Выбрать главу

Natael obdarzył go przymilnym uśmiechem i ukłonem, wykonanym na siedząco, ale policzki mu pobladły. Zagrał rzeczywiście Marsz Śmierci, ale tym razem dobywał ze swej harfy tony bardziej przejmujące niż kiedykolwiek, pogrzebowy tren, którym z pewnością doprowadziłby każdą duszę do płaczu. Wpatrywał się uparcie w Randa, jakby miał nadzieję dostrzec jakiś efekt.

Rand odwrócił się od niego i wyciągnął na dywanikach, z głową zwróconą ku mapom, wsparłszy łokieć o czerwonozłotą poduszkę.

— Lan, zechcesz teraz poprosić pozostałych, by weszli?

Strażnik wykonał formalny ukłon, zanim wyszedł na zewnątrz. Zrobił to po raz pierwszy, Rand jednak, całkiem rozkojarzony, ledwie zwrócił na to uwagę.

Jutro rozgorzeje bitwa. Jego pomoc udzielona Rhuarkowi i pozostałym w planowaniu była fikcją podyktowaną uprzejmością. Miał dość rozumu, by zdawać sobie sprawę z tego, czego nie wie i wbrew wszystkim rozmowom z Rhuarkiem i Lanem wiedział, że jeszcze nie jest gotów.

„Zaplanowałem sto albo i więcej bitew o takim zakresie i wydawałem rozkazy po dziesięciokroć większym rzeszom”. Nie jego myśl. Lews Therin wiedział, czym jest wojna — doświadczył, czym jest wojna, ale Rand al’Thor nie, a on był Randem al’Thorem. Słuchał, zadawał pytania — i kiwał głową, jakby rozumiał, kiedy mówili, że coś zostanie zrobione w jakiś sposób. Czasami rzeczywiście rozumiał, ale wolałby tego nie rozumieć, bo wiedział, skąd się bierze ta wiedza. Jego jedyny realny wkład polegał na stwierdzeniu, że Couladina trzeba pokonać bez zniszczenia miasta. W każdym razie to spotkanie doda tylko kilka poprawek do tego, co już zostało postanowione. Przydałby się Mat, z tą jego nowo odkrytą wiedzą.

Nie. Nie będzie myślał o swych przyjaciołach, o tym, co im zrobi, zanim wszystko się skończy. I bez wojny miał mnóstwo zajęć, rzeczy, z którymi powinien coś począć. Poważny problem stanowił brak cairhieniańskich sztandarów nad Cairhien, a stałe utarczki z Andorem kolejny. Przemyślenia wymagało również to, co knuł Sammael, zaś...

Wodzowie wypełniali wnętrze namiotu bez jakiegoś szczególnego porządku. Tym razem pierwszy wszedł Dhearic, na końcu Rhuarc i Erim razem z Lanem. Bruan i Jheran zajęli miejsca obok Randa. Nie przejmowali się pierwszeństwem, Aan’alleina zaś zdawali się traktować jako jednego z nich.

Weiramon wszedł na końcu, jego lordziątka deptały mu po piętach, z naburmuszonymi minami. Dla niego kolejność najwyraźniej była istotna. Mrucząc coś znad wypomadowanej bródki, przemaszerował dookoła ogniska, by zająć miejsce za plecami Randa. Przynajmniej dopóki obojętne spojrzenia wodzów nie roztrzaskały jego skorupy. Wśród Aielów bliski krewny albo brat ze społeczności mógł tak się ustawić, jeśli istniała możliwość, że ktoś wbije mu nóż w plecy. Nadal patrzył z wyższością na Jherana i Dhearika, jakby oczekiwał, że któryś ustąpi mu miejsca.

W końcu Bael wskazał mu miejsce obok siebie, za mapami, naprzeciwko Randa i po jakiejś przerwie Weiramon zawrócił, by usiąść na skrzyżowanych nogach, sztywny, ze wzrokiem utkwionym wprost przed siebie, z miną człowieka, który połknął w całości niedojrzałą śliwkę. Młodsi Tairenianie stanęli niemalże tak samo sztywno za jego plecami, jeden wyglądał na trochę zakłopotanego.

Rand zauważył go, ale nie powiedział ani słowa, tylko nabił fajkę do pełna, po czym objął saidina na krótką chwilę, by ją zapalić. Musiał coś zrobić z Weiramonem; ten człowiek podsycał stare problemy i stwarzał nowe. Żaden błysk nie przeciął rysów Rhuarka, ale wyrazy twarzy pozostałych wodzów szeregowały się od kwaśnego obrzydzenia Hana po czystą gotowość w chłodnym wyrazie oczu Erima do pochwycenia, tu i teraz. Być może istniał sposób, dzięki któremu Rand mógłby się pozbyć Weiramona i przy okazji zabrać się La rozwiązywanie kolejnego ze swych zmartwień.

