Jedno ostatnie przejście z koziołkami; białe nogi migotały i połyskiwały w słońcu szybciej niż przedtem. Przejście, o którym nigdy nie wspomniano Nynaeve! Wychłostałaby Lukę słowami, gdyby nie mruknął gniewnie, że to, co dodała Elayne wyłącznie dla oklasków, to znakomity sposób na złamanie sobie karku. Ostatnia przerwa na odebranie aplauzu i Elayne wreszcie zeszła na dół.
Rozkrzyczany tłum rzucił się w jej stronę. Luca i czterech furmanów z pałkami wyrosło obok niej jakby za sprawą Mocy, ale i tak Thom dopadł jej wcześniej, mimo że przecież utykał.
Nynaeve podskoczyła najwyżej jak umiała, dzięki czemu udało jej się zobaczyć Elayne ponad głowami gapiów. Dziewczyna bynajmniej nie wyglądała na przestraszoną ani też onieśmieloną, przez te wszystkie falujące dłonie, które próbowały jej dotknąć, przeciskające się przez kordon otaczających ją strażników. Z głową uniesioną i twarzą zarumienioną z wysiłku, dała się odprowadzić, zachowując chłodną, królewską grację. Nynaeve nie umiała sobie wyobrazić, jak jej się to udało, w takim stroju.
— Twarz jak u przeklętej królowej — mruknął pod nosem jednooki mężczyzna. Nie pobiegł z innymi, ale ledwie pozwalał przechodzić im obok. Niewymyślnie odziany w prosty kaftan z ciemnoszarej wełny, bez wątpienia wyglądał na kogoś dostatecznie silnego, by nie bać się, że go przewrócą i zadepczą. Wyglądał na takiego, który jest gotów w każdej chwili użyć swego miecza.
— Obym sczezł jako farmer z owczymi bebechami, ale ona jest tak cholernie odważna jak przeklęta królowa.
Nynaeve gapiła się za nim, kiedy oddalał się, przepychając w tłumie, i to wcale nie chodziło o jego niewymyślny język. Albo raczej tylko częściowo. Teraz przypomniała sobie, gdzie go widziała, tego jednookiego mężczyznę z kosmykiem na czubku głowy, który nie umiał powiedzieć dwóch zdań, by nie zakląć szpetnie.
Zapominając o Elayne — z pewnością nic już jej nie groziło — Nynaeve zaczęła się przepychać w ślad za nim przez ciżbę.
38
Dawna znajomość
Gęstość tłumu sprawiła, że Nynaeve dogoniła go dopiero po chwili, powarkując bezgłośnie za każdym razem, kiedy potrącał ją jakiś mężczyzna wgapiony we wszystkie atrakcje, jakie znajdowały się w zasięgu wzroku, albo kobieta wlokąca za sobą w każdej ręce po jednym dziecku; dzieci zazwyczaj starały się ciągnąć w dwa różne miejsca jednocześnie. Jednooki mężczyzna ledwie przystanął, by popatrzeć na cokolwiek z wyjątkiem wielkiego węża i lwów, dopóki nie dotarł do konio-dzików. Musiał je widzieć wcześniej, jako że były umiejscowione obok wejścia dla widzów. Za każdym razem, kiedy s’redit stawały na zadnich nogach, tak jak teraz, wielkie, obdarzone kłami łby dorosłych osobników wystawały nad płóciennym ogrodzeniem i wówczas napór wchodzących potęgował się.
Pod szerokim, czerwonym szyldem, który z obu stron zdobnymi złotymi literami głosił: VALAN LUCA, dwaj furmani pobierali od ludzi, ustawionych w kolejkę miedzy dwoma grubymi sznurami, opłatę za wejście do dzbanów z przezroczystego, dmuchanego szkła — grubego i pełnego skaz; Luca nigdy by nie wyłożył pieniędzy na lepsze — dzięki czemu widzieli, że monety są właściwe. bez konieczności ich dotykania. Pieniądze z dzbanów wsypywali przez otwór w wieku okutej żelazem szkatuły, tak owiniętej łańcuchem, że to Petra musiał ją przytargać na miejsce, zanim wpadł doń pierwszy srebrny grosz. Dwóch innych furmanów — mężczyzn z potężnymi barkami i złamanymi nosami i z wygniecionymi kłykciami znamionującymi awanturników — stało obok z pałkami, pilnując, by tłum zachował dyscyplinę. I żeby mieć oko na ludzi przyjmujących pieniądze, podejrzewała Nynaeve. Luca nie zaliczał się do ufnych, zwłaszcza gdy szło o finanse. W rzeczy samej trzymał się pieniędzy tak mocno jak jabłko swej skórki. W życiu nie spotkała podobnego dusigrosza.
