypić któryś z tych swoich naparów i położyć się spać. Nie mam pojęcia, dlaczego tak się przy tym upiera. Ta, która czuwa na jawie, i tak nie będzie mogła w niczym pomóc, a obie przecież wiemy teraz wystarczająco dużo, by być tu całkowicie bezpieczne.

Jej zielona suknia zmieniła się na moment w biały kaftan Birgitte i żółte spodnie tamtej, po chwili wróciła do poprzedniego stanu.

— Nynaeve nie kazała ci tego mówić, ale ona myśli, że Moghedien próbuje nas odnaleźć. Ją i mnie.

Egwene nie zadała oczywistego pytania. Z pewnością było to coś, co wiedziały od Birgitte. Dlaczego Elayne tak bardzo nalegała na utrzymanie wszystkiego w tajemnicy?

„Ponieważ obiecała. Elayne nigdy w życiu nie złamała obietnicy”.

— Powiedz jej, żeby była ostrożna. — Małe szanse, że Nynaeve spokojnie siedzi i czeka, wiedząc, iż jedna z Przeklętych ją ściga. Na pewno nie zapomniała, że raz już ją pokonała, a zawsze miała więcej odwagi niż rozumu. — Przeklętych nie można lekceważyć. To samo odnosi się do Seanchanki, nawet jeśli jest tylko rzekomą treserką zwierząt. Powiedz jej to.

— Nie przypuszczam, byś ty posłuchała, gdybym powiedziała ci, że masz być ostrożna.

Spojrzała na Elayne z zaskoczeniem.

— Zawsze jestem ostrożna. Wiesz o tym.

— Oczywiście.

Ostatnią rzeczą, jaką Egwene Zobaczyła, gdy tamta powoli znikała, był uśmiech pełen nie skrywanego rozbawienia.

Sama nie ruszała się na razie z miejsca. Jeżeli Nynaeve nie potrafiła sobie przypomnieć, gdzie znajdowało się zgromadzenie Błękitnych, to być może jej uda się to odkryć. Nie był to nowy pomysł ani też jej pierwsza wizyta w Wieży od czasu spotkania z Nynaeve. Ukryła się pod obliczem Enaili, z sięgającymi do ramion płomiennorudymi włosami, oraz sukienką Przyjętej z wielokolorową lamówką, potem przywołała obraz zdobnie umeblowanego gabinetu Elaidy.

W jego wnętrzu niewiele się zmieniło, choć przy każdej wizycie przed szerokim stołem stało coraz mniej rzeźbionych w liście winorośli stołków. Nad kominkiem wciąż wisiały te same rysunki. Egwene podeszła prosto do stołu, odsunęła na bok ten przypominający tron fotel inkrustowany kością słoniową w płomień Tar Valon, dzięki czemu mogła łatwo sięgnąć do lakierowanej szkatułki na listy. Uniosła wieczko z namalowanymi chmurami i walczącymi jastrzębiami i zaczęła, najszybciej jak potrafiła, przeglądać pergaminy. Mimo to niektóre w połowie lektury znikały, inne zmieniały się. A nie było jak stwierdzić z góry, co jest ważne, a co zupełnie nieistotne.

