Выбрать главу

— Musimy iść szybciej, a ty przez te spódnice strasznie się wleczesz — powiedział jej. Gniew w oczach przygasł, ale nie objęła go za szyję, na co po części liczył. Zamiast tego splotła dłonie i przybrała pełen cierpliwości wyraz twarzy. I odrobinę nadąsany. Wcale się nie zmieniła, pomimo tego, co między nimi się wydarzyło. Nie potrafił pojąć, co miało to oznaczać.

Mógł wytopić ścieżkę przez śnieg, jak to zrobił podczas burzy, ale gdyby zjawiło się jeszcze jedno z tych latających stworzeń, wówczas taki oczyszczony pas doprowadziłby je prosto do nich. Po jego prawej stronie, w sporej odległości, przedreptał lis, o białej sierści z wyjątkiem czarnej plamki na puszystym ogonie, czujnie mierząc ich wzrokiem. Niekiedy na śniegu pojawiały się ślady króliczych łapek, rozmazane tam, gdzie zwierzęta dawały susy, a raz zobaczył odciski łap jakiegoś kota, który musiał być wielkości lamparta. Może były i jeszcze większe, może to byli jacyś nielotni krewniacy skórzastego stwora. W każdym razie nie miał ochoty na spotkanie z nimi. Istniała szansa, że ci... lotnicy... uznają pozostawioną przez niego bruzdę za ślady jakiegoś zwierzęcia.

Nadal brnął od drzewa do drzewa, żałując, że nie ma ich więcej i że nie rosną bliżej siebie. Oczywiście gdyby tak było, mógłby dla odmiany nie znaleźć Aviendhy podczas tej burzy — chrząknęła, spoglądając na niego krzywo, a on znowu poluźnił objęcia — ale teraz z pewnością przydałby się gęstszy las. Ale właśnie dlatego, że pełzł, zobaczył tamtych pierwszy.

W odległości mniejszej niż pięćdziesiąt kroków, tuż przy bramie — czuł utrzymujący ją splot — stało czterech jeźdźców i ponad dwudziestu pieszych. Na koniach siedziały same kobiety, wszystkie odziane w długie i grube, podbite futrem płaszcze; dwie nosiły srebrne bransolety na lewym przegubie, połączone długą smyczą z tego samego, połyskliwego metalu z lśniącym kołnierzem na szyi stojącej na śniegu kobiety odzianej na szaro, ale bez płaszcza. Stojący mężczyźni ubrani byli w ciemne skóry i zbroje pomalowane na zielono i złoto, z nakładającymi się płytkami na piersiach, zewnętrzach ramion i przodach ud. Zielono-złote chwasty zdobiły ich włócznie, długie tarcze były pomalowane na takie same barwy, hełmy zaś, niemal całkowicie zasłaniające twarze, przypominały głowy ogromnych insektów. Jeden z nich był oficerem; nie miał ani włóczni, ani tarczy, ale za to na plecach nosił zakrzywiony, obosieczny miecz. Płytki błyszczącej zbroi obrzeżone były srebrem, cienkie zaś, zielone pióra, podobne do macek, potęgowały wrażenie wywoływane przez pomalowany hełm. Rand wiedział teraz, gdzie się razem z Aviendhą znaleźli. Już kiedyś widział taką zbroję. I kobiety w takich obręczach.

Usadowiwszy Aviendhę za pniem drzewa, które wyglądało jak powykręcana wiatrem sosna, lecz jego pień był gładki i szary, przetykany pasemkami czerni, wskazał ich ręką, ona zaś milcząco przytaknęła.

— Te dwie kobiety na smyczach potrafią przenosić — szepnął. — Czy potrafisz je zablokować? — Po chwili dodał: — Nie obejmuj jeszcze Źródła. One są więźniarkami, ale mogą ostrzec inne, a nawet jeśli tego nie uczynią, to kobiety w bransoletach mogą się zorientować, że tamte cię wyczuły.

Spojrzała na niego dziwnie, ale nie zaczęła się dopytywać, skąd on o tym wszystkim wie. Rand wiedział, że takie pytania padną później.

— Te kobiety w bransoletach też potrafią przenosić — odparła równie cicho. — Ale to się dziwnie wyczuwa. Słabo. Jakby nigdy tego nie ćwiczyły. Nie pojmuję, jak to możliwe.

Rand pojął. Damane były tymi, od których wymagano umiejętności przenoszenia. Jeśli te dwie kobiety prześlizgnęły się jakoś przez seanchańską sieć i zamiast damane zostały sul’dam, to z pewnością nigdy się nie odważą ujawnić. Wiedział o nich niewiele, ale orientował się, że zatajenie takich umiejętności nie było łatwe, bowiem Seanchanie testowali wszystkie kobiety podczas tych lat, kiedy mogły zdradzić pierwsze oznaki tych zdolności.

