Cofając się do brzegu, z wzrokiem utkwionym w miejscu, gdzie, jak mu się zdawało, wpadła Aviendha, przenosił strumienie Ognia na wciąż jeszcze nagi grunt, w sporej odległości od potoku, aż wreszcie piasek stopniał, scalił się i zaiskrzył bielą. Nawet podczas takiej burzy pozostanie przez jakiś czas gorący. Postawił na śniegu, tuż obok piasku tobół — jej życie będzie zależało od ponownego odnalezienia koców i dywaników — a potem przebrnął przez głęboką biel do wytopionej ścieżki i legł na niej płasko. Powoli wpełzał na pokryty śniegiem lód.
Przenikliwy wiatr, przed którym kaftan w ogóle go nie chronił, przewiał go na wskroś. Ręce miał zdrętwiałe, stopy zaś pełne życia; przestał dygotać, tylko czasem wstrząsał nim dreszcz. Lodowato spokojny we wnętrzu Pustki, wiedział, co się dzieje; w Dwu Rzekach zdarzały się zadymki śnieżne, może nawet tak paskudne jak ta. Jego ciało poddawało się powoli. Jeśli szybko nie znajdzie źródła ciepła, to będzie mógł spokojnie patrzeć z Pustki na własną śmierć. Ale jeśli on umrze, to umrze również Aviendha. O ile już nie umarła.
Poczuł raczej, niż usłyszał trzask lodu pod własnym ciężarem. Szukające po omacku dłonie wpadły w wodę. To było to miejsce, ale przez wirujący dookoła śnieg ledwie co widział. Młócił rękoma, szukał, pluskając odrętwiałymi palcami. Jedna ręka uderzyła o coś na krawędzi lodu, więc rozkazał palcom się zatrzymać, a wtedy chwycił w garść zamarznięte włosy.
„Trzeba ją wyciągnąć”.
Wlókł ją, czołgając się w tył. Całkiem bezwładna, powoli wysuwała się z wody.
„Nieważne, jeśli lód ją podrapie. Lepsze to, niż gdyby miała zamarznąć na śmierć albo utonąć”.
W tył.
„Ruszaj się. Jak przestaniesz, to ona umrze. Ruszaj się, a żebyś sczezł!”
Pełzł. Podciągając się nogami, zapierając jedną ręką. Drugą wczepił we włosy Aviendhy; nie było czasu, żeby jakoś lepiej ją złapać; ona i tak nic nie czuje.
„Za długo wszystko przychodziło ci łatwo. Lordowie klękali, gai’shain biegali, żeby przynieść ci wina, a Moiraine robiła, co jej kazano”.
W tył.
„Czas wreszcie coś z sobą zrobić, dopóki jeszcze można. Ruszaj się, ty przeklęty, parchaty kozisynu! Ruszaj się!”
Nagle zabolały go stopy; ból pełzł w górę nóg. Obejrzał się dopiero po chwili, a potem przeturlał na parującą łachę stopionego piasku. Smugi dymu unoszące się znad tego miejsca, w którym jego spodnie zaczęły się tlić, rozwiał wiatr.
Sięgnął po omacku po tobołek; owinął Aviendhę od stóp do głów wszystkim, co w nim było — kocami, narzutami z legowiska, szatami. Każde dodatkowe okrycie mogło mieć znaczenie. Dziewczyna miała zamknięte oczy i nie ruszała się. Odsunął koce, żeby przyłożyć ucho do jej piersi. Serce biło tak wolno, że nie był pewien, czy naprawdę je słyszy. Nawet cztery koce i pół tuzina dywaników nie wystarczało, a nie mógł przenieść ciepła w ciało tak jak w ziemię; nawet gdyby bardzo zwężył strumień, prędzej by ją zabił, niż ogrzał. Mimo burzy czuł splot; za pomocą którego zablokował bramę, oddalony o jakąś milę, może dwie. Jeśli spróbuje nieść ją tak daleko, nie przeżyje żadne z nich. Potrzebowali schronienia i to właśnie w tym miejscu.
Przeniósł strumienie Powietrza i śnieg zaczął sunąć ponad ziemią, pod wiatr, gromadząc się w postaci grubych, solidnych zasp o grubości trzech kroków, które zamknęły krąg, pozostawiając otwór wejściowy; budowla wznosiła się coraz wyżej, śnieg zbrylał się, aż wreszcie, szklisty jak lód, zasklepił ją dostatecznie wysoko, by można było w środku stanąć. Wziął Aviendhę na ręce i, zataczając się, wpadł do środka, tkając i wiążąc roztańczone płomienie w kątach schronienia, żeby je oświetlić, przenosząc śnieg, żeby zamknąć otwór wejściowy.
