„Niech się Błękitne nimi zajmą i po sprawie!”
— Co się stało? — spytał Ragan, zaś Uno dodał przepraszającym tonem:
— Nie powinienem był wspominać, że Sakaru umarł.
Sakaru? Zapewne wtedy właśnie przestała słuchać.
— Rzadko przebywam w towarzystwie przek... dam. Zapominam, że wy macie słabe brzu... chciałem rzec, uhm, delikatne żołądki.
Jeśli nie przestanie skubać tej łaty na oku, to się dowie, jak delikatny jest jej żołądek.
Liczba niczego nie zmieniała. Jeśli dwóch Shienaran znaczy dobrze, w takim razie piętnastu to wspaniale. Jej własna, prywatna armia. Nie trzeba się przejmować ani Białymi Płaszczami, bandytami albo zamieszkami, ani też,, czy się pomyliła, ufając Galadowi. Ile szynek zje codziennie piętnastu ludzi? A teraz trzeba do nich przemówić stanowczo.
— No ta niech będzie. Każdego wieczora, tuż po zapadnięciu zmroku. jeden z was... jeden, pamiętajcie!... przyjdzie i zapyta o Nanę. Pod takim imieniem jestem znana. — Nie miała powodu, by im rozkazywać; szła tylko o to, by nabrali zwyczaju postępować tak, jak ona im każe. — Elayne uchodzi za Morelin, ale pytajcie o Nanę. Jeśli potrzebujecie pieniędzy, przychodźcie do mnie, nie do Masemy.
Musiała zdusić grymas, kiedy te słowa opuszczały jej usta. W piecyku w wozie wciąż było złoto, ale Luca jeszcze nie zażądał swych stu koron, a w końcu przecież zażąda. Zawsze jednak pozostawała jeszcze w razie konieczności biżuteria. Musiała dopilnować, by uniezależnili się od Masemy.
— Poza tym żaden z was ma nie zbliżać się ani do mnie, ani da menażerii. — Bez tego zapewne ustawiliby się na straży albo zrobili coś równie idiotycznego. — Chyba że zawita jakiś statek. W takim razie macie natychmiast do mnie przybiec. Rozumiecie?
— Nie — mruknął Uno. — Dlaczego, do cholery, mamy się trzymać z dala...? — Gwałtownie cofnął głowę, kiedy jej ostrzegający palec prawie dotknął jego nosa.
— Pamiętasz jeszcze, co powiedziałam na temat twojego języka? — Musiała się zmuszać, by patrzeć na niego obojętnie; rozjarzone oko sprawiało, że podskakiwał jej żołądek. — Jeśli nie, to dowiesz się, dlaczego mężczyźni w Dwu Rzekach wyrażają się przyzwoicie.
Obserwowała, jak trawi to w umyśle. Nie wiedział, jakie są jej związki z Białą Wieżą, tyle tylko, że istnieją. Mogła być agentką Wieży albo kimś wyszkolonym przez Wieżę. Albo nawet Aes Sedai, tyle że taką, która nie tęskni za noszeniem szala. A skoro pogróżka była dla niego dość niejasna, mógł więc dopuścić najgorszą interpretację. Poznała taką technikę duża wcześniej, nim Juilin wyłożył ją Elayne.
Kiedy okazało się, że pomysł chwycił — i zanim Uno zdołał zadać jakiekolwiek pytanie — opuściła rękę.
— Będziecie trzymali się z dala z tego samego powodu, co Galad. Żeby nie przyciągać uwagi. A co do reszty, to tak postąpicie, bo ja tak każę. Musicie akceptować moje decyzje, ho jeśli będę zmuszona je wam za każdym razem tłumaczyć, nie starczy mi czasu na nic innego.
To był komentarz, który pasował do Aes Sedai. Poza tym nie mieli wyboru, jeśli, jak im się wydawało, chcieli jej pomóc dotrzeć do Randa, co oznaczało, że nie mieli żadnego wyboru. Podsumowując wszystko, poczuła się całkiem zadowolona z siebie, kiedy odprawiła ich w stronę Samary i ruszyła w stronę wyczekującego tłumu i szyldu z imieniem Valana Luki.