Powoli, pomagając sobie łokciami, dopchała się do mężczyzny z kosmykiem przetykanym pasemkami siwizny. On oczywiście nie miał problemu z dotarciem do pierwszego szeregu wgapionych w s’redit; zapewniały to blizna i łatka na oku, nie wspominając nawet o mieczu na plecach. Obserwował wielkie, szare zwierzęta z szerokim uśmiechem i chyba, jak podejrzewała, zdziwieniem na kamiennej twarzy.
— Uno? — Tak chyba brzmiało jego imię.
Odwrócił głowę, by na nią spojrzeć. Kiedy już poprawiła szal, przeniósł wzrok na jej twarz, ale w ciemnym oku nie rozbłysło rozpoznanie. To namalowane, groźnie rozjarzone, sprawiło, że zrobiło jej się nieco słabo.
Cerandin pomachała batem, wykrzykując bełkotliwie coś, czego nie dawało się zrozumieć i s’redit zawróciły. Sanit, krowa, ustawiła kopyta na szerokim, krągłym grzbiecie Mera, byka, który stanął na zadnich nogach. Nerin, cielak, ułożył kopytka nisko na grzbiecie Sanit.
— Widziałam cię w Fal Dara — oświadczyła Nynaeve. — I potem przelotnie na Głowie Tomana. Po Falme. Byłeś z... — Nie wiedziała, ile może powiedzieć w obecności tych stłoczonych dookoła, ramię przy ramieniu, ludzi; po całej Amadicii krążyły plotki o Smoku Odrodzonym, a niektóre nawet wymieniały poprawnie jego nazwisko. — Z Randem.
Prawdziwe oko Uno zwęziło się — starała się nie patrzeć na to drugie — i po chwili przytaknął.
— Pamiętam tę twarz. Nigdy nie zapominam przeklętej twarzy, jeśli jest piękna. Ale włosy, cholera, były inne. Nyna?
— Nynaeve — poprawiła go karcącym tonem.
Potrząsnął głową, mierząc ją wzrokiem od stóp do głów i zanim zdążyła dodać cokolwiek, chwycił za ramię i powlókł w stronę wyjścia. Furmani rozpoznali ją, oczywiście, i jegomoście ze złamanymi nosami ruszyli w ich stronę, unosząc pałki. Z furią odprawiła ich, jednocześnie wyrywając ramię; po trzech próbach wyszło jednak na to, że musi liczyć na jego dobrą wolę. Ten mężczyzna miał uścisk jak żelazo. Mężczyźni z pałkami zawahali się, po czym wrócili na swoje miejsca, kiedy spostrzegli, że Uno jej nie napastuje. Najwyraźniej wiedzieli, czego zgodnie z życzeniem Valana Luki, powinni strzec przede wszystkim.
— Co ty sobie myślisz? — spytała gwałtownie, ale Uno tylko dał jej znak, że ma iść za nim, sprawdzając, czy go usłuchała i nawet nie zwolniwszy kroku, maszerował przez tłum czekający na wejście. Miał nieznacznie krzywe nogi i poruszał się jak człowiek bardziej przyzwyczajony do końskiego grzbietu niźli własnych stóp. Burcząc do siebie, zadarła spódnice i powędrowała za nim w stronę miasteczka.
Za brązowymi, płóciennymi ogrodzeniami, nieopodal, ustawiły się dwie inne menażerie, a za nimi jeszcze kolejne, wśród zatłoczonych wiosek złożonych z samych szałasów. Żadna jednak nazbyt blisko miejskich murów. Najwyraźniej gubernator, tak nazywali kobietę, która Nynaeve nazwałaby burmistrzem — aczkolwiek jeszcze nigdy nie słyszała o kobiecie, która byłaby burmistrzem — wydała dekret o przestrzeganiu dystansu połowy mili, by chronić miasto na wypadek, gdyby jakieś zwierzęta uciekły.
Szyld nad wejściem do najbliższej menażerii głosił zielonozłotymi literami: MARIN GOME, udekorowanymi mnóstwem zdobnych zakrętasów. Nad szyldem widać było wyraźnie dwie kobiety, przyklejone do liny rozpiętej na wysokiej konstrukcji ze słupów, której wcale jeszcze w tym miejscu nie było, kiedy Luca wznosił swoje ogrodzenie. Najwyraźniej konio-dziki wierzgające tak wysoko, że dawały się zobaczyć z zewnątrz, przynosiły efekt. Kobiety wykrzywiały ciała w pozycjach, które niepokojąco przypomniały Nynaeve o tym, co robiła z nią Moghedien. Tłum oczekujący niecierpliwie pod szyldem pani Gome był niemalże równie liczny jak pod szyldem Luki. Nad ogrodzeniami pozostałych widowisk nie było niczego widać i oblegały je znacznie skromniejsze tłumy.