Powiedział to tonem tak zdawkowym, że Mat odpowiedział mu odruchowo.
— Z dwóch powodów. Jeśli otoczycie Couladina, schwytacie w pułapkę między sobą a miastem, to możecie go przyprzeć do murów. — Kiedy ten Rand wreszcie przyjdzie? — Ale tym sposobem równie dobrze możecie go przecisnąć przez mury. Z tego, co mi wiadomo, już dwa razy omal się nie dostał do środka, mimo iż nie dysponuje ani górnikami, ani machinami oblężniczymi, a miasto trzyma się już tylko ostatkiem sił. — Powie swoje i pójdzie, to wszystko. — Przyciśniecie go i nim się ockniecie, będziecie walczyć w samym środku Cairhien. Walka w mieście to paskudna sprawa. A chodzi o to, by uratować miasto, a nie ostatecznie je zrujnować.
Skrawki rozłożone na mapach, same mapy, ukazywały to wszystko tak wyraźnie.
Przykucnął ze zmarszczonym czołem, wspierając łokcie na kolanach. Lan przysiadł obok niego, ale ledwie to zauważył. Problem jak w grze w kości. Na dodatek fascynujący.
— Najlepiej postarać się go przepędzić. Przede wszystkim uderzyć na niego z południa. — Wskazał rzekę Gaelin; łączyła się z Alguenyą w odległości kilku mil na północ od miasta. — Tu są mosty. Pozostawcie Shaido wolną drogę do nich. Zawsze należy zostawić wrogowi drogę ucieczki, chyba że naprawdę chcesz sprawdzić, jak zajadle walczy człowiek, który nie ma nic do stracenia. — Przesunął palec na wschód. Przeważnie zalesione wzgórza, jak się zdawało. Prawdopodobnie niewiele się różniące od okolicznych. — Dzięki wojskom blokującym tereny po tej stronie rzeki, jeśli będzie ich dostatecznie dużo i jeśli zostaną właściwie rozmieszczone, tamci skierują się w stronę mostów. Kiedy już ruszą, to Couladin nie będzie próbował walczyć z kimś, kto jest przed nim, gdy wy będziecie postępowali za nim. — Tak. Prawie dokładnie tak samo jak pod Jenje. -Chyba że jest skończonym durniem. Może uda im się dotrzeć do rzeki we właściwym porządku, ale te mosty ich zadławią. Nie wyobrażam sobie Aielów pływających albo wyszukujących brody, skoro już o tym mowa. Napierać wtedy dalej, pognać ich przez rzekę. Jak szczęście dopisze, to uda się ich pognać aż do samych gór. — To było jak pod Brodami Cuaindaigh, pod koniec Wojen z trollokami i mniej więcej na taką samą skalę. Niewiele też się różniło od Tora Shan. Albo Przełęczy Sulmein, zanim Hawkwing opanował sytuację. Te nazwy, obrazy zalanych krwią pól, zapomniane nawet przez historyków, same rozbłyskiwały w jego głowie. Był tak pochłonięty mapą, że rejestrował je wyłącznie jako własne wspomnienia. — Szkoda, że nie macie więcej kawalerii. Lekka kawaleria jest najlepsza do przeganiania. Kąsajcie od flanek, zmuszajcie do bezustannej ucieczki i ani na moment nie dopuśćcie, by się zdołali zebrać do bitwy. Zresztą Aielowie też powinni wystarczyć.
— A ten drugi powód? — spytał cicho Lan.
Tym razem Mat dał się przyłapać. Lubił hazard, w istocie bardzo lubił, a bitwa to hazard, w porównaniu z którym gra w kości w tawernach to zabawa dla dzieci i bezzębnych kalek. Tutaj ryzykujesz życie, własne i cudze, nawet życie tych, których wcale nie ma na miejscu. Przyjmij zły zakład, głupio zalicytuj, a wyginą całe miasta albo nawet kraje. Ponura muzyka Nataela stanowiła znakomity akompaniament. A jednocześnie była to gra, od której w żyłach szybciej krążyła krew.
Parsknął, nie unosząc oczu od mapy.
— Wiesz to równie dobrze jak ja. Jeśli nawet tylko jeden z tych czterech klanów postanowi wesprzeć Couladina, to zajdą was od tyłu, kiedy będziecie wciąż zajęci Shaido. Couladin będzie kowadłem, a oni młotem, wy zaś niby orzech między nimi. Rzućcie na Couladina tylko połowę tego, czym dysponujecie. Siły będą wtedy mniej więcej równe, ale to nic. — W wojnie nie ma czegoś takiego jak uczciwość. Atakujesz wroga od tyłu, kiedy się tego najmniej spodziewa, tam, gdzie jest najsłabszy. — Nadal macie przewagę. On musi się martwić wypadami oblężonych. Drugą połowę rozdzielcie na trzy części. Jedna po to, by zagnała Couladina do rzeki, pozostałe dwie w odstępie kilku mil między miastem a czterema klanami.
