Выбрать главу

Uciekła, nawet nie zastanawiając się, jaki obraz tworzy przed oczyma... i znalazła się nagle, z trudem łapiąc oddech, na Łące w Polu Emonda, otoczona zewsząd krytymi strzechą dachami, mając przed sobą źródło Winnej Jagody, wytryskujące z kamiennej odkrywki na szerokiej połaci zieleni. W pobliżu bystrego, błyskawicznie rozszerzającego się strumienia stała niewielka gospoda jej ojca z niską kamienną podmurówką i wystającym okapem pierwszego piętra wymytym do białości. „Jedyny taki dach w Dwu Rzekach” — często mawiał Bran al’Vere o swych czerwonych dachówkach. Wielkie kamienne fundamenty w pobliżu gospody „Winna Jagoda” oraz potężny rozłożysty dąb wyrastający z ich środka były znacznie starsze od samej gospody.

„Głupia”.

Po ostrzeżeniu Nynaeve przed snami w Tel’aran’rhiod, teraz sama omal nie dała się złapać w pułapkę jednego ze swoich własnych. Chociaż to dziwne, że przyśnił jej się właśnie Galad. Ta prawda, śniła o nim czasem. Poczuła, jak pali ją twarz; z pewnością go nie kochała, czy nawet szczególnie lubiła, ale był tak piękny i w tych snach zachowywał się znacznie śmielej, niźli życzyłaby sobie tego na jawie. To o jego bracie, Gawynie, śniła znacznie częściej, ale to było równie głupie. Cokolwiek twierdziła Elayne, nigdy nie wyjawił swych uczuć do niej.

To ta głupia książka, z tymi wszystkimi opowieściami o kochankach. Kiedy tylko obudzi się rano, powinna natychmiast zwrócić ją Aviendzie. I powiedzieć jej, że jej zdaniem tamta czyta ją nie tylko dla pomieszczonych w niej przygód.

Jednak nie miała ochoty jeszcze stąd odchodzić. Dom. Pole Emonda. Ostatnie miejsce, w którym naprawdę czuła się bezpiecznie. Minęło ponad półtora roku, odkąd je widziała, a mimo ta wszystko pozostało tak, jak zapamiętała. Nie całkiem. Na Łące stały dwa wysokie maszty, na których powiewały wielkie sztandary. Czy Perrin miał cokolwiek z tym wspólnego? Nie potrafiła tego sobie wyobrazić. A jednak on właśnie wrócił do domu, tak powiedział Rand, śniła zaś o nim i wilkach więcej niźli raz.

Dość tego głupiego wystawania tutaj. Czas by...

Migotanie.

Jej matka wyszła z gospody, z przetykanym pasmami siwizny warkoczem przewieszanym przez ramię. Marin al’Vere była szczupłą kobietą, wciąż przystojną, najlepszą kucharką w Dwu Rzekach. Egwene słyszała, jak jej ojciec śmieje się z wnętrza wspólnej izby, gdzie spotykał się z resztą Rady Wioski.

— Wciąż tu jesteś, dziecko? — zapytała matka, łagodnie ją besztając i uśmiechając się. — Z pewnością jesteś już od tak dawna zamężna, by rozumieć, iż twój mąż nie powinien się dowiedzieć, że pogrążasz się w czarnych myślach, kiedy na niego czekasz. — Pokręciła głową i zaśmiała się. — Za późno. Oto i on.

Egwene odwróciła się chętnie, jej spojrzenie przemknęło nad głowami dzieci bawiących się na Łące. Deski Mostu Wozów załomotały, gdy Gawyn przegalopował po nim, chwilę później zeskoczył z siodła tuż przed nią. Wysoki, ubrany w haftowany złotem czerwony kaftan, miał te same rudozłote loki, jak jego siostra i wspaniałe, głębokie, błękitne oczy. Nie był tak przystojny, jak jego przyszywany brat, rzecz jasna, ale jej serce na jego widok biło szybciej niźli na widok Galada... „Na widok Galada? Co?”

...i musiała aż przycisnąć dłonie do brzucha, by powstrzymać taniec wielkich motyli w żołądku.

— Tęskniłaś za mną? — zapytał, uśmiechając się.

— Odrobinę.

„Dlaczego musiałam pomyśleć o Galadzie? Jakbym go widziała dokładnie chwilę temu”.

— Teraz i tutaj, kiedy nie mam nic interesującego do zrobienia. A ty za mną tęskniłeś?

Za całą odpowiedź porwał ją tylko w ramiona i pocałował. Zupełnie zakręciło jej się w głowie, z niewielu rzeczy zdawała sobie sprawę, zanim nie postawił jej z powrotem na ziemi. Stojąc na chwiejnych nogach, spostrzegła, że sztandary zniknęły.

