— Niedaleko, jeżeli te ostatnie wskazówki są właściwe — w głosie Siuan brzmiało rozdrażnienie. W ostatniej wiosce, dwa dni temu, zadawała dużo pytań — oczywiście nie pozwoliła, by Min się przysłuchiwała jej rozmowie; Logain zaś nie okazywał śladu zainteresowania — i nie lubiła, jak jej ciągle o tym przypominano. Min nie potrafiła zrozumieć dlaczego. Siuan przecież nie mogła się tak naprawdę obawiać, że Elaida je ściga.
Sama też pragnęła, aby ich podróż wreszcie się skończyła. Nie miała pojęcia, jak daleko odjechały na południe, odkąd opuściły trakt do Jehannah. Większość mieszkańców wiosek miała blade pojęcie na temat tego, jakie jest dokładnie położenie ich osady względem jakichkolwiek innych punktów orientacyjnych prócz najbliższych miasteczek; kiedy jednak pokonały Manetherendrelle i wjechały do Altary, tuż przed tym, jak Siuan kazała im zjechać z uczęszczanej drogi, posiwiały stary przewoźnik na promie dysponował podartą mapą, na której przedstawiono tereny aż do Gór Mgły. Jeżeli jej ocena położenia nie była zupełnie błędna, to tylko kilka mil dzieliło je od następnej szerokiej rzeki. Albo będzie to Boern, co oznacza, że są już w Ghealdan, gdzie znajdował się Prorok i tłumy jego zwolenników, albo Eldar z Amadicią i Białymi Płaszczami na drugim brzegu.
Sama raczej stawiała na Ghealdan, Prorok czy nie, ale nawet to okazałoby się. niespodzianką, gdyby naprawdę dotarły tak blisko. Tylko głupiec szukałby zgromadzenia Aes Sedai bliżej Amadicii niźli to absolutnie konieczne, Siuan zaś z pewnością nie była głupia. Niezależnie od tego, czy znajdowały się w Ghealdan czy w Altarze, Amadicia z pewnością będzie daleko.
— Efekty poskromienia dają o sobie znać — wymruczała Siuan. — Oby tylko przeżył jeszcze kitka dni...
Min trzymała usta zamknięte na kłódkę; jeżeli tamta nie chciała słuchać, nie było sensu się odzywać.
Kręcąc głową,, Siuan na powrót wysunęła się z Belą na prowadzenie, ściskała jej wodze, jakby obawiała się, że krępa klacz wpadnie nagle w popłoch, Leane zaś wróciła do tyłu, by swoim miękkim niczym jedwab głosem uspokajać Logaina. Być może naprawdę coś do niego czuła; nie byłby to dziwniejszy wybór niźli ten, którego dokonała Min.
Mijali identyczne, porośnięte lasem wzgórza, takie same drzewa i gąszcze krzewów oraz jeżyn. Rzędy paproci, stanowiące ślad po dawnej drodze biegły prosto, jak strzelił; Leane powiedziała, że w miejscu gdzie była droga, gleba jest inna, w taki sposób, jakby Min musiała o tym wiedzieć. Od czasu do czasu popiskiwały na ich widok z gałęzi wiewiórki o zakończonych pędzelkami uszach, niekiedy słyszeli jakiś przypadkowy okrzyk ptaka. Jakie to były ptaki, Min nawet nie próbowała zgadywać. Baerlon w porównaniu z Caemlyn, Illian czy Łzą być może ledwie zasługiwało na miano miasta, ona jednak myślała o sobie jako o miejskiej dziewczynie; ptak to ptak. Nie, zupełnie nie interesowało jej, na jakim rodzaju ziemi rosną paprocie.
Znów zaczęły męczyć ją wątpliwości. Zdarzyło się to nie pierwszy raz od czasu opuszczenia Źródeł Kore, ale za każdym razem trudniej było sobie z nimi :poradzić. Od Lugardu jednak jej niepewność pogłębiała się z każdą milą, czasami przyłapywała się, że myśli o Siuan w taki sposób, w jaki przedtem by się nie odważyła. Rzecz jasna, nie miała teraz siły, aby dzielić się z Siuan tymi wątpliwościami; w istocie nawet sama przed sobą nie przyznawała się do nich. Być może tak naprawdę Siuan wcale nie wiedziała, dokąd zmierza. Mogła kłamać, ponieważ ujarzmienie zniosło wiążące ją Trzy Przysięgi. A być może, najzwyczajniej w świecie, żywiła płonną nadzieję, że jeśli będzie wytrwale szukać, to wreszcie znajdzie jakiś ślad, którego tak rozpaczliwie potrzebowała. Leane, w pewien szczególny, rzecz jasna, sposób, zaczęła już tworzyć swe własne życie, niezależne od trosk o władzę, Moc i o Randa. Nie chodzi o to, że zupełnie przestała się przejmować tymi kwestiami, jednak dla Siuan, zdaniem Min, nie istniało nic innego. Biała Wieża i Smok Odrodzony zamykały w sobie całą treść jej życia i będzie się trzymać tych rzeczy, nawet jeśli musiałaby kłamać sama przed sobą.