Były to prawie same raporty donoszące o kolejnych porażkach. Wciąż ani słowa na temat miejsca, do którego lord Bashere zabrał swoją armię, w raporcie wyraźnie pobrzmiewały tony zawodu i zmartwienia. Imię generała poruszyło jakąś strunę w jej umyśle, ale nie mając czasu do stracenia, odłożyła to na później i wzięła do ręki następną kartkę. Dalej ani słowa na temat tego, gdzie jest Rand, donosił uniżony raport, w którym między wierszami wyczuwało się niemalże panikę. To była pożyteczna wiadomość, sama w sobie warta tej podróży. Minął ponad miesiąc, odkąd otrzymano ostatnie wieści z Tanchico, niezależnie od tego, którą siatkę szpiegowską Ajah brało się pod uwagę, a te z Tarabon także zamilkły — pisząca te słowa składała całą winę na anarchię tam panującą; plotki na temat tego, że ktoś zajął Tanchico, nie zostały potwierdzone, lecz autorka raportu sugerowała, iż być może w sprawę zamieszany był Rand. Jeszcze lepiej, gdy Elaida będzie szukała go w miejscu oddalonym o tysiąc lig. Pełen niepewności i zmieszania raport donosił, że Czerwona siostra w Caemlyn informowała, jakoby widziała Morgase na publicznej audiencji, jednak pozostałe Ajah twierdziły, że królowa pozostaje w odosobnieniu od wielu już dni. Walki na Ziemiach Granicznych, być może oznaczające drobne bunty w Shienarze oraz Arafael — pergamin zniknął, zanim zdążyła się doczytać przyczyn. Pedron Niall wzywa Białe Płaszcze do Amadicii, przypuszczalnie przygotowując ofensywę przeciwko Altarze. Dobrze się stało, że Elayne i Nynaeve nie będą tam dłużej niż tylko trzy dni.

Następny pergamin dotyczył właśnie Elayne i Nynaeve. Pisząca doradzała na samym początku, by ukarać agentkę, która pozwoliła im uciec — Elaida pokreśliła te słowa grubym pociągnięciem pióra i dopisała na marginesie: „Dla przykładu!” — a potem, dokładnie w chwili, gdy autorka zaczynała ze szczegółami opisywać poszukiwania tej dwójki w Amadicii, pojedyncza kartka zmieniła się w cały plik bibułek, na pierwszy rzut oka wyglądających jak plany architektoniczne i budowlane prywatnej rezydencji Amyrlin na terenach Wieży. Wnosząc po ilości stronic, miał to być raczej rodzaj pałacu.

Wypuściła więc kartki z ręki, a one zniknęły, zanim zdążyły się rozsypać na blacie stołu. Lakierowana szkatułka znowu się zamknęła. Dobrze wiedziała, że mogła tutaj spędzić resztę życia; w pudełku zawsze będą kolejne dokumenty i zawsze będą się zmieniać. Im bardziej coś było efemeryczne w świecie jawy — list, część ubrania, dzbanek, który ciągle zmienia swe położenie — tym mniej trwałe było jego odbicie w Tel’aran’rhiod. Nie mogła jednak zostać tutaj nazbyt długo; przebywanie w Świecie Snów nie pozwalało odpocząć w takim samym stopniu jak normalny sen.

Pośpiesznie przeszła do przedpokoju, miała już sięgnąć do schludnego stosu zwojów i pergaminów na stole Opiekunki — na niektórych były nawet pieczęcie — kiedy pomieszczenie jakby zamigotało. Zanim zdążyła się zastanowić, co to oznacza, drzwi otworzyły się, do wnętrza zaś wszedł Galad, z uśmiechem na ustach, w swoim brokatowym błękitnym kaftanie dokładnie dopasowanym do ramion i obcisłych spodniach ukazujących kształt łydek.

Westchnęła głęboko, ścisnęło ją w żołądku. Mężczyzna nie może być taki piękny, to nie w porządku.

On zaś podszedł bliżej, zmrużył oczy i delikatnie dotknął palcami jej policzka.

— Czy przespacerujesz się ze mną po ogrodach Wieży? — zapytał cicho.

— Jeżeli wy dwoje chcecie się migdalić — odezwał się znienacka przenikliwy kobiecy głos — to wolałabym, byście nie robili tego tutaj.

Egwene odwróciła się natychmiast i spojrzała na Leane siedzącą za stołem; stuła Opiekunki otaczała jej ramiona, na twarzy o miedzianych policzkach zastygł słodki uśmiech.

Drzwi do gabinetu Amyrlin były otwarte, a w nich widać było Siuan, stała za swoim prostym stołem i czytała jakiś długi pergamin; pasiasta stuła, symbol urzędu, spoczywała na jej ramionach. To było jakieś szaleństwo.