Ku własnemu zdziwieniu odkryła, że przedstawienie wyposażono w dodatkową atrakcję. Na nowej platformie, nieopodal wejścia, jakaś kobieta w jaskrawożółtych spodniach stała na głowie, z ramionami wyciągniętymi na boki i parą białych gołębi na każdej dłoni. Nie, nie na głowie. Ta kobieta ściskała w zębach coś w rodzaju drewnianej ramy i na niej balansowała. W trakcie gdy Nynaeve patrzała na to, oszołomiona, dziwna akrobatka na moment opuściła ręce na platformę, sama zginając się wpół, aż w pewnym momencie zdawało się, że usiadła na własnej głowie. A to jeszcze nie był koniec. Opuściła w dół wygięte w łuk nogi, a potem wsunęła je między ręce, po czym przeniosła gołębie na wywrócone podeszwy stóp, obecnie najwyższą partię wykręconej kuli, w którą się zasupłała. Gapiom głośna zaparło dech i zaczęli klaskać, ale Nynaeve zadygotała na ten widok. To wszystka aż za dobrze przypominało to, co zrobiła z nią Moghedien.
„To nie dlatego chcę przekazać sprawę Błękitnym — powiedziała sobie. — Ja po prostu nie chcę więcej kusić nieszczęścia”.
Tak było naprawdę, ale jednocześnie bała się, że następnym razem już nie uda jej się uciec, ani tak łatwo, ani, jak dotąd, bez poważniejszych konsekwencji. Nie przyznałaby tego przed inną duszą. Nie miała ochoty przyznawać się do tego nawet przed sobą.
Obdarzywszy kobietę-węża ostatnim pełnym zdziwienia spojrzeniem — nie była w stanie zgadywać, jak tamta się teraz wykręci — odwróciła się. I wzdrygnęła, gdy nagle z ruchliwej ciżby wyłoniły się i stanęły u jej boku Elayne i Birgitte. Elayne miała na sobie płaszcz, który przyzwoicie okrywał jej biały kubraczek i spodnie; Birgitte pyszniła się przede wszystkim głęboko wyciętą, czerwoną suknią. Nie, nie było w tym żadnego „przede wszystkim”. Prężyła się bardziej niż zazwyczaj, a poza tym odrzuciła warkocz na plecy, rezygnując nawet z tak skąpego okrycia. Nynaeve przejechała palcem po węźle szala opasującego ją w talii, pragnąc, by wszystkie spojrzenia skierowane na Birgitte nie przypominały jej, ile ona sama będzie demonstrowała, kiedy odrzuci szare okrycie. U pasa kobiety wisiał kołczan, w ręku trzymała łuk, który znalazł dla niej Luca. Z pewnością jednak pora była zbyt późna, by jeszcze mogła strzelać.
Rzut oka na niebo upewnił Nynaeve, że się myli. Wbrew takiej mnogości zdarzeń, słońce stało jeszcze wysoko nad horyzontem. Cienie kładły się długie, ale nie tak długie, jak podejrzewała, by przeszkodzić Birgitte.
Starając się ukryć, że patrząc na słońce, sprawdzała czas, skinęła głową w stronę kobiety w krzykliwych spodniach, która teraz zaczęła się wykręcać w coś, co zgodnie z przekonaniem Nynaeve było niemożliwe. Nadal balansowała, utrzymując równowagę w oparciu o uchwyt szczęk na drążku.
— Skąd ona się wzięła?
— Luca ją zatrudnił — odparła spokojnie. Birgitte. — Kupił też kilka lampartów. Ona nazywa się Muelin.
O ile Birgitte stanowiła wcielenie chłodnego opanowania, to Elayne. niemalże dygotała z emocji.
— Skąd ona się wzięła?! — wypaliła. — Wzięła się z widowiska, którego motłoch omal nie rozniósł!
— Słyszałam o tym — powiedziała Nynaeve — ale nie to jest ważne. Ja...
— Nie to jest ważne! — Elayne wzniosła oczy ku niebu, jakby szukała tam wsparcia. — A czyś ty słyszała dlaczego? Nie wiem, czy to były Białe Płaszcze, czy Prorok, ale ktoś w każdym razie musiał podburzyć motłoch, uważali bowiem...
Rozejrzała się dookoła, nie zwalniając kroku, i zniżyła głos; żaden przechodzień się nie zatrzymał, ale wszyscy przyglądali się dwóm niewątpliwie artystkom.
— ...że jakaś kobieta w tamtej trupie rzekomo nosiła szal. — Znacząco podkreśliła to ostatnie słowo. — Tytko głupcy uwierzyliby, że taka przyłączyłaby się do wędrownej menażerii, ale z kolei ty i ja to właśnie zrobiłyśmy. A ty pędzisz do miasta, nie mówiąc nikomu ani słowa. Słyszałyśmy wszystko, o łysym mężczyźnie, który zarzucił sobie ciebie na ramię i dokądś poniósł, a potem, że całowałaś się z jakimś Shienaraninem i prowadzałaś się z nim pod rękę.