Выбрать главу

Asmodean mu nie pomoże; najwyraźniej nieszczególnie znał się na pogodzie. Na każdą rzecz, jakiej ten człowiek go nauczał, przypadały dwie inne, wobec których Asmodean albo wyrzucał ręce w bezradnym geście, albo zwodził go mglistymi obietnicami. Rand uważał kiedyś, że Przeklęci potrafią wszystko, że są wszechwiedzący. Jeśli jednak pozostali byli tacy jak Asmodean, to mieli nie tylko luki w wiedzy, ale również słabe strony. Mogło też w rzeczywistości być tak, iż on wiedział już więcej o pewnych rzeczach niż oni. Niż niektórzy, przynajmniej. Problem polegał na dowiedzeniu się, którzy to są. Semirhage władała pogodą niemalże równie kiepsko jak Asmodean.

Zadygotał, jakby to była noc w Ziemi Trzech Sfer. Asmodean nigdy mu tego nie powiedział. Lepiej słuchać wody i nie myśleć, jeśli tej nocy miał zamiar w ogóle zasnąć.

Podeszła do niego Sulin, z shoufą opuszczoną na ramiona, odsłaniającą jej krótkie, siwe włosy, i oparła się o balustradę. Żylasta Panna była uzbrojona jak do bitwy, w łuk, strzały, włócznie, nóż i skórzaną tarczę. To ona tej nocy dowodziła jego przyboczną strażą. Dwa tuziny innych Far Dareis Mai przykucnęło swobodnie na moście, w odległości dziesięciu kroków.

— Dziwna noc — zagaiła. — Grałyśmy w kości, ale ni stąd, ni zowąd, wszystkie, co do jednej, zaczęłyśmy wyrzucać same szóstki.

— Przykro mi — wypalił bez namysłu, za co obrzuciła go osobliwym spojrzeniem. Oczywiście nie miała o niczym pojęcia, nie chwalił się tym wszem i wobec. Zmarszczki, które rozsyłał jako ta’veren, rozkładały się na dziwaczne, losowe sposoby. Nawet Aielowie nie chcieliby podejść do niego bliżej niż na dziesięć mil, gdyby wiedzieli choć połowę.

Tego dnia pod trzema Kamiennymi Psami zapadła się ziemia i wpadli do gniazda jadowitych węży, jednakże żadne z kilkunastu ukąszeń nie natrafiło na nic prócz tkaniny. Wiedział, że to on nagina los. Tal Nethin, rymarz, który przeżył Taien, właśnie tego popołudnia potknął się o kamień i skręcił sobie kark, kiedy upadł na równy, porośnięty trawą grunt. Rand bał się, że to też jego dzieło. Ale dla odmiany, Bael i Jheran zakończyli waśń krwi między Shaarad i Goshien, kiedy wspólnie z nimi spożywał popołudniowy posiłek złożony z suszonego mięsa. Nadal nie znosili się wzajemnie i zdawali się nie rozumieć, co właściwie zrobili, ale stało się — przy wymianie ślubowań i przysiąg wody jeden przytrzymywał drugiemu kubek podczas picia. Dla Aielów przysięgi wody były bardziej wiążące od wszelkich innych; całe pokolenia być może przeminą, nim Shaarad i Goshien poważą się choćby na wzajemne podkradanie owiec, kóz albo bydła.

Zastanawiał się, czy te przypadkowe efekty kiedykolwiek zadziałają na jego korzyść; być może miało do tego dojść lada chwila. Co jeszcze zdarzyło się tego popołudnia, za co można by było obarczyć go winą, nie wiedział; nigdy nie pytał i wolał o tym nie słyszeć. Baelowie i Jheranowie tylko częściowo nadrabiali za Talów Nethinów.

— Od wielu dni nie widziałem ani Enaili, ani Adelin — zauważył. Zmiana tematu równie dobra jak każda inna. Te dwie dziewczyny zdawały się szczególnie zazdrosne o swoje miejsca w pełnionej przy nim straży. — Czy może są chore?

Spojrzenie, jakim obdarzyła go Sulin, było bardziej osobliwe od poprzedniego.

— Wrócą, kiedy odechce im się zabaw z lalkami, Randzie al’Thor.

Otworzył usta i zaraz je na powrót zamknął. Aielowie byli dziwni — lekcje Aviendhy częstokroć dziwność tę jeszcze dodatkowo uwydatniały, miast ją redukować — ale to zakrawało na jakiś absurd.

— No cóż, powiedz im, że są dorosłymi kobietami i że tak też powinny się zachowywać.

Nawet w nikłym świetle księżyca zauważył, że uśmiechnęła się z zadowoleniem.

— Będzie, jak Car’a’carn sobie życzy.

A to niby co miało znaczyć?

Przez chwilę mierzyła go wzrokiem, wydymając wargi w namyśle.

