— Pęknięcie Świata zabiło słabych — przypomniał sobie słowa Baela — a Ziemia Trzech Sfer zabiła tchórzów.
Zaczął opowiadać o miejscu, w którym się znaleźli, dokąd ich ściągnęła swą nagłą, bezsensowną ucieczką. Miejsce odludne i takie obce, i do tego ten śnieg... Bezsensowna ucieczka. Szaleństwo! Wiedział jednak, że była to ucieczka przed nim. Uciekła przed nim... Jak ona musi go nienawidzieć, skoro wolała to zrobić, zamiast zwyczajnie poprosić, by wyszedł i pozwolił jej się umyć w samotności.
— Powinienem był zapukać. (Do drzwi własnej sypialni?) — Wiem, że nie chcesz przebywać w moim towarzystwie. Wcale nie musisz. Wrócisz do namiotów Mądrych, czegokolwiek by żądały, cokolwiek by mówiły. Już nigdy więcej nie będziesz musiała się do mnie zbliżać. A jeśli się zbliżysz, to ja... to ja cię odeślę. — Skąd to wahanie w tym momencie? Odnosiła się do niego z gniewem, pełna złości wtedy, gdy była przytomna, i była taka chłodna, obca, gdy spała... — To było wariactwo. Mogłaś się zabić.
Znowu gładził ją po włosach; nie potrafił przestać.
— Jak jeszcze raz zrobisz coś tak zwariowanego, to skręcę ci kark. Czy ty masz jakiekolwiek pojęcie, jak ja będę tęsknił za twoim oddechem w nocy? — Tęsknił? Ona go tym doprowadzała do szaleństwa! To on jest szalony. Musi z tym skończyć. — Odejdziesz i to wszystko, nawet gdybym musiał odesłać cię do Rhuidean. Mądre nie będą się mogły sprzeciwić, jeśli przemówię jako Car’a’carn. Już więcej nie będziesz musiała przede mną uciekać.
Drgnęła i ręka, którą mimo woli ją gładził, zastygła nagle. Poczuł, że zrobiła się ciepła. Bardzo ciepła. Powinien okryć się przyzwoicie jednym z koców i odsunąć się. Otworzyła oczy, czyste i ciemnozielone, wpatrzone w niego z powagą z odległości niecałej stopy. Nie wyglądała na zdziwioną, że go widzi i nie wyrwała się. Odjął ręce od jej ciała, zaczął się odsuwać, a ona uchwyciła garść jego włosów w bolesnym uścisku. Gdyby się poruszył, prawdopodobnie by mu je wyrwała. Nie dała mu szansy, by mógł cokolwiek wytłumaczyć.
— Obiecałam mojej prawie-siostrze, że będę cię pilnować. — Wydawała się mówić także do siebie, nie tylko do niego, niskim, pozbawionym emocji głosem. — Uciekałam przed tobą najszybciej, jak umiałam, żeby ochronić swój honor. Ale ty mnie dopadłeś nawet tutaj. Pierścienie nie kłamią, a ja już dłużej nie mogę uciekać. — Jej głos nabrał stanowczości. — Nie będę już więcej uciekała.
Rand próbował ją spytać, co miała na myśli, jednocześnie starając się wyplątać jej palce z włosów, ale ona chwyciła jeszcze jedną garść z drugiej strony i przyciągnęła jego usta do swoich. To był koniec wszelkiej racjonalnej myśli; Pustka rozleciała się na kawałki, saidin umknął. Wiedział, że nawet gdyby chciał, to i tak nie umiałby się powstrzymać, zresztą taka chęć wcale nie przychodziła mu do głowy, a ona najwyraźniej też tego nie chciała. W rzeczy samej, ostatnia spójna myśl, jaka przyszła mu do głowy, była taka, że chyba jej nie powstrzyma.
Dużo później — dwie godziny, może trzy; nie bardzo był pewien — leżał na dywanikach, nakryty kocami, z dłońmi podłożonymi pod głową, wpatrzony w Aviendhę, która badała śliskie, białe ściany. Trzymały zaskakującą ilość ciepła; nie musiał na powrót przywierać do saidina, żeby zagrodzić drogę zimnu albo ogrzać powietrze. Przy wstawaniu przeczesała tylko włosy palcami i paradowała przed nim, zupełnie nie zawstydzona nagością. Co prawda było trochę za późno na wstyd, i to z powodu czegoś tak nieznaczącego jak brak ubrania. Kiedy wywlekał ją z wody, bał się, że ją porani, ale teraz zauważył, że miała na ciele mniej zadrapań niż on i zdawały się wcale nie szpecić jej urody.
— Co to jest? — spytała.
