— Cesarzowa, oby Światłość ją wiecznie opromieniała, wie już dużo więcej, niźli ja dałabym radę ogarnąć. Nie chciałam dać do zrozumienia...
Poszukująca znowu jej przeszkodziła, obracając głowę, by przemówić do żołnierzy, jakby Morsa nie istniała.
— Ta kobieta, Morsa, znajduje się pod kuratelą Poszukujących Prawdy. Zostanie poddana przesłuchaniu, gdy tylko powrócimy do Merinloe. A także te sul’dam i damane. Jak się zdaje, one również coś ukryły, czego nie wolno im było.
Na twarzach wymienionych kobiet odmalował się paniczny lęk, ale widok Morsy mógł wystarczyć za nie wszystkie. Z wytrzeszczonymi oczyma, nagle spokorniała, kuliła się na tyle, na ile pozwalały jej więzy, nie wymawiając ani słowa protestu. Wyglądała tak, jakby miała ochotę zacząć krzyczeć, a jednak — milczała. Wzrok Jalindin przeniósł się na Randa.
— Nazwała cię Randem al’Thorem. Jeśli poddasz mi się, zostaniesz dobrze potraktowany, Randzie al’Thor. Nieważne, skąd przybyłeś, nie sądź, że uda ci się zbiec, nawet jeśli nas pozabijasz. Odbywają się szeroko zakrojone poszukiwania jakiejś marath’damane, która tej nocy przenosiła. — Jej wzrok padł na Aviendhę. — Ciebie też nieuchronnie znajdą i możesz przypadkiem zostać zgładzona. W tym okręgu wybuchł rokosz. Nie wiem, jak traktowani są tacy mężczyźni jak ty w waszym kraju, ale w Seanchan twoje cierpienia mogą zostać złagodzone. Zaś tobie wykorzystanie zdolności przyniesie wielki zaszczyt.
Wyraźnie się obraziła, kiedy ją wyśmiał.
— Nie potrafię cię zabić, ale przysięgam, że już za to powinienem obedrzeć cię ze skóry.
Z pewnością nie musiał się bać, że zostanie poskromiony przez seanchańskie ręce. W Seanchan zabijało się mężczyzn, którzy potrafili przenosić. Bez egzekucji. Organizowano polowanie, podczas którego strzelano do nich bez ostrzeżenia.
Wypełniona szarością brama zrobiła się o kolejny palec węższa, ledwie tak szeroka, by mogli przez nią oboje jednocześnie przejść.
— Zostaw ją, Aviendha. Musimy już iść.
Puściła obręcz Seri i spojrzała na niego z irytacją, ale potem jej wzrok powędrował do bramy i wtedy zadarła spódnice, by podejść do niego przez śnieg, mrucząc coś pod nosem o zamarzniętej wodzie.
— Bądź gotowa na wszystko — ostrzegł, obejmując ją ramieniem. Powiedział sobie, że muszą być tak blisko siebie, bo inaczej nie zmieszczą się w bramie. Wcale nie dlatego, że tak się jej przyjemnie dotyka. — Nie wiem na co, ale przygotuj się. — Przytaknęła, a wtedy zawołał: — Skacz!
Skoczyli razem w sam środek szarości, przy czym Rand jednocześnie uwolnił splot unieruchamiający Seanchan, by móc po brzegi wypełnić się saidinem...
...i potykając się, wylądowali w jego sypialni w Eianrod, gdzie płonęła lampa, a za oknami panował mrok.
Asmodean siedział pod ścianą na skrzyżowanych nogach. Nie obejmował Źródła, ale Rand na wszelki wypadek i tak wcisnął blok między niego a saidina. Nadal obejmując ramieniem Aviendhę, przekonał się, że brama zniknęła. Nie, nie zniknęła — nadal widział swoje sploty oraz sploty, które, jego zdaniem, na pewno utkał Asmodean — ale tak to wyglądało, jakby tam już niczego nie było. Nie zatrzymując się, przeciął swój splot i brama nagle pojawiła się, ukazując gwałtownie zwężający się obraz Seanchan, lady Morsy skulonej w siodle, Jalindin wykrzykującej rozkazy. Otwór zatrzasnął się, ale tuż przedtem wdarła się przez niego lanca ozdobiona zielonymi i białymi chwastami. Rand instynktownie przeniósł Powietrze, żeby pochwycić nagle niknący kawał włóczni długości dwóch stóp. Ostrze było zakończone tak gładko, jakby obrobił je rzemieślnik. Dygocząc, cieszył się, że nie próbował usunąć szarej bariery — czymkolwiek była — zanim przez nią przeskoczył.