— Nie jadłeś jeszcze tego wieczora. Strawy zostało dość dla każdego, a ty nie napełnisz czyjegoś brzucha, gdy sam będziesz chodził głodny. Jeśli nie będziesz jadł, ludzie będą się martwić, żeś chory. I w końcu rozchorujesz się naprawdę.

Parsknął cichym śmiechem, podobnym do końskiego rżenia. W jednej chwili Car’a’carn, w następnej... Jeśli nie pójdzie po coś do jedzenia, Sulin prawdopodobnie sama mu przyniesie. I będzie usiłowała go karmić tak długo, aż nie pęknie.

— Będę jadł. Moiraine leży już pewnie pod kocami.

Jej zdziwione spojrzenie przyniosło mu satysfakcję; tym razem on powiedział coś, czego nie zrozumiała.

Kiedy zestawiał stopy na ziemię, usłyszał brzęk podków koni, które zdążały brukowaną ulicą w stronę mostu. Wszystkie Panny wyprostowały się w okamgnieniu, z zasłoniętymi twarzami i strzałami nasadzonymi na cięciwy. Dłoń Randa instynktownie powędrowała do pasa, ale nie znalazła miecza. Dostatecznie odstręczał Aielów tym, że jeździł konno i trzymał ten przedmiot przy siodle; uznał, że wcale nie musi jeszcze bardziej naruszać ich obyczajów przez przypasywanie znienawidzonego im oręża.

Konie szły stępa. Kiedy się zbliżyły, w otoczeniu eskorty złożonej z pięćdziesięciu Aielów, okazało się, że liczba jeźdźców nie dochodzi nawet do dwudziestu; zgarbione w siodłach sylwetki wyrażały rezygnację i zniechęcenie. Większość nosiła hełmy z szerokim okapem, spod napierśników wystawały bufiaste rękawy pasiastych taireniańskich kaftanów. Dwóch jadących na czele miało zdobnie pozłacane pancerze, hełmy zdobiły wielkie białe pióropusze, paski na rękawach zaś połyskiwały w świetle księżyca satyną. Dla odmiany sześciu mężczyzn, którzy zamykali tył kawalkady, niżsi i szczuplejsi od Tairenian, byli ubrani w ciemne kaftany i hełmy w kształcie dzwonów z otworem na twarz; dwaj mieli do pleców przymocowane krótkie laski, z których powiewały niewielkie proporce zwane con. Cairhienianie używali tych proporców, by móc odróżnić oficerów od szeregowców w czasie bitwy, a także dla oznakowania osobistej świty danego lorda.

Tairenianie z pióropuszami wytrzeszczyli na jego widok oczy, wymienili zaskoczone spojrzenia, po czym zsiedli z koni, by uklęknąć przed nim, hełmy wetknąwszy pod pachy. Byli młodzi, niewiele starsi od niego, obaj mieli ciemne bródki przystrzyżone w równy szpic zgodnie z modą obowiązującą wśród taireniańskiej arystokracji. Wgniecenia szpecące napierśniki, złocenia gdzieniegdzie łuszczące się świadczyły, że musieli już gdzieś skrzyżować miecze. Żaden nawet nie spojrzał na otaczających ich Aielów, jakby tamci mieli zniknąć, jeśli się ich zignoruje. Panny odsłoniły twarze, aczkolwiek nadal wyglądały na gotowe przeszyć klęczących włóczniami albo strzałami.

Za Tairenianami szedł Rhuarc w towarzystwie szarookiego Aiela, młodszego i nieco odeń wyższego; obaj przystanęli tuż za ich plecami. Mangin wywodził się z Jindo Taardad, zaliczał się do tych, którzy byli w Kamieniu Łzy. To Jindo przyprowadzili jeźdźców.

— Lordzie Smoku — zaczął pulchny, różowolicy lord — oby ma dusza sczezła, ale czy oni wzięli cię do niewoli?

Jego towarzysz, któremu odstające uszy i kluchowaty nos, nadawały mimo obecności spiczastej bródki wygląd farmera, nerwowym ruchem odgarniał raz za razem rzadkie włosy z czoła.

— Powiedzieli, że zabierają nas do jakiegoś osobnika, który ma przyjść o Świcie. Do Car’a’carna. O ile dobrze zapamiętałem, co mówił mój nauczyciel, to chyba oznacza jednego z wodzów. Wybacz mi, Lordzie Smoku. Jestem Edorion z Domu Selorna, a to Estean z Domu Andiama.

— A ja jestem Tym Który Przychodzi Ze Świtem — odparł spokojnie Rand. — I Car’a’carnem. — Nauczył się już radzić z takimi jak oni: młodymi lordami, którzy spędzali czas na piciu, hazardzie i uganianiu się za kobietami — kiedy przebywał w Kamieniu. Esteanowi oczy omal nie wyskoczyły z orbit; Edorion przez chwilę wyglądał na zaskoczonego, po czym powoli przytaknął, jakby nagle dostrzegł, że to wszystko ma sens.