Już piętnasty dzień jechały na południowy zachód od Lugardu, zdając się jedynie na zapewnienia Siuan, że wie dokładnie, dokąd ich prowadzi. Rzecz jasna, nawet nie wspomniała, jaki jest cel ich podróży; zamknięte ściśle usta Siuan i Leane przypominały pułapkę na niedźwiedzia. Min nie była nawet do końca pewna, czy Leane także wie. Piętnaście dni, podczas których miasta i wioski stawały się coraz mniej liczne, odległości zaś między nimi coraz większe, aż wreszcie przestały w ogóle pojawiać się na ich drodze. Z każdym dniem ramiona Logaina opadały coraz niżej, ale też z każdym dniem coraz częściej jego głowę otaczała aura. Z początku tylko mruczał, że ścigają Mglistego Jaka, lecz Siuan niebawem na powrót objęła prowadzenie bez większego sprzeciwu z jego strony, a on coraz bardziej zatapiał się w sobie. W ciągu ostatnich sześciu dni tak osłabł, że nie troszczył się już chociażby o to, dokąd zmierzają, ani nawet o to, czy w ogóle kiedykolwiek tam dotrą.
Siuan i Leane w tej chwili rozmawiały cicho między sobą. Do uszu Min docierało jedynie ledwie słyszalne mamrotanie, które równie dobrze mogło być szeptem wiatru w gałęziach drzew. Ale gdyby spróbowała podjechać bliżej, wówczas z pewnością kazałyby jej mieć oko na Logaina albo zwyczajnie patrzyłyby na nią tak długo, że nawet tępy niby kamień głupiec zrozumiałby, iż nie powinien wtykać nosa w nie swoje sprawy. Wystarczająco często już tak postępowały. Jednak Leane od czasu do czasu odwracała się w siodle, by spojrzeć na Logaina.
Na koniec Leane podprowadziła Księżycowy Kwiat do boku jego karego ogiera. Upał zdawał się jej nie dokuczać w najmniejszym stopniu; tylko cienka warstewka potu pokrywała miedzianą skórę jej twarzy. Min ściągnęła wodze Dzikiej Róży, aby ustąpić tamtej miejsca.
— Teraz to już nie potrwa długo — zapewniła go Leane namiętnym głosem. Nawet nie oderwał wzroku od krzewów przed nosem swego wierzchowca. Pochyliła się bliżej, łapiąc go za ramię, by zachować równowagę. A tak naprawdę przytulając się do niego. — Jeszcze tylko trochę, Dalyn. Będziesz miał swoją zemstę.
On jednak dalej patrzył tępo na drogę.
— Martwy byłby bardziej zainteresowany — powiedziała Min i rzeczywiście tak pomyślała. Dokładnie zwracała uwagę na wszystko, co robiła Leane, a wieczorami rozmawiała z nią, próbując jednocześnie nie zdradzić wcale, dlaczego to czyni. Nigdy nie będzie w stanie się zachowywać tak jak tamta...
„Dopóki nie będę miała w głowie tyle wina, że nie będę potrafiła w ogóle myśleć”.
...jednak kilka sztuczek może się kiedyś przydać.
— Może gdybyś go pocałowała?
Leane rzuciła jej groźne spojrzenie, od którego mógłby zamarznąć strumień, ale Min tylko uciekła wzrokiem. Nigdy nie miała z Leane takich problemów jak z Siuan — cóż, przynajmniej nie tak często — a te drobne trudności zmniejszyły się od czasu, jak opuściły Wieżę. I stawały się jeszcze mniej znaczące, gdy rozmawiały o mężczyznach. W jaki sposób mogłaby zostać onieśmielona przez kobietę, która ze śmiertelną powagą opowiadała jej, że istnieje sto siedem różnych rodzajów pocałunku oraz dziewięćdziesiąt trzy sposoby dotknięcia twarzy mężczyzny dłonią? Leane naprawdę zdawała się wierzyć w te wszystkie rzeczy.
Owa propozycja pocałunku nie miała zabrzmieć jak szyderstwo. Leane zwodziła go, uśmiechała się doń w taki sposób, że każdemu mężczyźnie para mogłaby trysnąć uszami, od dnia, kiedy trzeba było go wyciągać spod koców, choć poprzednio wstawał pierwszy, podrywając resztę. Min nie wiedziała, czy Leane naprawdę coś do niego czuje — chociaż nie miała szczególnych kłopotów z dopuszczeniem do siebie nawet takiej możliwości — czy też po prostu próbowała utrzymać go przy życiu, by Siuan mogła go wykorzystać później dla jakichś swoich planów.