— Śnieg. — Wyjaśnił pojęcie śniegu najlepiej jak umiał, ale ona tylko potrząsała głową, trochę ze zdziwienia, a trochę nie dowierzając. Dla kogoś, kto wychował się w Pustkowiu, zamarznięta woda spadająca z nieba musiała być czymś równie niemożliwym jak fruwanie. Wyglądało na to, że w Pustkowiu śnieg spadł dopiero wtedy, gdy on to sprawił.
Nie potrafił powstrzymać westchnienia żalu, kiedy zaczęła wkładać bieliznę.
— Mądre mogą nas ożenić, zaraz jak wrócimy. — Nadal wyczuwał splot, dzięki któremu brama była wciąż otwarta.
Ciemnoruda głowa Aviendhy wyskoczyła z otworu w koszuli; dziewczyna patrzyła na niego spokojnie. Nie wrogo, ale też nie przyjaźnie. Stanowczo.
— Na jakiej podstawie uważasz, że jakiś mężczyzna miałby prawo prosić mnie o to? A poza tym należysz przecież do Elayne.
Otworzył usta ze zdziwienia.
— Aviendha, przecież my właśnie... My dwoje... Światłości, musimy się teraz pobrać. Choć ja wcale nie robię tego, bo muszę — dodał pośpiesznie. — Ja tego chcę. — Wcale nie był tego pewien. Wydawało mu się, że być może ją kocha, ale wydawało mu się, że kocha również Elayne. I z jakiegoś powodu stale wracał myślami do Min.
„Jesteś takim samym rozpustnikiem jak Mat”.
Ale przynajmniej raz mógł uczynić coś słusznego dlatego, że to było słuszne.
Pociągnęła pogardliwie nosem i obmacała pończochy, by sprawdzić, czy są suche, po czym usiadła, żeby je włożyć.
— Egwene opowiadała mi o waszych obyczajach małżeńskich w Dwu Rzekach.
— Chcesz zaczekać rok? — spytał z niedowierzaniem.
— Rok? A tak, właśnie o tym mówię.
Nigdy dotąd nie zwracał uwagi na to, ile nogi pokazuje kobieta przy wciąganiu pończochy; dziwne, wydało mu się to takie podniecające, mimo że przed chwilą widział ją zupełnie nagą, spoconą i... Musiał się mocno skupić, żeby jej słuchać.
— Egwene opowiadała mi, że zamierzała poprosić swą matkę, by ta pozwoliła jej poślubić ciebie, ale zanim o tym w ogóle wspomniała, matka powiedziała, że będzie musiała odczekać cały rok, nawet jeśli zaplecie włosy w warkocz. — Aviendha skrzywiła się, jedno z kolan trzymała niemal pod brodą. — Czy tak to właśnie jest? Mówiła, że dziewczynie nie wolno splatać włosów, dopóki nie dorośnie do małżeństwa. Czy ty w ogóle rozumiesz, o czym ja mówię? Wyglądasz jak tamta... ryba... którą Moiraine złowiła w rzece.
W Pustkowiu nie było żadnych ryb; Aielowie znali je jedynie z książek.
— Jasne, że tak — odparł. Równie dobrze mógł być głuchy i ślepy, nic z tego nie rozumiał. Wiercąc się pod kocami, starał się mówić pewnym głosem. — W każdym razie... Cóż, obyczaje bywają skomplikowane, a ja nie jestem pewien, o których ty mówisz.
Przez chwilę patrzyła na niego podejrzliwie, ale obyczaje samych Aielów były tak pogmatwane, że uwierzyła mu. W Dwu Rzekach młodzi prowadzali się razem przez rok, a jeśli się okazało, że mają się ku sobie, następowały zrękowiny, a wreszcie małżeństwo; tak wyglądał ten obyczaj. Ubierała się, mówiąc dalej.
— Chodziło mi o to, że w ciągu tego roku dziewczyna prosi o pozwolenie swoją matkę, a także Wiedzącą. Nie mogę powiedzieć, bym to rozumiała. — Biała bluzka, którą właśnie wciągała przez głowę, na moment stłumiła jej słowa. — Jeśli ona go chce, a jest dostatecznie dorosła do zamążpójścia, to po co jej pozwolenie? Ale ty to rozumiesz? Zgodnie z moimi obyczajami — ton jej głosu mówił, że tylko one się liczą — to ja powinnam cię poprosić, a ja tego nie uczynię. Wedle waszych obyczajów — pokręciła głową, zapinając pasek — nie otrzymałam zgody od mojej matki. A ty, jak przypuszczam, potrzebowałbyś zgody ojca? Czy też twojego ojca-brata, jako że twój ojciec nie żyje. Nie mamy tych pozwoleń, więc nie możemy się pobrać. — Złożyła chustę i obwiązała nią czoło.