— I sukcesję przejęła Ellizelle — podjął temat Ragan. — Kazała wojsku rozpędzić tłumy, aż wreszcie rozgorzała bitwa, w wyniku której to wojsko było ścigane.
— Kiepskie wytłumaczenie dla przeklętych żołnierzy — mruknął Uno.
Postanowiła, że znowu z nim porozmawia na temat jego języka.
Ragan przytaknął i ciągnął dalej.
— Powiadają, że Ellizelle zażyła potem truciznę, ale nieważne, jak umarła, zastąpiła ją Teresia, która utrzymała się na tronie całe dziesięć dni po swej koronacji, dopóki nie skorzystała z szansy posłania dwóch tysięcy żołnierzy przeciwko dziesięciu tysiącom ludzi, którzy zebrali się pod Jehannah, by wysłuchać Masemy. Kiedy jej żołnierze zostali przepędzeni, abdykowała i poślubiła bogatego kupca.
Nynaeve popatrzyła na niego z niedowierzaniem, na co Uno parsknął.
— Tak powiadają — utrzymywał młodszy mężczyzna. — Oczywiście na tej ziemi poślubienie człowieka z gminu oznacza wyzbycie się wszelkich roszczeń do tronu na zawsze i cokolwiek Beron Goraed myśli o posiadaniu pięknej młodej żony z królewską krwią, z tego, co mi wiadomo, wczesnym rankiem wywlekło go z łóżka kilku członków świty Alliandre i zawlokło do pałacu Jheda na ślub. Teresia udała się do majątku męża, a tymczasem Alliandre została koronowana, wszystko to przed wschodem słońca, a potem nowa królowa wezwała Masemę do pałacu, by mu powiedzieć, że już nie będzie nękany. Wezwała go po dwóch tygodniach. Nie wiem, czy ona naprawdę wierzy, że on naucza, ale wiem, że przejęła tron kraju znajdującego się na skraju wojny domowej, z Białymi Płaszczami gotowymi wkroczyć lada chwila, i powstrzymała wybuch wojny w jedyny sposób, na jaki ją było stać. To mądra królowa i człowiek, który jej służy, powinien być z tego dumny, mimo że ona pochodzi z południa.
Nynaeve otworzyła usta i zapomniała, co chciała powiedzieć, Uno bowiem zdawkowym tonem rzekł:
— Idzie za nami jakiś przeklęty Biały Płaszcz. Nie oglądaj się, kobieto. Masz chyba więcej przeklętego rozumu.
Kark jej zesztywniał z wysiłku, jaki wkładała w patrzenie przed siebie, na plecach czuła ciarki.
— Skręć w najbliższą ulicę, Uno.
— To nas odwiedzie od głównych ulic i przeklętych bram. W cholernym tłumie moglibyśmy go zgubić.
— Skręć! — Wolno wciągnęła powietrze, starając się, by jej głos brzmiał mniej piskliwie. — Ja go muszę obejrzeć.
Uno spojrzał na nią tak zapalczywie, że ludzie ustąpili im z drogi w odległości dziesięciu kroków, ale ostatecznie skręcili w najbliższą wąską uliczkę. Nieznacznie obróciła głowę, kiedy skręcali, tyle tylko by móc spojrzeć kątem oka na śledzącego ich mężczyznę, zanim widok przesłoniła im niewielka kamienna tawerna. Śnieżnobiały płaszcz z promienistym słońcem wyróżniał się w rzadkim tłumie. Nie mogło być pomyłki co do tej urodziwej twarzy, twarzy, którą spodziewała się zobaczyć. Żaden inny Biały Płaszcz oprócz Galada nie miał najmniejszego powodu jej śledzić, a już z pewnością nie Uno czy Ragana.
40
Koło się obraca
Ledwie budynek skrył Galada, spojrzenie Nynaeve pomknęło w dół ulicy. Kipiała z wściekłości, na siebie samą i na Galadedrida Damodreda.
„Ty bezrozumna wełnianogłowa kobieto!”
Pasaż był równie wąski jak inne, wybrukowany owalnymi kamieniami i obrzeżony ponurymi sklepami, domami i tawernami, zaludniony przez rzadkie, popołudniowe tłumy.
„Gdybyś nie przyszła do miasta, on by cię nigdy nie znalazł!”
Zbyt rzadkie, by kogoś skryć.
„Musiałaś iść zobaczyć Proroka! Musiałaś iść, boś sobie ubzdurała, że Prorok przeniesie cię jak na skrzydłach, zanim Moghedien tu dotrze! Kiedy ty się nauczysz, że nie możesz polegać na nikim tylko na sobie?”
W jednej chwili dokonała wyboru. Kiedy Galad skręci za tamten róg i nie zobaczy ich, zacznie zaglądać do sklepów, a może również i tawern.
