Выбрать главу

Nie była dokładnie pewna, co powiedzieć. Aż tak wielu cudów w obecności Randa to ona nie widziała. Słyszała wprawdzie o różnych rzeczach, które miały miejsce w Łzie, ale zdarzenia, które powodowali ta’veren, raczej nie zasługiwały na miano cudów. Naprawdę nie. Nawet to, co się zdarzyło w Falme, miało racjonalne wyjaśnienie. W pewnym sensie. A co do słów mądrości, ta pierwsze, jakie z jego ust usłyszała, to była żarliwa obietnica, że już nigdy nie będzie w nikogo rzucał kamieniami, złażona, kiedy dała mu porządnego klapsa w dolną część jego młodych pleców. Nie uważała, by od tego czasu słyszała jeszcze jakieś słowo, które nazwałaby mądrym. A w każdym razie nawet gdyby Rand udzielał jakichś mądrych rad od kołyski, nawet gdyby nocami pojawiały się komety, a za dnia na niebie jakieś wizje, to i tak nie zostanie z tym szaleńcem.

— Muszę się wyprawić w dół rzeki — odparła ostrożnie. — Żeby przyłączyć się do niego. Do Lorda Smoka.

Ten przydomek warzył się jej na języku niczym mleko, i to tak szybko po tym, jak złożyła sobie obietnicę, ale najwyraźniej Rand w związku z Prorokiem nigdy nie bywał określany jako po prostu „on”.

„Jestem tylko rozsądna. To wszystko”.

„Mężczyzna jest dębem, kobieta wierzbą”, głosiło przysłowie. Dąb opierał się wiatrowi i dlatego się łamał, zaś wierzba gięła się, kiedy było trzeba i dzięki temu mogła ocaleć. Co wcale nie znaczyło, że Nynaeve lubiła się giąć.

— On... Lord Smok... jest w Łzie. Lord Smok wezwał mnie tam.

— W Łzie. — Masema odjął ręce, a ona ukradkiem roztarła ramiona. Wcale jednak nie musiała tego ukrywać; znowu patrzył na coś poza zasięgiem jej wzroku. — Tak, słyszałem o tym.

Znowu zwracał się do tego czegoś poza zasięgiem wzroku, a może najzwyczajniej do siebie.

— Kiedy Amadicia opowie się po stronie Lorda Smoka, tak jak to uczyniło Ghealdan, poprowadzę ludzi do Łzy, by skąpać ich w świetlistości Lorda Smoka. Wyślę uczniów, by nieśli słowo Lorda Smoka po całym Tarabonie i Arad Doman, do Saldaei, Kandoru i Ziem Granicznych, do Andoru i poprowadzę ludzi, by uklękli u stóp Lorda Smoka.

— Mądry plan... hm... o Proroku Lorda Smoka. — O głupszym planie w życiu nie słyszała. Co wcale nie znaczyło, że się nie powiedzie. Z jakiegoś niewiadomego powodu głupie plany często się udawały. Może nawet Randowi by się spodobało, gdyby ci wszyscy ludzie klękali przed nim, jeśli był chociaż tylko w połowie tak arogancki, jak twierdziła Egwene. — Ale my... ja nie mogę czekać. Zostałam wezwana, a kiedy Lord Smok wzywa, zwykli śmiertelnicy muszą być posłuszni.

Któregoś dnia znajdzie sposobność, by wytargać Randa za uszy za to, że musi to robić!

— Muszę znaleźć statek, który płynie w dół rzeki.

Masema wpatrywał się w nią tak długo, że aż zaczęła się robić nerwowa. Pot spływał jej po plecach i między piersiami, a było to tylko częściowo spowodowane upałem. Pod wpływem tego spojrzenia Moghedien by się spociła.

W końcu skinął głową, a fanatyczny ogień przygasł, ustępując miejsca zwykłemu kwaśnemu grymasowi.

— Tak — westchnął. — Jeśli zostałaś wezwana, to musisz jechać. Jedź ze Światłością i w Światłości. Ubieraj się bardziej stosownie... ci, którzy są blisko Lorda Smoka, winni być cnotliwsi od innych... i medytuj nad Lordem Smokiem i jego Światłością.

— A statek? — nalegała Nynaeve. — Ty na pewno zawsze wiesz, jak jakiś statek przypływa do Samary lub jakiejś nadrzecznej wioski. Gdybyś mi tylko powiedział, gdzie go szukać, to moja podróż byłaby znacznie... szybsza. — Chciała powiedzieć „łatwiejsza”, ale nie sądziła, by takie sprawy miały jakieś większe znaczenie dla Masemy.