Z lasu wjechali do dużej wioski tak niespodziewanie, że Min aż usta otworzyła ze zdziwienia. Dęby i karłowate sosny — nazwy tylko tych drzew znała — na pięćdziesiąt kroków wnikały pomiędzy przylegające do niskich wzgórz, kryte strzechą domy zbudowane z okrągłych rzecznych kamieni. Mogłaby się założyć, że jeszcze nie tak dawno temu las porastał całą wioskę. Sporo drzew dalej rosło w maleńkich zagajnikach wśród domostw, tarasując przejścia między nimi, tu zaś i ówdzie świeże pniaki znajdowały się blisko wejść do budynków. Ulice wciąż wyglądały jakby świeżo nawieziono na nie ziemię, pozbawione tej twardej nawierzchni, jaką tworzą pokolenia udeptujących stóp. Mężczyźni w samych koszulach kryli nową strzechą trzy wielkie, kamienne, prostokątne budowle, w których musiały się niegdyś mieścić gospody — na jednej do dziś dostrzec można było pozostałości wypłowiałego, zniszczonego przez deszcze godła, kołyszącego się ponad drzwiami — jednak gdzie nie spojrzała, nie znalazła żadnego śladu po dawnych strzechach. Wszędzie było jakoś nazbyt wiele kobiet w porównaniu z liczbą mężczyzn, z kolei zaś jak na tyle kobiet, na ulicach było zbyt mało dzieci. Wonie gotowanej strawy przesycające powietrze stanowiły jedyną w miarę normalną rzecz w tym miejscu.
Jeżeli już pierwsze spojrzenie na wioskę zaskoczyło Min, to kiedy przyjrzała się bliżej rozciągającym się przed nią widokom, omal nie spadła z siodła. Młodsze kobiety, wytrząsające przez okna koce albo śpieszące się w jakiś sprawach, miały na sobie proste wełniane suknie, jednak w żadnej wiosce tej wielkości z pewnością nie można napotkać tylu kobiet w sukniach do konnej jazdy z jedwabiu czy znakomitej wełny, tak rozmaitych kolorów i krojów. Wokół tych kobiet, podobnie jak wokół głów większości mężczyzn unosiły się aury i obrazy, zmienne i migotliwe; wobec większości ludzi jej dar widzenia był nieprzydatny, lecz wokół Aes Sedai i Strażników aura znikała nie na dłużej niż na godzinę. Dzieci musiały należeć do służących Wieży. Zamężnych Aes Sedai było niewiele, jednak znając je, pewna była, że dołożyłyby wszelkich starań, by zabrać swoich służących wraz z ich rodzinami, z każdego miejsca, z którego same musiałyby uciekać. Siuan znalazła swoje zgromadzenie.
Kiedy jechały przez wioskę, wokół panowała niesamowita cisza. Nikt nie odezwał się ani słowem. Aes Sedai stały bez ruchu, obserwując je, podobnie zachowywały się młodsze kobiety, które musiały być Przyjętymi czy nawet nowicjuszkami. Mężczyźni, którzy jeszcze przed chwilą poruszali się z wilczą gracją, teraz zastygli nieruchomo, z jedną ręką ukrytą w słomie strzechy, albo sięgali za drzwi, gdzie bez wątpienia chowali broń. Dzieci zniknęły, pośpiesznie odegnane przez rodziców, którzy musieli być służącymi. Pod tymi spojrzeniami nie mrugających oczu Min poczuła, jak się jej jeżą włoski na karku.
Leane również wydawała się zaniepokojona, spod oka popatrywała na mijanych ludzi, jednak Siuan z całkowitym spokojem i niewzruszonym wyrazem twarzy prowadziła ich oddział prosto ku budynkowi największej gospody, tej z nierozpoznawalnym godłem; potem zsiadła z konia i przywiązała wodze Beli do żelaznego pierścienia jednego z kamieni, przy których zapewne niegdyś również uwiązywano konie. Min pomogła Leane zsadzić Logaina z siodła — Siuan ani razu nawet nie pomyślała, by też im w tym pomóc — i zobaczyła, że oczy tamtej niespokojnie biegają na boki. Wszyscy patrzyli, nikt się nie poruszał.
— Nawet przez chwilę nie spodziewałam się, że zostanę powitana niczym dawno nie widziana córka — wymruczała do tamtej — dlaczego jednak nikt nie powie nam nawet „dzień dobry”?