Biorąc przykład z Randa, Lan i wodzowie zaczęli nabijać fajki.

— Widzę, że niezbędne były tylko niewielkie zmiany — powiedział Bael, rozpalając fajkę i jak zwykle ciskając: ponure spojrzenie w stronę Hana.

— Czy te niewielkie zmiany dotyczą Goshien czy może innego klanu?

Zapominając o Weiramonie, Rand zmusił się, by słuchać ich dyskusji o tym, co trzeba zmienić teraz, kiedy obejrzeli teren z innej perspektywy. Co jakiś czas któryś z Aielów zerkał na Nataela, z lekkim napięciem wokół oczu albo ust, jakby ta żałobna muzyka potrąciła w nim jakąś strunę. Nawet Tairenianie poddawali się temu smutkowi. Po Randzie jednak te dźwięki spływały niczym woda po kaczce, nie wywołując w nim żadnych wzruszeń. Łzy stanowiły luksus, na jaki nie mógł już sobie więcej pozwolić, nawet w głębi duszy.

43

To miejsce, ten dzień

Następnego ranka Rand wstał i ubrał się na długo przed pierwszym brzaskiem. Prawdę powiedziawszy, w ogóle nie spał i to wcale nie Aviendha sprawiła, że nie mógł zasnąć, nawet tym, że zaczęła się rozbierać, zanim zdążył pogasić lampy, i że przeniosła Moc, by zapalić na nowo jedną z nich, kiedy już je pogasił, strofując go, że może on widzi w ciemnościach, ale ona nie. Nie odpowiedział i wiele godzin później ledwie zauważył, kiedy wstała, na dobrą godzinę przed nim, ubrała się i wyszła. Nawet mu nie przyszło do głowy, żeby się zastanawiać, dokąd to ona się wybiera.

Te same myśli, które sprawiły przedtem, że leżał wgapiony w czerń, nadal przebiegały mu przez głowę. Tego dnia zginą ludzie. Bardzo wielu ludzi, nawet jeśli wszystko pójdzie idealnie. Nic, co teraz zrobi, tego nie zmieni; wydarzenia tego dnia będą całkowicie zgodne z Wzorem. Bez końca jednak roztrząsał wszystkie decyzje, które podjął od czasu, gdy po raz pierwszy wkroczył do Pustkowia. Czy mógł uczynić coś innego, coś, dzięki czemu nie doszłoby do tego dnia, tego miejsca? Może następnym razem. Kikut ozdobionej chwastami włóczni leżał na pasie od miecza, schowany do pochwy miecz obok koców. Będzie następny raz i potem następny, a po nim jeszcze kolejne.

Wciąż jeszcze panował mrok, kiedy zjawiła się grupa wodzów, by zamienić z nim kilka ostatnich słów, donieść, że ich ludzie są już na stanowiskach, gotowi. Co wcale nie znaczyło, że należało się spodziewać czegoś innego. Mieli kamienne oblicza, które jednak zdradzały niejakie emocje. Dziwną ich kombinację, pianę wzburzenia wybijającą spod posępności.

Erim, w rzeczy samej, uśmiechał się nieznacznie.

— Dobry to dzień, który przynosi koniec Shaido — powiedział wreszcie. Wydawał się spacerować na czubkach palców.

— Z wolą Światłości -rzekł Bael, ocierając głową o dach namiotu — jeszcze przed zachodem słońca obmyjemy włócznie we. krwi Couladina.

— Rozmawianie o tym, co będzie, przynosi pecha -mruknął Han. W jego przypadku ta piana nie była, rzecz jasna, zbyt gęsta. — Zadecyduje los.

Rand przytaknął mu.

— Oby Światłość sprawiła, byśmy nie zapłacili za to wielką liczbą poległych. — Żałował, że nie dlatego chce, by jak najmniej ludzi zginęło, gdyż nikomu życie nie powinno być nagle odbierane, ale miało nadejść jeszcze wiele dni, kiedy będzie potrzebował każdej włóczni do zaprowadzenia porządku po tej stronie Muru Smoka. To w takim samym stopniu stanowiło kość niezgody między nim i Couladinem jak cała reszta.

— Życie jest snem — powiedział mu Rhuarc, a Han i pozostali przytaknęli. Życie było tylko snem, a wszystkie sny kiedyś się kończą. Aielowie nie uganiali się za śmiercią, ale też przed nią nie uciekali.