Выбрать главу

Rand złapał ją za rękę, kiedy zaczęła wychodzić z izby.

— Chcę porozmawiać z Nataelem. Nie sądzę, by do świtu zostało dużo czasu...

— Ze dwie godziny — wtrącił Asmodean

— ...więc przed nami mało snu. Może byś tak zechciała pościelić sobie gdzie indziej na resztę nocy? Zresztą i tak potrzebujesz nowych koców.

Przytaknęła krótko, po czym wyrwała mu się i zatrzasnęła za sobą drzwi. Z pewnością nie była zła na to, że się ją wyrzuca z sypialni — niby dlaczego — powiedziała przecież, że między nimi do niczego już nie dojdzie. Cieszył się jednak, że nie jest Niellą.

Podrzucając skróconą włócznię w ręku, zwrócił się twarzą do Asmodeana.

— Dziwne berło, Lordzie Smoku.

— Wystarczy za takowe. — Żeby mu przypominało, że Seanchanie wciąż tam są. Tym razem żałował, że jego głos nie jest jeszcze chłodniejszy niż czyniły go Pustka i saidin. Musi być twardy.

— Zanim się zastanowię, czy nie obić cię nim jak owieczkę, zapytam, dlaczego nigdy nie wspomniałeś o tej sztuczce czynienia czegoś niewidzialnym? Gdybym nie zauważył splotów, w ogóle bym nie wiedział, że brama wciąż jeszcze tam jest.

Asmodean przełknął ślinę, wiercąc się niespokojnie, jakby nie wiedział, czy Rand przypadkiem nie zamierza zrealizować swej pogróżki. Rand sam nie był pewien.

— Lordzie Smoku, nigdy nie pytałeś. To sprawa ugięcia światła. Zawsze zadajesz tyle pytań, trudno moment na zmianę tematu. Do tej pory już chyba zrozumiałeś, że całkowicie związałem swój los z twoim. — Podniósł się, oblizując wargi. Tylko do klęczek. I zaczął mówić, co mu ślina na język przyniosła. — Czułem twoje splatanie... mógł je poczuć każdy w promieniu mili.., nigdy w życiu nie widziałem czegoś takiego... nie wiedziałem, że jeszcze ktoś poza Demandredem potrafi zablokować zamykającą się bramę, może jeszcze Semirhage — i Lews Therin — czułem je, więc przyszedłem, a było mi trudno, kiedy mijałem te Panny... użyłem tej samej sztuczki... wiesz przecież, że jestem twoim człowiekiem. Lordzie Smoku, jestem twoim człowiekiem.

Powtarzał to samo, co mówił tamten Cairhienianin. Gestykulując kikutem włóczni, powiedział:

— Wstań. Nie jesteś psem. — Kiedy jednak Asmodean zaczął się powoli podnosić, przyłożył długie ostrze do gardła mężczyzny. Musiał być twardy. — Od tej pory będziesz mi opowiadał o dwóch rzeczach, o które nie zapytam, za każdym razem, kiedy będziemy rozmawiać. Za każdym razem, pamiętaj. Jeśli uznam, że próbujesz coś przede mną ukryć, to ucieszysz się, jeśli pojmie cię Semirhage.

— Jak rzeczesz, Lordzie Smoku — wyjąkał Asmodean. Wyglądał na gotowego ukłonić się i pocałować Randa w rękę.

Chcąc tego uniknąć, Rand ruszył w stronę nie nakrytego kocami łoża i usiadł na lnianym prześcieradle, puchowy materac ugiął się pod nim. Zaciekawiony, oglądał włócznię. Dobry pomysł, żeby zachować ją dla przypomnienia, nawet jeśli nie jako berło. Nie powinien zapominać o Seanchanach, ani o wielu innych rzeczach. Tamte damane. Gdyby nie było tam Aviendhy, która im odcięła dostęp do Źródła...

— Bez skutku próbowałeś mi pokazać, jak zablokować tarczą kobietę. Spróbuj mi pokazać, jak unikać splotów, których nie widzę, jak im przeciwdziałać.

Któregoś razu Lanfear przecięła jego sploty tak równo jak nożem.

— To niełatwe, Lordzie Smoku, bez kobiety, na której dałoby się to ćwiczyć.

— Mamy dwie godziny — powiedział chłodno Rand, rozplatając tarczę tamtego. — Postaraj się. Mocno się postaraj.

33

Problem z purpur

Nóż musnął włosy Nynaeve, zanim z głośnym stuknięciem wbił się w deskę, o którą opierała się plecami; wzdrygnęła się nerwowo mimo opaski na oczach. Żałowała, że nie ma włosów zaplecionych w przyzwoity warkocz zamiast tych loków spadających luźno na ramiona. Gdyby to ostrze przecięło chociaż jedno pasemko...