— Dobrze, że żadna z sul’dam w porę nie oprzytomniała — powiedział, biorąc do ręki kikut włóczni — bo inaczej ścigałoby nas coś znacznie gorszego. — Kątem oka obserwował Asmodeana, ale ten tylko siedział, wyglądając nieco niezdrowo. Nie mógł wiedzieć, czy Rand nie zamierza przypadkiem wetknąć mu tej włóczni w gardło.
Aviendha pociągnęła nosem w sposób bardzo znaczący.
— Uważasz, że ja je puściłam? — spytała zapalczywym tonem. Zdecydowanym ruchem odsunęła jego rękę, ale mimo to nie sądził, by ta wściekłość dotyczyła niego. A w każdym razie nie ręki. — Związałam tarcze najsilniej, jak potrafiłam. One są twoimi wrogami, Randzie al’Thor. Nawet te, które nazywasz damane, są tylko wiernymi psami, które wolałyby cię zagryźć, niźli odzyskać wolność. Powinieneś być twardy dla wrogów!
Ona ma rację, pomyślał, ważąc w rękach włócznię. Pozostawił za sobą wrogów, z którymi być może będzie musiał któregoś dnia się zmierzyć. Musi się zmienić. Bo inaczej zetrą go na pył, zanim dotrze do Shayol Ghul.
Ni stąd, ni zowąd zaczęła wygładzać spódnice, a jej głos przybrał ton odpowiedni raczej dla swobodnej konwersacji.
— Zauważyłam, żeś jednak nie uratował tej bladolicej Morsy przed jej przeznaczeniem. Sądząc po sposobie, w jaki na nią patrzyłeś, wydało mi się, że jej duże oczy i krągłe łono przykuły twe oko.
Rand patrzył na nią w zdumieniu, które rozlewało się po otaczającej go Pustce niczym syrop. Równie dobrze mogła oświadczyć, że zupa gotowa. Zachodził w głowę, jak niby miał zobaczyć łono Morsy, ukryte pod podbitym futrem płaszczem.
— Szkoda, że jej nie zabrałem — powiedział. — Żeby przesłuchać na temat Seanchan. Obawiam się, że jeszcze mi przysporzą kłopotów.
Błysk, który na moment pojawił się w jej oku, zgasł. Otworzyła usta, ale nie powiedziała nic, tylko zerknęła na Asmodeana, który podniósł rękę. Doskonale wyczuwał pytania odnośnie Seanchan zawarte w jej spojrzeniu. Na ile ją znał, jak już by raz zaczęła, to nie skończyłaby drążyć, dopóki nie doszukałaby się nawet tych strzępków wiedzy, których już nawet nie pamiętał. Co wcale nie musiało być takie złe. Innym razem. Najpierw wyciągnie kilka wyjaśnień od Asmodeana. Ma rację. Musi być twardy.
— To było sprytne — powiedziała — z ukryciem tej mojej dziury. Gdyby tu przyszedł jakiś gai’shain, wówczas przemaszerowałoby pewnie przez nią tysiąc sióstr-włóczni, żeby cię odnaleźć.
Asmodean chrząknął.
— Jedna gai’shain rzeczywiście przyszła. Ktoś o imieniu Sulin kazał jej dopilnować, byś się najadł, Lordzie Smoku, więc pozwoliłem sobie jej powiedzieć, że ty i pewna młoda kobieta nie życzycie sobie, by wam przeszkadzano, bo inaczej wniosłaby tu tacę i stwierdziła, że zniknąłeś.
Lekkie przymrużenie oka nie uszło uwagi Randa.
— Co takiego?
— Ona to odebrała równie dziwnie. Wybuchnęła głośnym śmiechem i wybiegła z izby. Kilka minut później pod oknem stanęło chyba z dwadzieścia Far Dareis Mai, wszystkie przez dobrą godzinę, a może i dłużej, krzyczały i bębniły włóczniami o tarcze. Muszę powiedzieć, Lordzie Smoku, że nawet mnie zaskoczyły niektóre z wykrzykiwanych przez nie sugestii.
Rand poczuł, że płoną mu policzki — to się stało po drugiej stronie tego cholernego świata, a Panny i tak się dowiedziały! — ale Aviendha tylko zmrużyła oczy.
— Czy jej włosy i oczy były takiej barwy jak moje? — Nie czekała na potaknięcie Asmodeana. — To musiała być moja prawie-siostra, Niella. — Zauważyła zdziwienie na twarzy Randa i zareagowała na nie, zanim zdążył przemówić. — Niella jest tkaczką, nie Panną, i została pojmana pół roku temu przez Panny Chareen podczas napaści na Siedzibę Sulara. Próbowała mnie namówić, żebym nie brała włóczni w dłonie, i zawsze chciała, żebym kogoś poślubiła. Mam zamiar ją odesłać do Chareen z blizną na brzuchu za każdą, której o tym opowiedziała!