Zrobiło się cieplej, kiedy odciął drogę podmuchom wiatru, ale to nie wystarczało. Za pomocą sztuczki, której nauczył go Asmodean, splótł Powietrze z Ogniem i wokół nich zrobiło się jeszcze cieplej. Nie odważył się podwiązać splotu; gdyby zasnął, mógłby się rozrosnąć i stopić chatę. Płomienie, skoro już o tym mowa, były niemal równie niebezpieczne, by je pozostawiać bez dozoru, ale śmiertelnie zmęczony i przemarznięty do szpiku kości nie dałby rady utrzymać więcej niż jeden splot.
Podczas tego budowania grunt wewnątrz oczyścił się; ukazała się naga piaszczysta gleba, pokryta z rzadka zbrązowiałymi liśćmi, których nie rozpoznawał, oraz niskimi, uschłymi i sparchaciałymi chwastami, równie mu obcymi. Uwolniwszy splot, który ocieplał powietrze, lekko odmroził grunt, po czym zaczął tkać ad nowa. Dzięki temu splotowi mógł delikatnie ułożyć Aviendhę, zamiast ją brutalnie upuścić.
Wsunął rękę pod koce, wyczuł policzek, ramię. Po twarzy dziewczyny ściekały strumyczki wody z odmarzających włosów. On był zimny, ona natomiast lodowata. Potrzebowała jak najwięcej ciepła, każdej drobiny, jaką mógł pozyskać, ale mimo to nie odważył się jeszcze mocniej rozgrzać powietrza. Na ścianach już i tak połyskiwała cieniutka warstewka topniejącego śniegu. Nie czuł się zmarznięty, miał w sobie więcej ciepła niż ona.
Rozebrał się do naga i wsunął pod koce obok niej, układając na zewnątrz mokre ubranie; mogło się przydać do zatrzymania ciepła ciała. Zmysły, uwrażliwione przez Pustkę i saidina, syciły się dotykiem jej ciała. W porównaniu z jej skórą jedwab wydawałby się szorstki...
„Nie myśl!”
Odgarnął wilgotne włosy z jej twarzy. Źle, że ich nie osuszył, ale woda nie była już taka zimna, a zresztą nie miał czym się posłużyć z wyjątkiem koców lub ubrań. Jej oczy pozostawały zamknięte, ale klatka piersiowa nieznacznie drgnęła. Głowa spoczywała na jego ramieniu, wtulona w jego pierś. Równie dobrze mogłaby spać, gdyby w dotyku nie była jak wcielenie zimy. Taka spokojna; ani trochę zła. Taka piękna.
„Przestań myśleć!”
Surowy rozkaz, który dotarł zza skorupy Pustki.
„Mów do niej”.
Próbował mówić o pierwszej lepszej sprawie, jaka przyszła mu do głowy, o Elayne i zamieszaniu, jakie wywołały oba jej listy, ale to szybko przywołało w Pustkę myśli o złotowłosej Dziedziczce Tronu Andor, o całowaniu się z nią w odludnych zakamarkach Kamienia.
„Nie myśl o pocałunkach, głupcze!”
Przerzucił się na Min. O niej nigdy nie myślał w taki sposób. Cóż, kilka snów nie mogło się liczyć. Min spoliczkowałaby go, gdyby kiedykolwiek spróbował ją pocałować, albo wyśmiała i nazwała wełnianogłowym. Tyle że mówienie o jakiejkolwiek kobiecie przypominało mu, że oto trzyma w objęciach taką, która nie ma na sobie ubrania. Przepełniony Mocą czuł jej zapach, czuł każdy cal jej ciała tak wyraźnie, jakby wiódł dłońmi... Pustka zadrżała.
„Światłości, starasz się tylko ją ogrzać! Wyprowadźże myśli z chlewa, człowieku!”
Starając się więc o niej nie myśleć, opowiadał o swoich nadziejach związanych z Cairhien, o przywróceniu pokoju i położeniu kresu klęsce głodu, o poprowadzeniu za sobą narodów bez rozlewu krwi. Ale ten wątek też żył własnym życiem, przywołując na myśl drogę, która nieuchronnie wiodła ku Shayol Ghul, gdzie musiał zmierzyć się z Czarnym i zginąć, jeśli Proroctwa mówiły prawdę. Wyrażanie nadziei na to, że może jednak przeżyje, zakrawało na tchórzostwo. Aielowie nie znali tchórzostwa; najgorszy z nich był odważny jak lew.