Leane z pewnością nie zrezygnowała z flirtowania z innymi mężczyznami. Ona i Siuan najwyraźniej uzgodniły między sobą, że Siuan będzie rozmawiać z kobietami, Leane zaś z mężczyznami i tak było od czasu Lugardu. Jej uśmiechy i spojrzenia dwukrotnie już zapewniły im izby w sytuacji, gdy karczmarz mówił z początku, że żadnych wolnych nie posiada, w trzech przypadkach zaniżyły rachunek, a podczas dwu nocy umożliwiły spanie w stodole zamiast w krzakach. Z ich też powodu ich czwórka ścigana była przez jedną wieśniaczkę z widłami, kolejna zaś kobieta rzuciła za nimi śniadaniem złożonym z zimnych płatków owsianych, ale Leane uważała te incydenty za zabawne, jeśli nawet nie. wydawały się śmieszne nikomu innemu. Jednak podczas ostatnich kilku dni Logain przestał reagować w taki sposób jak wszyscy pozostali mężczyźni, którzy widzieli ją dłużej niż przez dwie minuty. Przestał reagować zarówno na nią, jak i na resztę świata.
Siuan prowadziła Belę sztywno, z łokciami odsuniętymi daleko od ciała, wyglądała tak, jakby w każdej chwili mogła spaść z siodła. Ale upał zdawał się również na niej nie wywierać szczególnego wrażenia.
— Widziałaś coś wokół niego dzisiaj? — Nawet nie spojrzała w stronę Logaina.
— Wciąż to samo — cierpliwie odrzekła Min. Siuan nie chciała zrozumieć, czy też uwierzyć, niezależnie od tego, jak wiele razy jej powtarzały, ona lub Leane. Nie miało to najmniejszego znaczenia, nawet gdyby nie zauważyła wcześniej tej aury, już podczas pierwszego spotkania w Tar Valon. Gdyby nawet Logain padł w tej chwili na drogę i zaczął rzęzić w przedśmiertnej agonii, ona dalej gotowa byłaby postawić wszystko, co posiada, a nawet więcej, na cudowne ozdrowienie. Na przykład, mogłoby to być pojawienie się Aes Sedai, która by go Uzdrowiła. Cokolwiek. To, co widziała, zawsze okazywało się prawdziwe. Zawsze. Wiedziała o tym z taką samą pewnością, z jaką wiedziała, kiedy po raz pierwszy zobaczyła Randa al’Thora, że zakocha się w nim rozpaczliwą, beznadziejną miłością i będzie musiała go dzielić z dwoma innymi kobietami. Logain powołany był do chwały, o jakiej śni niewielu mężczyzn.
— Nie rozmawiaj ze mną takim tonem — powiedziała Siuan, a jej błękitne oczy spojrzały ostro. — Jest już wystarczająco źle, że musimy karmić łyżeczką tego wielkiego włochatego karpia, gdyż w przeciwnym razie umarłby nam z głodu, żebyś jeszcze ty stawała się ponura niczym czapla zimą. Mogę się nim zajmować, dziewczyno, ale jeśli ty zaczniesz sprawiać mi kłopoty, zaręczam, że pożałujesz tego bardzo szybko. Czy wyraziłam się jasno?
— Tak, Mara.
„Przynajmniej udało ci się zawrzeć odrobinę sarkazmu w tej odpowiedzi — pomyślała z goryczą. — Nie musisz być potulna jak gęś. Powiedziałaś Leane prosto w twarz, żeby ci dała spokój”.
Kobieta Domani zaproponowała bowiem, by przećwiczyła na weterynarzu w ostatniej wiosce to, o czym dotąd tylko rozmawiały. Wysoki, przystojny mężczyzna, z silnymi dłońmi i leniwym uśmiechem, a jednak...
— Postaram się nie być ponura.
Najgorsze z tego wszystkiego było to, że dołożyła starań, aby jej słowa zabrzmiały szczerze. Siuan potrafiła osiągnąć to, co chciała. Min nie umiała sobie nawet wyobrazić Siuan rozmawiającej o tym, jak należy uśmiechać się do mężczyzny. Siuan spojrzałaby mu w oczy, oznajmiła, co powinien zrobić i oczekiwała, iż zostanie to bezzwłocznie wykonane. Dokładnie w taki sam sposób radziła sobie ze wszystkimi pozostałymi rzeczami. Jeżeli czasami postępowała inaczej, jak w przypadku Logaina, to wyłącznie dlatego, że cała sprawa nie była na tyle ważna, by ją forsować za wszelką cenę.
— To już niedaleko, nieprawdaż? — zapytała żywo Leane. — Nie podoba mi się jego wygląd, a gdybyśmy musiały się zatrzymać na jeszcze jedną noc... Cóż, jeżeli okaże się bardziej jeszcze oporny niźli dzisiejszego ranka, to nie przypuszczam, by udało nam się choćby wsadzić go na siodło.