„Głupia kobieto — pomyślała z goryczą. — Głupia, głupia kobieto”.

Przez szarfę zawiązaną na oczach widziała tylko cienką kreskę. światła na samym dole. Na tle czerni rozpościerającej się za gęstymi fałdami tkaniny wydawała się bardzo jasna. Musiało być jeszcze dość jasno, nawet mimo późnego popołudnia. Ten człowiek z pewnością nie będzie rzucał, jeśli nie będzie dobrze widział. Następne ostrze wbiło się po drugiej stronie głowy; czuła, jak wibruje. Odniosła wrażenie, że niemal otarło się o ucho. Zamierzała zabić Thoma Merrilina i Valana Lukę. I być może każdego mężczyznę, którego dopadnie — tak po prostu, dla zasady.

— Gruszki! — krzyknął Luca, jakby nie znajdował się w odległości zaledwie trzydziestu kroków od niej. Musiał pewnie uważać, że dzięki opasce na oczach jest nie tylko ślepa, ale również głucha.

Wymacała sakiewkę przy pasie, wyciągnęła zeń gruszkę i postawiła ją sobie ostrożnie na czubku głowy. Była ślepa. Kompletnie ślepa idiotka! Jeszcze dwie gruszki i ostrożnie rozkrzyżowała ręce między otaczającymi ją nożami, trzymając w każdej po jednym owocu za ogonek. Nastąpiła przerwa. Otworzyła usta, chcąc powiedzieć Thomowi Merrilinowi, że jeśli ją tylko zadraśnie, to ona...

Łup! Łup! Łup! Noże nadlatywały tak szybko, że byłaby zaskowytała, gdyby jej gardło nie zacisnęło się niczym kułak. W lewym ręku trzymała sam ogonek, druga gruszka, przeszyta na wylot nożem, drżała lekko, a z tej trzeciej, na głowie, sączył się sok prosto na włosy.

Zerwała opaskę i zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę Thoma i Luki; obaj szczerzyli zęby w uśmiechu jak wariaci. Zanim wypowiedziała któreś z wrzących w niej słów, Luca rzekł z podziwem:

— Jesteś niesamowita, Nano. Twoja odwaga jest niesamowita, ale ty jeszcze bardziej. — Skłonił się, zamaszyście wymachując połami tej idiotycznej peleryny z czerwonego jedwabiu i przykładając dłoń do serca. — Ten numer będę nazywał „Różą wśród cierni”. Choć szczerze mówiąc, ty jesteś o wiele piękniejsza od zwykłej róży.

— Nie trzeba specjalnej odwagi, żeby stać jak pniak. — Róża? Czyżby? Już ona pokaże mu kolce. Pokaże je obydwóm. — Posłuchaj mnie, Valanie Luca...

— Co za odwaga. Nawet nie drgnęłaś. Powiadam ci, ja bym nie miał nerwów do tego, co ty robisz.

Szczera prawda, powiedziała sobie.

— Nie jestem bardziej odważna niż muszę — odparła łagodniejszym tonem. Trudno krzyczeć na człowieka, który ci uparcie powtarza, że jesteś odważna. Z pewnością lepiej słyszeć coś takiego niż ten bełkot o różach. Thom z rozbawieniem pogładził siwego wąsa, jakby dosłyszał w tym coś śmiesznego.

— Ta suknia — powiedział Luca, pokazując w uśmiechu wszystkie zęby. — Wyglądasz cudownie w...

— Nie! — warknęła. Właśnie utracił wszystko, co zyskał przed chwilą, tym, że znowu poruszył ten temat. To Clarine uszyła suknię, którą Luca chciał, by nosiła, z jedwabiu barwy jeszcze głębszej purpury niż jego peleryna. Jej zdaniem ten kolor miał ukryć krew, gdyby Thomowi omsknęła się ręka.

— Ależ, Nano, piękno, któremu zagraża niebezpieczeństwo, przyciąga. — W głosie Luki pojawił się śpiewny ton, jakby szeptał jej do ucha pieszczotliwe słowa. — Ściągniesz na siebie wszystkie oczy, wszystkie serca zabiją w obliczu twej urody i odwagi.

— Skoro tak ci się podoba — oświadczyła zdecydowanie — to sam ją sobie noś. — Niezależnie od tego koloru, nie miała zamiaru pokazywać łona publicznie, nawet jeśli Clarine uważała, że to uchodzi. Widziała suknię, w której występowała Latelle, całą pokrytą czarnymi cekinami, z karczkiem, który sięgał do brody. Coś takiego mogłaby włożyć... O czymże ona myśli? W ogóle nie miała zamiaru tego robić. Zgodziła się na te ćwiczenia tylko po to, żeby Luca przestał co noc drapać do drzwi wozu, starając się ją namówić do występu.