— Bardzo sprytne — powiedział Lan, kiwając głową. Jego twarz jakby wyrzeźbiona z kamienia ani na moment się nie zmieniła, jednak głos zdradzał aprobatę, nawet jeśli tylko nieznacznie. — Dzięki temu żaden klan nic nie zyska, jeśli zaatakuje którąś z sił, zwłaszcza kiedy drugi może ruszyć nań od tyłu. Z tego samego powodu żaden nie będzie próbował ingerować w to, co się dzieje w okolicy miasta. Oczywiście mogą się połączyć, wszystkie cztery razem. Mało prawdopodobne, skoro dotychczas tego nie zrobili, ale jeśli tak się stanie, to wszystko się zmieni.
Mat roześmiał się w głos.
— Wszystko się zawsze zmienia. Najlepszy plan utrzymuje się do czasu, kiedy pierwsza strzała opuści łuk. Taki mogłoby realizować dziecko, z wyjątkiem Indiriana i tych innych, którzy w ogóle nie wiedzą, czego chcą. Jeśli oni wszyscy postanowią przejść na stronę Couladina, to rzucaj kości i módl się, bo do takiej gry z pewnością zasiadł Czarny. Przynajmniej za miastem będziecie mieli dość sił, by im dorównać. Dość, by ich przetrzymać przez cały ten czas, jakiego będziecie potrzebować. Porzućcie pomysł ścigania Couladina i skierujcie wszystko na nich, kiedy zacznie na dobre przeprawiać się przez Gaelin. Ale ja się założę, że oni będą czekać, obserwować i że przyjdą do was, kiedy z Couladinem będzie koniec. Zwycięstwo zaszczepia moc argumentów w głowach większości ludzi.
Muzyka ucichła. Mat zerknął na Nataela i przekonał się, że tamten trzyma harfę sztywnymi dłońmi, wpatrzony w niego bardziej twardo niż kiedykolwiek. Oczy miał jak z ciemnego, polerowanego szkła, palce zaciśnięte na złoceniach harfy zbielały w stawach.
Raptem dotarło do niego, co właściwie mówi, z jakich to wspomnień skorzystał.
„A żebyś ty sczezł za to, że kłapiesz jęzorem!”
Dlaczego ten Lan się uparł, żeby tak pokierować rozmową? Dlaczego nie rozmawiał o koniach, o pogodzie albo zwyczajnie nie trzymał ust zamkniętych na kłódkę? Strażnik nigdy nie palił się do rozmowy. Na ogół w porównaniu z nim drzewo można by określić jako gadatliwe. Rzecz jasna on sam też mógł skupić myśli i się nie odzywać. Dobrze chociaż, że nie paplał w Dawnej Mowie.
„Krew i popioły, mam nadzieję, że tego nie robiłem!”
Poderwawszy się na równe nogi, Mat odwrócił się, by wyjść i zobaczył Randa, który stał na środku namiotu, z roztargnieniem obracając w dłoniach ten dziwaczny szczątek włóczni z chwostami, jakby nie zdawał sobie sprawy, że ją trzyma. Od jak dawna tu był? Nieważne. Mat pospiesznie, jednym ciągiem wyrzucił z siebie wszystko.
— Wyjeżdżam, Rand. Wraz z pierwszym brzaskiem wskakuję na siodło i już mnie nie ma. Pojechałbym nawet i w tej chwili, gdybym przez połowę dnia ujechał dostatecznie daleko, by móc się zatrzymać. Zanim rozbiję obóz, mam zamiar odgrodzić się tyloma milami od Aielów... wszelkich Aielów... ile tylko Oczko będzie mógł pokonać. — Nie było sensu zatrzymywać się na popas tak blisko, by dać się pojmać i powiesić do wyschnięcia przez czyichś zwiadowców; Couladin na pewno rozesłał swoich, ale nawet ci inni mogliby go nie rozpoznać, zanim mu wbiją włócznię w wątrobę.
— Będzie mi przykro patrzeć, jak odjeżdżasz — powiedział cicho Rand.
— Nie próbuj mnie przekonywać, żebym... — Mat zamrugał. — To wszystko? Będzie ci przykro patrzeć, jak odjeżdżam?
— Nigdy nie próbowałem cię zatrzymywać, Mat. Perrin odszedł, kiedy musiał, więc ty też możesz.
Mat otworzył usta i zaraz je zamknął. Rand nigdy nie próbował go zatrzymywać, to prawda. On to po prostu robił, zupełnie się nie starając. Tym razem jednak ani trochę nie czuł tego przyciągania ta’veren, nie miał żadnych niejasnych przeczuć, że robi coś złego. Dążył do swego celu stanowczo i otwarcie.