— Mnie takie sprawy nie interesują — odparł z rozdrażnieniem. — Ale masz rację. Kiedy Lord Smok rozkazuje, musisz się stawić na godzinę. Popytam. Jeśli da się znaleźć jakiś statek, to ktoś mi o nim w końcu powie.

Przeniósł wzrok na dwóch mężczyzn.

— Macie dopilnować, by ona do tego czasu była bezpieczna. Jeśli uparcie będzie się ubierała w taki sposób, to przyciągnie mężczyzn o nikczemnych myślach. Należy ją chronić, niczym niesforne dziecko, dopóki nie złączy się na powrót z Lordem Smokiem.

Nynaeve ugryzła się w język. Wierzba, nie dąb, kiedy potrzebna jest wierzba. Udało jej się zamaskować irytację uśmiechem, który musiał przekazywać całą wdzięczność, jakiej mógł sobie życzyć taki idiota. Tyle, że niebezpieczny idiota. Należy to sobie zapamiętać.

Uno i Ragan pożegnali się szybko, po raz kolejny ściskając się z nim za przedramiona i pospiesznie ją wyprowadzili, otaczając z dwu stron. jakby z jakiegoś powodu uważali, że trzeba ją natychmiast zabrać od Masemy. Nie dotarli jeszcze do drzwi, gdy Masema jakby zapomniał już o nich; patrzył krzywo na cherlawego sługę, czekającego obok osobnika w farmerskim kaftanie, który międlił czapkę w grubych dłoniach, ze strachem odmalowanym na szerokiej twarzy.

Nie powiedziała ani słowa, kiedy wracali tą samą drogą przez kuchnię, gdzie siwowłosa kobieta nadal zaciskała zęby i mieszała zupę, jakby w ogóle się stamtąd nie ruszała. Dopóki nie odzyskali broni, Nynaeve pilnie strzegła języka i strzegła go nadal, dopóki nie skręcili z alejki w coś, co szerokością zasługiwało na miano ulicy. Potem natarła na nich, na przemian grożąc obu palcem pod nosem.

— Jak śmialiście tak mnie stamtąd wywlec!

Mijający ich ludzie uśmiechali się — mężczyźni ze współczuciem, kobiety ze zrozumieniem — mimo iż nikt nie mógł mieć pojęcia, za co ona tak ich beszta.

— Jeszcze pięć minut. a zmusiłabym go, żeby jeszcze dzisiaj znalazł dla mnie statek! Jeśli jeszcze raz znowu tkniecie mnie choćby palcem...

Uno parsknął tak głośno, że urwała, wzdrygając się.

— Jeszcze pięć przeklętych minut, a Masema tknąłby cię cholernym palcem. Albo raczej powiedziałby, że ktoś ma to zrobić i potem ktoś przeklęty by to zrobił! Kiedy on mówi, że coś ma zostać zrobione, zawsze pojawia się pięćdziesiąt przeklętych palców albo i sto, nawet przeklętych tysiąc, jeśli trzeba wykonać jego rozkaz!

Pomaszerował w dół ulicy, z Raganem u boku, a ona musiała albo iść za nimi, albo zostać. Uno dawał długie kroki, jakby wiedział, że i tak powlecze się w ślad. Omal nie poszła w przeciwną stronę, żeby mu tylko udowodnić, że jest inaczej. Pójście za nim nie miało nic wspólnego z obawą przed zgubieniem się w tym wściekłym labiryncie ulic. Umiałaby sama znaleźć drogę do wyjścia. Prędzej lub później.

— On kazał wychłostać przeklętego Lorda Królewskiej Rady Najwyższej..— wychłostać!... za połowę tej pasji, jaką ty miałaś w głosie — warknął jednooki mężczyzna. — Pogarda dla słowa Lorda Smoka, tak to nazwał. Pokój! To pytanie o jego cholerne prawo do komentowania twojego przeklętego ubrania! Potem przez kilka minut szło ci nawet nieźle, ale na koniec widziałem twoją minę. Byłaś gotowa znowu na niego wsiąść. Gorzej mogłaś postąpić tylko przez nazwanie przeklętego Lorda Smoka po imieniu. On to nazywa bluźnierstwem. Czyli jakbyś wzywała przeklętego Czarnego.

Kosmyk na czubku głowy Ragana zakołysał się, kiedy ten mu przytaknął.

— Pamiętasz lady Baelome, Uno? Zaraz po tym, jak przywędrowały pierwsze pogłoski z Łzy odnośnie Lorda Smoka, ona powiedziała coś na temat „tego Randa al’Thora”. To doszło do Masemy, a ten zażądał topora i pniaka, nie zatrzymując się nawet dla zaczerpnięcia oddechu.