„Jakie sztandary?”

— Oto i on — powtórzyła jej matka, podchodząc bliżej z dzieckiem zawiniętym w pieluszki. — Oto twój syn. Wspaniały chłopak. W ogóle nie płacze.

Gawyn zaśmiał się, biorąc od niej dziecko, uniósł je do góry.

— On ma twoje oczy, Egwene. Pewnego dnia będzie miał powodzenie u dziewcząt.

Egwene odsunęła się od nich, potrząsnęła głową. Przecież były sztandary, czerwony orzeł i czerwony wilczy łeb. Naprawdę widziała Galada. W Wieży.

— NIEEEEE!

Uciekła, przeskakując z Tel’aran’rhiod bezpośrednio do swego ciała. Przez krótką chwilę leżała, zastanawiając się mgliście, jak mogła być tak głupia, by omal nie dać się pochwycić swoim fantazjom, a potem zapadła głęboko we własny, bezpieczny sen. Gawyn galopował przez Most Wozów, zeskakiwał z siodła...

Moghedien wyszła zza węgła krytego strzechą domu, zastanawiając się leniwie, gdzież może leżeć ta maleńka wioska. Nie był to rodzaj miejsca, nad którym spodziewałaby się zobaczyć powiewające sztandary. Dziewczyna okazała się silniejsza, niż można było sądzić, i uciekła przed jej splotem Tel’aran’rhiod. Nawet Lanfear nie mogła równać się z nią zdolnościami w tej dziedzinie, niezależnie od tego, co sama twierdziła. A jednak należało się nią zainteresować, rozmawiała bowiem z Elayne Trakand, która z kolei mogła doprowadzić ją do Nynaeve al’Meara. Wszakże jedynym powodem, dla którego próbowała ją złapać, była chęć pozbycia się kogoś, kto potrafi swobodnie przemierzać Tel’aran’rhiod. Już konieczność dzielenia go z Lanfear była wystarczająco nieprzyjemna.

Co innego Nynaeve al’Meara. Kobieta, która jeszcze będzie ją błagać, żeby pozwoliła jej sobie służyć. Sprowadzi ją tutaj w cielesnej postaci, może nawet poprosi Wielkiego Władcę, aby obdarzył ją nieśmiertelnością, niech przez wieczność żałuje, że weszła jej w drogę. Nynaeve i Elayne knuły coś z Birgitte, czyi nie? Tamta była następną, która zasłużyła sobie na karę. Birgitte nawet nie wiedziała, kim była Moghedien tak dawno temu, w Wieku Legend, kiedy pokrzyżowała jej misterny plan mający na celu złożenie Lewsa Therina u jej stóp. Ale Moghedien pamiętała. Tylko że Birgitte — Teadra, tak się wówczas nazywała — umarła, zanim zdążyła się nią zająć. Śmierć nie była żadną karą, żadnym kresem, skoro oznaczała życie tutaj.

Nynaeve al’Meara, Elayne Trakand i Birgitte. Je trzy musiała znaleźć i odpłacić im. Nie opuszczając cieni, tak żeby nie miały pojęcia, co się dzieje, dopóki nie będzie za późno. Wszystkie trzy, bez wyjątku.

Zniknęła, sztandary zaś dalej powiewały na lekkiej bryzie wiejącej w Tel’aran’rhiod.

26

Sallie Daera

Aura wielkości, błękitna i złota, migotała spazmatycznie wokół głowy Logaina, chociaż on sam jechał zgarbiony w siodle. Min nie potrafiła pojąć, dlaczego ostatnimi czasy pojawia się częściej. On nawet nie troszczył się, by podnieść wzrok, wbity w porośniętą zielskiem drogę przed pyskiem swego wierzchowca, i spojrzeć na niskie, zalesione wzgórza otaczające ich ze wszystkich stron.

Pozostałe dwie kobiety wyprzedzały ich nieco, Siuan równie niezgrabnie jak zawsze dosiadała kudłatej Beli, Leane prowadziła z wdziękiem swoją szarą klacz, częściej posługując się kolanami niźli wodzami. Tylko nienaturalnie proste rzędy paproci przecinające zasłane liśćmi poszycie lasu wskazywały, że niegdyś musiała tędy biec droga. Grube, splątane gałęzie nad głowami dawały trochę schronienia przed promieniami słońca, trudno jednak było określić panujący pod nimi cień jako dający chłód. Pot spływał po twarzy Min, pomimo wiejącego od czasu do czasu lekkiego wiatru.