— Tędy. — Podkasawszy spódnice, wpadła do najbliższej alejki i przylgnęła plecami do muru. Skradała się, więc nikt na nią nie spojrzał dwa razy, ale wolała się nie zastanawiać, jak to świadczy o sytuacji w Samarze. Uno i Ragan byli u jej boku, jeszcze zanim się zatrzymała, wciskali ją w głąb zakurzonej alejki, obok starego, rozbitego cebrzyka i beczki na deszczówkę, tak wyschniętej, że klepki lada chwila mogły odpaść od obręczy. Przynajmniej postąpili tak, jak sobie życzyła. Do pewnego stopnia. Dłonie zaciśnięte na długich rękojeściach mieczy wystających nad barkami wskazywały, że są gotowi bronić jej, niezależnie od tego, czy będzie chciała czy nie.
„Pozwól im, głupia kobieto! Myślisz, że sama się obronisz?”
Była z pewnością dostatecznie zła. Galad, ze wszystkich ludzi na świecie! Po co oddalała się od menażerii! Głupi kaprys, a mógł wszystko popsuć. Nie tylko w obecności Masemy, również tutaj za nic nie wolno jej przenosić. Już sama możliwość, że Moghedien albo Czarne siostry są w Samarze, sprawiała, że jej bezpieczeństwo zależne było od tych dwóch mężczyzn. Co wystarczyło, by spiętrzyć jej gniew; byłaby chyba zdolna wygryźć dziurę w tym kamiennym murze, do którego przywarła plecami. Rozumiała teraz, dlaczego wszystkie Aes Sedai mają Strażników — wszystkie prócz Czerwonych. Umysłem to pojmowała, ale serce kipiało gniewem.
Pojawił się Galad, powoli przedzierał się między grupkami ludzi wypełniającymi ulicę, rozglądał wokół. Nie było właściwie powodów, dla których nie miałby przejść mimo, a jednak prawie natychmiast jego wzrok padł na alejkę. Na nich. Nawet nie raczył okazać zadowolenia bądź zaskoczenia.
Uno i Ragan poruszyli się jednocześnie, kiedy Galad skręcił w alejkę. Jednooki mężczyzna w mgnieniu oka dobył miecza, zaś spóźnienie Ragana trwało tylko tyle, ile potrzebował, by wepchnąć Nynaeve głębiej w wąskie przejście. Ustawili się jeden za drugim; gdyby Galadowi udało się pokonać Uno, to musiałby się jeszcze zmierzyć z Raganem.
Nynaeve zazgrzytała zębami. Przecież te wszystkie miecze są niepotrzebne, bezużyteczne — wyczuwała Prawdziwe Źródło, niczym niewidzialne światło nad swym ramieniem; czekało, aż je obejmie. Mogła to zrobić. Gdyby miała odwagę.
Galad zatrzymał się u wylotu alejki, z płaszczem odrzuconym i jedną ręką wspartą nonszalancko na rękojeści miecza, obraz sprężystej niby stal gracji. Gdyby nie wypolerowana zbroja, można by sądzić, że wybiera się na bal.
— Nie chcę zabijać żadnego z was, Shienaranie — powiedział spokojnie do Uno. Nynaeve słyszała, jak Elayne i Gawyn wypowiadali się na temat szermierczych umiejętności Galada, ale dopiero teraz dotarło do niej, że mógł być rzeczywiście tak dobry, jak twierdzili. On sam w każdym razie był najwyraźniej o tym przeświadczony. Dwaj doświadczeni żołnierze z obnażonymi ostrzami, a on mierzył ich wzrokiem w taki sposób, w jaki wilczur mierzyłby parę małych piesków, nie mając wprawdzie ochoty na konfrontację, lecz absolutnie przekonany, że w razie czego pokona oba. Przemówił do niej, na moment nie odrywając wzroku od mężczyzn.
— Ktoś inny wbiegłby do jakiegoś sklepu albo tawerny, ale ty nigdy nie robisz tego, czego można oczekiwać. Pozwolisz, że z tobą porozmawiam? Nie zmuszaj mnie, bym zabił tych mężczyzn.
Żaden z przechodniów nie zatrzymał się, ale choć trzej mężczyźni zasłaniali jej częściowo pole widzenia, mogła dostrzec, jak ludzie odwracają głowy, by sprawdzić, co też zainteresowało Białego Płaszcza. I na dodatek najwyraźniej pachniało walką. W umysłach ludzi lęgły się pogłoski i ulatywały na skrzydłach, przy których jaskółki wydawały się leniwe.
— Dajcie mu przejść — rozkazała. Ponieważ Uno i Ragan nawet nie drgnęli, powtórzyła, jeszcze bardziej stanowczo. Zeszli wówczas na bok, powoli, na tyle, na ile pozwalała wąska przestrzeń alejki, żaden jednak nie powiedział ani słowa, choć wydawało się, że coś do siebie mruczą. Galad wyminął Shienaran z gracją, nie patrząc na nich, jakby o nich zapomniał. Podejrzewała, że gdyby ktoś w to uwierzył, popełniłby srogi błąd; mężczyźni z kosmykami na głowach najwyraźniej nie uwierzyli.