— Czy możesz osłonić tarczą wszystkie cztery?

Spojrzała na niego zadowolona i pewna siebie.

— Oczywiście. Egwene nauczyła mnie władania kilkoma splotami równocześnie. Mogę je zablokować, związać i owinąć w sploty Powietrza, zanim się zorientują, co się dzieje. — Uśmieszek satysfakcji trochę przybladł. — Jestem dostatecznie szybka, żeby poradzić sobie z nimi, a także z końmi, ale pozostają jeszcze ci mężczyźni, zanim zdążę sprowadzić pomoc. Jeśli któryś ucieknie... Na pewno potrafią rzucać tymi włóczniami bardzo daleko, a jeśli któraś przyszpili cię do ziemi... — Przez chwilę coś mruczała pod nosem, jakby zła na siebie, że nie potrafi dokończyć zdania. Wreszcie spojrzała na niego wzrokiem przepełnionym wściekłością, jakiej jeszcze nigdy u niej nie widział. — Egwene opowiadała mi o Uzdrawianiu, ale ona wie mało, a ja jeszcze mniej.

Czemu ona się teraz tak złości?

„Lepiej próbować zrozumieć słońce niż kobietę” — pomyślał z goryczą. Tak mu powiedział Thom Merrilin i była to szczera prawda.

— Ty się zajmij zabezpieczeniem tych kobiet tarczami — przykazał jej. — Ja zajmę się resztą. Ale nie zaczynaj, zanim nie dotknę twojej ręki.

Widział, że jej zdaniem są to przechwałki, ale nie musiał rozszczepiać splotów, tylko utkać jeden skomplikowany splot Powietrza, którym przywiąże im ręce do boków, a także unieruchomi nogi, końskie i ludzkie. Zrobił głęboki wdech, chwycił saidina, dotknął jej ramienia i przeniósł Moc.

Od strony Seanchan podniosły się okrzyki zaskoczenia. Powinien był pomyśleć również o kneblach, ale może uda im się przejść przez bramę, zanim tamci ściągną czyjąś uwagę. Nie wypuszczając Źródła, chwycił Aviendhę za rękę i prawie powlókł ją po śniegu, ignorując opryskliwe oświadczenie, że da radę pójść sama. Musieli się przecież spieszyć, a w ten sposób przynajmniej torował drogę przez zaspy.

Seanchanie ucichli, wpatrzeni wytrzeszczonymi oczyma, jak on i Aviendha obchodzą ich w koło. Dwie kobiety, te które nie były sul’dam, odrzuciły kaptury z głów i szamotały się ze splotem. Rand trzymał go tylko zamiast związać; musiał i tak go puścić, kiedy będzie odchodził, z tego prostego względu, że nawet Seanchanina nie pozostawiłby związanego na śniegu. Gdyby nie zamarzli na śmierć, to pozostawały jeszcze te wielkie koty, których ślady zauważył. Tam, gdzie jest jeden, musiało być ich więcej.

Brama wciąż istniała, ale zamiast prowadzić do wnętrza izby w Eianrod, panowała za nią nieprzejrzysta szarość. Poza tym wydawała się węższa, niż zapamiętał. Co gorsza, dostrzegł splot tej szarości. Została utkana z saidina. Przez Pustkę przemknęła wściekła myśl. Nie umiał orzec, po co ona tam jest, ale mogła być pułapką, zastawioną na każdego, kto chciałby przejść przez bramę, utkaną przez jednego z Przeklętych. Przez Asmodeana, jak podejrzewał; gdyby udało mu się schwytać i oddać Randa pozostałym, wówczas być może odzyskałby swoje miejsce wśród nich. Jednak pozostanie po tej stronie bramy nie wchodziło w rachubę. Gdyby tylko Aviendha przypomniała sobie, jak ją utkała, mogłaby wówczas otworzyć inną; w przeciwnym razie będą musieli skorzystać z tej, nawet jeśli miała okazać się pułapką.

Jedna z dosiadających koni kobiet, o surowej twarzy, z wyhaftowanym na piersi szarego płaszcza czarnym krukiem na tle prostej wieży, ciemnymi oczyma, zdawała się wwiercać mu w czaszkę. Druga, młodsza, o jaśniejszej karnacji i niższa, za to bardziej władcza, nosiła na zielonym płaszczu łeb srebrnego jelenia. Szczupłe palce w rękawiczkach zdawały się zbyt długie. Rand przypuszczał — na podstawie wygolonych skroni — że te długie palce są zakończone długimi paznokciami, bez wątpienia polakierowanymi, będące oznaką seanchańskiej arystokracji. Żołnierze byli całkowicie usztywnieni, ale niebieskie oczy oficera połyskiwały groźnie za szczękami owadziego hełmu, zaś obleczone w rękawice palce wiły się, daremnie starając się dosięgnąć miecza.